Jaś Kapela, Krytyka Polityczna: Jesteś przeciwnikiem „Paktu dla kultury”?
Kuba Szreder: Nie. Pierwsza część to piękne hasła o nowoczesnym społeczeństwie obywatelskim. Oczywiście wszystkie sformułowania o roli kultury we współczesnym świecie brzmią bardzo dobrze, szczególnie dla jej twórców, nawet jeżeli są sformułowane nieco górnolotnie. Rozumiem jednak retoryczną rolę takiego zabiegu. W końcu twórcy kultury starają się przekonać i rządzących, i społeczeństwo, że kultura się liczy. W naszym Manifeście na Rzecz Radykalnych Zmian w Kulturze też przecież posłużyliśmy się patosem i stylistyką manifestu. Czy wierzę w tego rodzaju pakt z władzą? Nie do końca. Jest on narzędziem wywierania nacisku, jednak nie ma charakteru politycznego czy prawnego zobowiązania, tylko deklaracji dobrej woli ze strony rządzących. Co jest według mnie najważniejsze to wprowadzenie pewnej nowej jakości do dyskusji publicznej oraz wygenerowany przez Obywateli Kultury potencjał społeczny. Doceniam przede wszystkim dążenia w kierunku jak najszerszych konsultacji społecznych czy transparencji działania. Dzisiaj zerknąłem ponownie na treść Paktu i faktycznie widać, jak on ewoluuje. Wyniki spotkań grupy roboczej Obywateli, nawet jeżeli odbywają się w małym gronie, są skrupulatnie ogłaszane. To są szczegóły, ale może to właśnie one są najbardziej istotne.
W „Śniadaniu mistrzów” premier Tusk powiedział, że popiera postulat zwiększenia wydatków na kulturę.
Tusk może popierać, ale czy przy zwiększającym się deficycie budżetowym rząd będzie zwiększał środki na kulturę? Zwłaszcza że ludzie kultury mają powszechną, chociaż czasem niesprawiedliwą, opinię darmozjadów i są identyfikowani z wielkomiejskimi środowiskami inteligenckimi, które walczą o swoje przywileje. Wałęsa też obiecał sto milionów dla każdego, a skończyło się jedynie na piosence Kazika.
Swoją drogą ludzie kultury korzystają z dość dużych ulg podatkowych, czyli z 50% odpisu od podatku dochodowego w przypadku umowy o dzieło. To jest zapis jeszcze z dwudziestolecia międzywojennego. Ma wspierać polską inteligencję a wynika z założenia, że inteligent musi wydawać dużo pieniędzy na reprodukowanie swoich sił intelektualnych, na przykład kupować książki, uczestniczyć w życiu intelektualnym itd.
Zlikwidowałbyś to?
Z mojego osobistego punktu widzenia i przy moich zarobkach to jedyny sposób, żeby przetrwać. Ale wolałbym, żeby wszyscy w Polsce mieli większą kwotę dochodu wolną od podatku, co jest rozwiązaniem korzystnym dla najbiedniejszych. Trzeba brać pod uwagę, że w tym kraju postulaty likwidacji odpisu z umów o dzieło są wysuwane przez tych samych ludzi, którzy obniżają podatki dla najbogatszych. Wielu moich przyjaciół-artystów w Berlinie nigdy nawet nie zapłaciło podatku, bo niestety tak mało zarabiają. W Niemczech jednak jest system ubezpieczeń zdrowotnych dla artystów, co pozwala im kontynuować na dłuższą metę aktywność twórczą. W Polsce, jeśli nie są w KRUS-ie albo na umowie-zleceniu w firmie ciotki, to często nie płacą ZUS-u. Artyści bardzo często po prostu zarabiają za mało, żeby opłacać ubezpieczenie. Nie wiadomo, ilu twórców kultury w Polsce nie ma ubezpieczenia zdrowotnego i emerytalnego. Nie ma na ten temat żadnych statystyk. Jedyne dane mogą pochodzić z rożnych związków twórczych, jak ZPAP, ale wielu młodszych artystów do nich nie należy. Znam jedynie statystyki angielskie czy niemieckie, z których wynika, że 90% artystów nie utrzymuje się z pracy twórczej, tylko z różnych fuch albo pieniędzy partnerów. Nawet w takim wypadku zazwyczaj lokują się grubo poniżej średniej krajowej. W Polsce jednak bycie twórcą kultury wciąż uznawane jest za rodzaj przywileju, co jednak się szybko zmieni, z racji na gigantyczny napływ bezrobotnych artystów i humanistów.
