NOWOŚĆ W SKLEPIE KP

Partycypacja_okladka_150px.jpg

>>Już jest: KP30!

kp30_okladka_300px.jpg

Komentarze

CYTAT DNIA

Nie możemy tworzyć idei, które będą łączyć ludzi, jeśli stracimy kontakt z tym, jakie jest ich życie. Jeśli nie wiemy, jak uznać sposób, w jaki ludzie obserwują świat, odczuwają go i doświadczają, nigdy nie będziemy w stanie pomóc im w uznaniu samych siebie albo zmianie świata na lepsze.
Marshall Berman, Przygody z marksizmem

Katalog Książek KP

Książki w sklepie KP

Advertisement
Order software online
Szybowicz: Rudnicki pisarz polski Drukuj
Eliza Szybowicz   
02.02.2011

Janusz Rudnicki napisał kiedyś, że został pisarzem, gdy na stragan, z którego sprzedawał warzywa, spadła młoda samobójczyni. Swoim zwyczajem natychmiast zdemaskował ten obrazek jako literacki, ale wizja została. Czytając wznowioną właśnie po 11 latach „Mękę kartoflaną”, można odnieść wrażenie, że to Rudnicki spadł z jakiegoś dachu od razu jako gotowy pisarz, ze swą charakterystyczną tematyką i poetyką, a potem tylko przesuwał akcenty i dodawał szczegóły. Już w najstarszych opowiadaniach „Męki”, pochodzących z drugiej połowy lat 80. i początku lat 90., kiedy Rudnicki zaczynał publikować w „Twórczości” Henryka Berezy, rozpoznamy prześmiewcę skostniałej polskiej formy, pisarza przygód polsko-niemieckich oraz ludzko-ludzkich, mistrza ambiwalencji, przemawiającego tonem czułego wkurwu, groteskowego patosu, lirycznej wulgarności i niesentymentalnej nostalgii.  

 

fot. www.wab.com.plRudnicki wyjechał z Polski w 1983 roku. Ma przeszłość solidarnościową i gastarbeiterską, ale woli tę drugą. Pytania o stan wojenny, internat i emigrację budzą w nim przekorę: „No dobra, byłem internowany, fakt. Pretensji do nikogo nie mam, dlaczego? Gdybyśmy wtedy mogli ich internować, to byśmy ich internowali”. Sam siebie przedstawia jako pisarza kursującego między Hamburgiem i rodzinnym Kędzierzynem-Koźlem, a ostatnio do dotychczasowych dwóch adresów dodał praski. Naczelną zasadą jego nieustającej autokreacji jest unikanie jednoznaczności, upodobanie do literackich masek, ról, opowiadania o sobie jako kimś innym. Rudnicki to zawsze „Rudnicki”.


Oczywistym układem odniesienia jest dla niego wąski repertuar polskiego schyłkowego romantyzmu – splot ofiarnictwa, kompleksów i poczucia wyższości. W „Męce kartoflanej” reprezentują go tłumne solidarnościowe msze za Ojczyznę, kult papieża Polaka, obrońcy krzyży na oświęcimskim żwirowisku i emigranci teatralizujący swoją emigrację. W „Ja i Aleksander Kwaśniewski na Górze Świętej Anny” występują zawodowi antykomuniści bez komunizmu (jak „huba bez drzewa”), wytwarzający przedmiot swojej nienawiści, żeby uzasadnić swoje istnienie. 


Waleza a usługi seksualne


Strategią Rudnickiego jest prowokacja. Na „Walezę” i „Solidarnosz” łapią u niego polskich klientów niemieckie prostytutki („Trzecia w prawo i druga w lewo od księżyca”). Kpinę najczęściej zawiera w gawędach o swoich fantastycznych perypetiach, münchhausenadach, podczas których wciela się w irytujące go role, żeby zabawić się ich absurdem. Na przykład wkłada szaty odebrane Papieżowi, po czym pielgrzymuje do Oświęcimia, gdzie zyskuje aplauz zgromadzonych, krzycząc przez megafon, że „Oświęcim to przez Żydów jest, bo jakby ich nie było, to by nie było Oświęcimia”. Następnie przykuwa się wraz z innymi łańcuchem do krzyża, który ma zostać usunięty przez wojsko („Męka kartoflana”). 


Rudnicki nie ukrywa, że poza irytacją narodowo-katolicki romantyzm jako malowniczy folklor wzbudza w nim również rodzaj „delektacji”. Symboliczne uniesienia i realna bieda stają się w jego opowiadaniach atrakcyjnym materiałem na brawurowe fabuły i stylizacje. Tym bardziej pociągającym, że pozwalającym na eksponowanie pokrewieństwa z Witoldem Gombrowiczem.  

