|
Gdy wychodziłem z kina po projekcji Sali samobójców Jana Komasy, myślałem: rany, oto obejrzałem pierwszy polski – na dodatek całkiem niezły – film gejowski. Przy pełnej sali i milczącej, ale wyczuwalnej aprobacie młodej widowni. Szybko się jednak okazało, że się myliłem. Słuchając wypowiedzi aktorów, oglądając trailer, czytając recenzje czy wywiady z reżyserem, byłem przekonywany do tego, że film jest uniwersalny. W skrócie brzmiało to tak: rodzice, idźcie ze swoimi dziećmi na Salę samobójców, a zobaczycie, jakie są skutki braku rozmowy i jakie niebezpieczeństwo czyha w internecie na młode, wrażliwe dusze. Gejowskość albo całkowicie zanikała albo okazywało się, że owszem, jest, ale nie ma znaczenia, bo nie o nią tu chodzi.
Jaki to w końcu jest film: gejowski czy uniwersalny? Główny bohater jest gejem czy niegejem? Co widzimy, kiedy patrzymy? Czy ma to w ogóle jakieś znaczenie? Ponieważ podobne kwestie były – i są – przerabiane w innych kontekstach (tj. głównie w polskiej literaturze; najwidoczniej w końcu przyszedł też czas na polski film), spróbujmy zastanowić się nad sprawą od początku.
Oglądając pierwszą część filmu, szybko dostrzeżemy rozpoznawalną gejowską narrację, z cierpieniami gejowskiego dojrzewania czasów licealnych, zmierzającą do coming outu. Dominik jest osiemnastolatkiem przed maturą, z lekka stylizowany na emo. Należy także do bananowej młodzieży. Ma bardzo bogatych i ustawionych rodziców, którzy gustują w mieszczańskich rozrywkach kulturalnych. Tyle tła.
Najpierw mamy pocałunek z kolegą. Na imprezie, po pijaku, w wyniku zakładu. Wszyscy patrzą, a nieco zawstydzony, ale więcej niż chętny Dominik całuje się z Aleksem. Gwizdy, syki i brawa. Ta scena jest ciekawa z kilku względów. Po pierwsze dlatego, że jest jedną z niewielu (w polskim filmie) tak otwarcie seksualnych w męsko-męskim kontekście: pocałunek jest naprawdę namiętny i pokazywany w zbliżeniu (w Senności Magdaleny Piekorz para chłopaków nie całowała się nawet w policzek; deseksualizacja gejów w polskim filmie jest niemal absolutna). Po drugie – ma kluczowe znaczenie dla fabuły. Po trzecie – jest transgresyjna. Ma status rytuału, który przekracza tabu, ale nie normalizuje. Klasa oglądająca całujących się chłopaków wie, że to tylko żarty, że oni coś odgrywają na scenie, że to nie jest „naprawdę”. My, widzowie, znajdujemy się w tej samej sytuacji, z tą różnicą, że jesteśmy mądrzejsi o wiedzę, że dla jednego z chłopaków pocałunek jest dużo bardziej „naprawdę”, niżby sobie tego życzył. Stąd dramatyzm sceny. Niekoniecznie świadczy ona jednak o tym, że dzisiejsi nastolatkowie są tak bardzo wyluzowani, że nie ma dla nich już tabu męsko-męskiej intymności. Wręcz przeciwnie, w pewnym sensie ta scena to zaznaczenie granic normy. Rytualne złamanie tabu poświadcza, że tabu istnieje. I działa.
Narracja gejowska postępuje. Widzimy, że Dominik jest zauroczony. Obiekt jego uczuć – nieszczęsny Aleks – przekonuje się o tym podczas wuefu niemal organoleptycznie. Siłowanie się w trakcie walki judo owocuje, jak to powiadają podręczniki, ejakulacją. A sperma na spodniach staje się zmazą dla Dominika. Czy może ona być ostatecznym dowodem, że Dominik jest gejem? Chyba już nic bardziej obciążającego nie da się wynaleźć. Tak w każdym razie zdaje się myśleć Aleks. Tajemnica się wydaje. Na portalu społecznościowym klasa komentuje, wyśmiewa i szydzi. Dominik jest naznaczony. Bez względu na to, czy jest gejem, czy nie, nie mamy wątpliwości, że pierwotna trauma, która zaprowadzi Dominika wprost do sali samobójców, to homofobiczne upokorzenie.