 

W tematach polsko-niemieckich, które od początku są jego specjalnością, Rudnickiego interesuje głównie język. Żartuje z twardej, tautologicznej mowy konstruującej różnicę: „Polak to jest Polak. Niemiec to jest Niemiec” („Chrobotek reniferowy”), ale parodiuje też miałki język pojednania: „Mamy więc więcej wspólnego, niż nam się wydaje, pomyślałem i myślą tą podzieliłem się z nimi. I zgodziliśmy się. Siedzimy i milczymy, bo co tu gadać, jak się zgodziliśmy” („Męka kartoflana”). Bywa, że podobnie jak Jan Tomasz Gross przypomina fakty, które Polacy wyparli ze zbiorowej pamięci, bo nie pasują do wizji narodu niewinnych ofiar. Pisze drastyczną, pozbawioną skruchy spowiedź komendanta największego polskiego obozu koncentracyjnego dla śląskich Niemców („Chodźcie, idziemy”). 


Kochana nazistowska świnio


Popisowy numer Rudnickiego stanowią sceny, w których język starego międzynarodowego konfliktu zostaje zastosowany na prywatny użytek. W „Odwiedzinach” Rudnicki tkwi w zepsutej windzie z odstręczającym Panemstanisławem, a niemiecki sąsiad docina im: „Z windy trzeba korzystać umieć, jak nie, to trzeba schody używać, nie było w Polsce wind?”. Rudnicki nie może powstrzymać irytacji: „A były, były! Tylko je zbombardowali, wie pan?”. Na stereotyp odpowiada wojenną krzywdą. Tego typu argumenty zawsze są pod ręką i cisną się na usta, choćby żartem. 


Toteż żeby przyznać się do historycznych i współczesnych uprzedzeń, a jednocześnie z nich zadrwić, Rudnicki i jego niemiecka narzeczona posługują się sekretnym kodem obelg. Język nienawiści staje się językiem miłości. Ona anonsuje się przez domofon słowami „Ausländer raus!” i wita go czułym „ty brudny, zapity Polaku”, on za to zwraca się do niej pieszczotliwym „ty nazistowska świnio” („Odwiedziny”). Oswojona uraza współtworzy sytuację intymną, w której nie powinna się pojawić. Ale bywa i na odwrót – kiedy uraza wydaje się nieunikniona, nie pojawia się w ogóle. W tym samym opowiadaniu matka Rudnickiego z uśmiechem mówi niemieckiemu policjantowi, że zna trochę niemiecki – „wojna, rozumie pan?”. Uprzejmy policjant podtrzymuje temat: „mój ojciec język polski zna dobrze, on był wtedy w Polsce”, a starsza pani beztrosko kontynuuje konwersację: „Aa, on był wtedy w Polsce, ucieszyła się znowu matka, a gdzie?”. 

 

Takich niespodzianek jest w prozie Rudnickiego więcej, a ich patronem jest Miron Białoszewski, obok Gombrowicza drugi ważny dla autora „Męki” pisarz, z którym łączy go koncepcja literatury tworzonej ze słów i zdarzeń potocznych, zasłyszanych, podpatrzonych. Relacje międzyludzkie, zwłaszcza społeczne, widzi Rudnicki po gombrowiczowsku – jako bezwładne, oparte na nieporozumieniu. Kreuje się na neurotyka, którego inni ludzie krępują, czasem samą swoją obecnością. Jeszcze zanim się odezwie, oczekują określonych zachowań, mają dla niego gotową formę: „Jak tylko zaczną śpiewać ci Happy Birthday, stajesz się solenizantem, masz urodziny czy nie” („Męka kartoflana”). Z drugiej strony poza formą czyha samotność i nuda, nic się nie dzieje. Tożsamość jest narzucana z zewnątrz, można też ją założyć jak kostium. 


Opowiadania Rudnickiego to ciąg pomyłek i oszustw, narrator ciągle jest brany za kogoś innego – żebraka, Cygana, Niemca, Murzyna. Czasem sam wykorzystuje ten mechanizm, na przykład udając w windzie członka zarządu firmy, do czego wystarczy gęsta mina, kupiony na raty drogi garnitur, wsiadanie do windy w garażu i wysiadanie na ostatnim piętrze. Narzucenie formy jest przede wszystkim grą o własną wyższość kosztem czyjejś niższości. Owa wszędobylska nierówność, związana z zamożnością, narodowością, płcią, a czasem z niczym konkretnym nie związana, realizuje się mało spektakularnie, w językowym banale, drobnych nawykach, łatwej stygmatyzacji. „Te, Murzyn, banany prostować!” – krzyczą dzieci do Rudnickiego wysmarowanego pastą do butów i cokolwiek powie on z pastą na twarzy, sąsiadka go nie zrozumie, choć mówi po polsku, bo przecież nie można zrozumieć Murzyna.