Zanim jednak bohater na dobre zamknie się w swoim pokoju, raz jeden odegra przed klasą silnego. W celach obronnych zintensyfikuje stylistykę emo. Do charakterystycznej fryzury doda ciemny makijaż i czarny lakier na paznokciach. Zdaje się, że właśnie oglądając ten fragment filmu, Tadeusz Sobolewski musiał dojść do wniosku, niczym freudowska ciocia-klocia, że „niedojrzały chłopak, pozbawiony kontaktu z ojcem, przyjmuje narzuconą mu przez otoczenie rolę homoseksualną”. Bynajmniej.
Dominik przyjął na moment strategię queer. Bo co mógł zrobić? Przekonywać, że nie jest gejem? I tak nikt by nie uwierzył. Poskarżyć się nauczycielom, wychowawcy, szkolnemu psychologowi, że klasa stosuje wobec niego homofobicznie motywowany mobbing? To też kompletnie nie wchodzi w rachubę. W ogóle nie pojawia się taka możliwość. Co więcej, w filmie nie pojawia się nawet taka niemożliwość.
I ten brak braku jest chyba najbardziej znaczący, choć niezamierzony. Pokazuje bowiem głębokość zinstytucjonalizowanej homofobii w polskiej szkole (nawet najbardziej elitarnej). Tego niestety nie dowiemy się z filmu, ale najwidoczniej tak po prostu jest: polski nauczyciel czy nauczycielka prędzej padnie trupem, niż poruszy oficjalnie sprawę homoseksualności czy jawnie stanie po stronie prześladowanego geja-ucznia.
Nie jest to w żadnym razie oskarżenie konkretnych osób, lecz szkoły jako systemu; żeby stanąć w obronie takiej osoby jak Dominik, nauczyciel musiałby jasno powiedzieć w imieniu swojej instytucji: homoseksualizm jest całkowicie normalny, akceptujemy i popieramy. Jak wynika z głośnego artykułu Marty Konarzewskiej w „Gazecie Wyborczej”, bardziej prawdopodobne jest, że papież straci wiarę. Tego wszystkiego nie ma w Sali samobójców. Ale z pewnego punktu widzenia ten film nie mógłby mieć takiego kształtu, jak ma, gdyby nie postgiertychowska homofobia. Tym gorzej wyglądają zatem kolejne wywiady Jana Komasy, w których reżyser dużo opowiada o uniwersalnym przesłaniu filmu, weltschmerzach i znudzonych nastolatkach. Nigdy o homofobii i gejach.
Wróćmy do filmu. Dominikowi pozostaje jedynie „waleczny makijaż” jako strategia wyartykułowania swojej siły. Przegięcie standardów męskości, żeby powiedzieć całej klasie: jestem dokładnie tym, kim sobie myślicie, że jestem, i mam waszą opinię w dupie. Co więcej – strategia okazuje się skuteczna. Dominik czuje, że w konfrontacji z klasą zwyciężył. „Waleczny makijaż” to również ujawnienie na własnym ciele tego, co skrywane. Przyczyn mobbingu, czyli homofobii. Wojna może nie zostaje wygrana, ale potyczka – tak. Aleksander nie potrafi spojrzeć w oczy Dominikowi. Wstyd został przeniesiony na właściwego sprawcę. Po wygranej potyczce Dominik idzie za ciosem i dokonuje coming outu przed rodzicami. Wiadomo, że taka scena jest już dziś mocno fabularnie ograna i trzeba z tego mamo-tato-jestem-gejem wycisnąć coś nowego albo pokazać to w nowym świetle. I to się Komasie udaje. Właśnie dlatego, że Dominik obiera znowu dość queerową strategię. Jego coming out nie jest wyznaniem, ale świadomym wyzwaniem.
„Jestem gejem. Wolę chłopców” – mówi wyzywająco główny bohater, gdy rodzice usiłują go zapoznać z miłą dziewczyną. Jest córką ministra, rzecz dzieje się w operze, a świadkiem coming outu stają się siłą rzeczy minister i jego żona. Całość jest tak ostentacyjna, że świadkowie ledwo mogą uwierzyć, nie wspominając o tym, że jest absolutnie niestosowna w kontekście mieszczańskiego pitu-pitu. Na dodatek bohater zamieszania teatralnie całuje w usta pobliski grecki posąg płci męskiej. Coming out jest tak steatralizowany, że niemal nieprawdziwy. Nie jest prośbą o akceptację. Jest deklaracją niepodległości. W pewnym sensie nic dziwnego, że rodzice nie wierzą w homoseksualizm syna. Coś takiego mógłby zrobić każdy – bez względu na orientację seksualną – chłopak czytający Hamleta, żeby wypowiedzieć bunt. Komunikat Dominika wcale nie jest więc – wbrew pozorom – jasny.
Queerową strategię „walecznego makijażu” podpowiada bohaterowi Sylwia, dziewczyna poznana w internecie, władczyni wirtualnej sali samobójców, w której zbierają się awatary nastoletnich wyrzutków. Tu Dominik odnajdzie wspólnotę, która go zaakceptuje. A jednocześnie, co trafnie zauważył Krzysztof Tomasik (Dominik w sieci czy w szafie) – tu właśnie film pęka. Konsekwentnie prowadzona gejowska narracja właściwie się urywa. Przechodzimy do heteroseksualnej opowieści w konwencji „tajemnicza dama i jej wierny rycerz”, z disneyowską sceną pocałunku wirujących awatarów jako kulminacją. Świat wirtualny okazuje się jeszcze bardziej heteroseksualny niż ten realny.
Tu dochodzimy do kwestii bardzo problematycznej – dlaczego tak się stało. Tomasik powiada: z powodu pozornego uniwersalizmu. I trudno się z nim nie zgodzić. Gdyby w drugiej części filmu gejowska narracja była prowadzona równie konsekwentnie (Dominik mógłby np. zainteresować się którymś z męskich awatarów czy się nawet zakochać), nic nie uchroniłoby Sali samobójców przed etykietą filmu gejowskiego. Nawet usilne normalizujące starania dystrybutora, zapewniającego w materiałach promocyjnych, że to opowieść o „zwyczajnym chłopaku”, który „ma najładniejszą dziewczynę w szkolę” (niczego takiego nie zauważyłem, ale mi zawsze coś umyka), na nic by się zdały. Byłby gejowski ze wszystkimi tego konsekwencjami (być może nie najlepszymi, jeśli chodzi o liczbę sprzedanych biletów). A tak łatwo udało się wepchnąć go do szafy, przy aprobacie reżysera i części recenzentów. Bo lepiej zrobić film uniwersalny niż nieuniwersalny, a słowo „gejowski” ciągle jest antonimem słowa „uniwersalny”. W tej kwestii nic się najwidoczniej nie zmieniło od czasu Lubiewa. Paradoksalnie ma to swoje zalety. Na uniwersalny film przyjdzie zapewne więcej osób niż na gejowski. Szkolna homofobia (która może w istocie dotknąć każdego, nie tylko geja) może zostać zdefiniowana jako problem uniwersalny. I to zawsze coś – w sytuacji gdy polscy pedagodzy umywają ręce. Chyba że problem zostanie zdefiniowany tak dalece uniwersalnie, że homofobia zniknie zupełnie i pozostanie banał na temat tego, ze rodzice są zapracowani i nie rozmawiają z dziećmi.
Oczywiście istnieje nęcąca wizja, że Sala samobójców jest bardziej queer, niż mogłoby się zdawać. Zastanówmy się i odpowiedzmy na to podstawowe i wulgarne pytanie: czy Dominik jest gejem? Tak – plama spermy dowodem. Poza tym popełnia samobójstwo, a w polskiej prozie geje giną nader często, więc idąc tym tropem, stwierdzamy, że Dominik jest gejem jak amen w pacierzu. A może jest jednak biseksualistą? Też by pasowało: zakochuje się przecież w chłopaku, a potem w dziewczynie. Istnieją też bardziej skomplikowane wersje: Dominik jest heteroseksualistą, który zakochał się w chłopaku (dlaczego nie – żądajmy niemożliwego!). Albo jest gejem, który zakochał się w dziewczynie będącej przepustką do wiary w siebie i akceptacji wspólnoty, ekwiwalentu rodziny. Dlaczego miałoby to być niemożliwe? W końcu film nie jest od tego, żeby odtwarzać seksuologiczne dogmaty.
Trudno jednoznacznie odpowiedzieć na te pytania. Mówiąc więc w skrócie: otrzymaliśmy niezły polski półgejowski film z queerowymi rozwiązaniami i jedną nogą w szafie. Ale od czegoś trzeba zacząć.
— — — -
Czytaj też: Jakub Majmurek, Efektowny samobój
Na podobny temat
|
@Spokojny "Overall proponuje...
Pomysł, żeby na każdą parę przypadało...