Śmiech pod gruzami 


Komunikacja bez komunikacji, niedbała, rutynowa, pozorna, ukierunkowana na zdominowanie rozmówcy, to w twórczości Rudnickiego nieokiełznany żywioł. Rozpoczyna ją lada co i nie sposób jej kontrolować. Panstanisław sypie jak z rękawa powiedzonkami i anegdotami, by tym sposobem być górą. Rudnicki postanawia więc podjąć grę na jego warunkach: „Ja słabo widzę, wie pan, powiedziałem do niego, po czym zaraz rozmyślnie dodałem, psu na budę te tablice, i jeszcze: nic mi nie dadzą te rozkłady, bez okularów nie dam rady. Zobaczyłem w jego oczach uznanie. Koniec języka za przewodnika, powiedział, głowa do góry”. Tylko że ta gra jest niebezpieczna, grozi alienacją: „Z dużej chmury mały deszcz, powiedziałem i zaraz miałem ochotę się spoliczkować, ponieważ nie byłem pewien, czy powiedziałem to rozmyślnie, czy zdanie to wyszło mi z ust samo”.  

 

Czasem jednak między bohaterami Rudnickiego, złożonymi z kilku automatycznych zwrotów i zachowań, nieoczekiwanie rodzi się – jak u Białoszewskiego – braterskie porozumienie. W ludziach zredukowanych okazuje się tkwić coś, czego zredukować się nie da. Coś, dzięki czemu sami siebie przekraczają. Podstawą braterstwa i przekroczenia własnej kondycji jest o dziwo wciąż ten sam banał.


Kiedy w „Chodźcie, idziemy” Rudnicki tkwi pod gruzami bloku, w którym wybuchł gaz, i słyszy rozmowy zasypanych sąsiadów, nagle okazuje się, że nieporozumienia się skończyły. Sąsiedzi zastanawiają się, dlaczego nikt ich nie ratuje: „Płacimy przecież podatki, powiedział ten z lewej. I zaczęli się śmiać”. Potem dochodzą do wniosku, że nie ma sensu wzywać pomocy: „Co będziemy się darli, wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma, powiedziała Madame Butterfly i śmiać się zaczęli we trójkę”. Śmiech pod gruzami oznacza jedno – bohaterowie zdobyli się na dystans i spostrzegli, że nie oni mówią językiem, a język mówi nimi.  

 

Teraz może wydarzyć się wszystko. Jednak się nie wydarza. Czytając książki Rudnickiego, szybko orientujemy się, że zawsze będzie w nich „Rudnicki”, neurotyk i nieudacznik, któremu przytrafiają się fantastyczne przygody w Polsce, w Niemczech, na granicy. Rozbawiony lub bezsilnie wściekły z powodu ingerencji wielkich i małych form, zdystansowany do swej pisarskiej roli, ostentacyjnie plebejski. Zawsze będzie matka, kategoria sama dla siebie. Będzie Kędzierzyn-Koźle i rodzinny blok. Krzyż i Matka Boska na szybie. Dojdzie do katastrofy, powodzi, wybuchu, zniknięcia pokryw od kanałów ulicznych. Ruszy jakiś pochód. Rudnicki świadomie gra powtórzeniem, jak świadomie wybiera inne ograniczenia, które przekształca w wyśmienity kawał prozy o współczesnej Polsce. 

 

 

 Eliza Szybowicz (1977) - krytyczka literacka, publikuje m.in. w „Dwutygodniku”, „Pograniczach” i „Kresach”. Członkini zespołu KP.   

 

 Tekst ukazał się wGazecie Wyborczej”.  
Komentarze
Dodaj nowy
Napisz komentarz
Nick:
E-mail:
 
Strona www:
Tytu?:
UBBCode:
[b] [i] [u] [url] [quote] [code] [img] 
 
Prosz? wpisa? kod antyspamowy widoczny na obrazku.

3.26 Copyright (C) 2008 Compojoom.com / Copyright (C) 2007 Alain Georgette / Copyright (C) 2006 Frantisek Hliva. All rights reserved.”


Na podobny temat

Aktualizacja    ( 03.02.2011 )
 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »
Generated in 0.99188 Seconds