Gdyby wziąć pod uwagę ilość czasu włożonego w wykształcenie, to twórcy zarabiają nieporównywalnie mniej niż ich koledzy z administracji czy biznesu. Są też grupą, w której panuje gigantyczne rozwarstwienie zarobkowe. Zawody artystyczne są oparte na bardzo silnej konkurencji. Górny procent artystów, tych powszechnie znanych, zarabia ogromne pieniądze, pozostali prędzej czy później przestają być artystami albo przymierają z głodu.
Opodatkować Sasnali?
Oni są opodatkowani. Po pierwsze jest VAT na sprzedaż dzieł sztuki, stosunkowo niewielki, bo jedynie 7%. Jednak artyści, a przede wszystkim właściciele prywatnych galerii, płacą także podatek dochodowy. Skoro już o Sasnalu mowa. Jestem przekonany, że jako zadeklarowany lewicowiec, jest on również zwolennikiem podatku progresywnego,i chętnie przywróciłby najwyższą stawkę PIT, żeby wykazać solidarność ze swoimi uboższymi współobywatelami. Jednak co bardziej przedsiębiorczy z artystów raczej założą własną firmę, żeby płacić liniową stawkę CIT i uniknąć wyższych podatków.
A może Sasnal powinien płacić za ubezpieczenie zdrowotne np. Romana Stańczaka?
Mówisz o rynku sztuki, a to jest niewielki sektor przemysłu kreatywnego. Nie możemy rozmawiać o regulacjach prawnych w oderwaniu od tego, jak wygląda współczesna sfera kultury i przemysł kreatywny (filmowy, medialny, wydawniczy, reklamowy itd.). A mamy tam i Disneya, i kolesia, który rysuje komiksy w Nowej Hucie. W dyskursie o przemysłach kreatywnych, tak ostatnio popularnym w Polsce, traktuje się ich tak samo. Promując kulturę jako motor tworzenia PKB, zapomina się o podstawowym, strukturalnym konflikcie interesów pomiędzy różnymi podmiotami funkcjonującymi w jej obrębie. Niestety nie zawsze panuje w tym polu zasada kooperacji. Bardzo często mamy do czynienia z konkurencją, dominacją, eksploatacją. To tak jakby mówić o fabryce bez rozróżnienia na właścicieli i robotników.
Np. gdzieś tam wykluwa się grunge czy rap, ludzie wytwarzają pewien styl życia, myślenia, tworzenia kultury. Zauważają to wielkie wytwórnie, wybierają paru wykonawców i dzięki nim zaczynają generować zyski. Część osób z dawnej sceny niezależnej zaczyna zarabiać krocie, a cała reszta nie ma bezpośredniego zysku z tej działalności, choć bardzo wielu z tych ludzi dołożyło się do tego, żeby ten styl życia powstał. A warunkiem uzyskania zysku nie jest jeden utwór, konkretny produkt, ale właśnie pewien kolektywny styl życia.
Masz jakiś pomysł, co z tym zrobić? Jak zapewnić redystrybucję tych zysków? Dochód gwarantowany?
Tu trzeba szerszej refleksji. Minimalny dochód gwarantowany dla każdego jest jednym z pomysłów, o których się współcześnie dyskutuje, szczególnie w społeczeństwach zachodnich. Niektórzy twierdzą, że jest on realistycznym i jedynym możliwym rozwiązaniem chociażby problemu strukturalnego bezrobocia. Niestety w obecnym klimacie politycznym, w którym sankcjonuje się gigantyczne wynagrodzenia bankierów i tnie resztki państwa dobrobytu, spychany jest on do sfery utopii, ekonomicznej niemożliwości. Żeby nie być posądzonym o oderwanie od rzeczywistości, skupię się na snuciu bardziej krótkoterminowych scenariuszy.
Może należałoby wprowadzić mikroopodatkowanie przemysłów kultury? Tak jak to zostało zrobione w PISF-ie. Działalność stricte komercyjna jest opodatkowana, aby mogły powstawać eksperymentalne produkcje artystyczne.
Opodatkować reklamy? Czy bestsellery?
Problemem jest, jak zdefiniować bestseller. Ale już reklamy mają prawne definicje. Przecież reklamy telewizyjne już są opodatkowane na rzecz wsparcia produkcji filmowej. Można pomyśleć o podobnych rozwiązaniach w przypadku reklamy zewnętrznej albo mediów drukowanych.
OK. Nakładamy podatek, mamy pieniądze i co z nimi robimy?
Można myśleć o tego typu hierarchicznej strukturze, jaką jest PISF. Opiera się on na wizji rozdziału środków przez różne ciała eksperckie, współczesną wersję rady mędrców.
Czyli zakładamy Polski Instytut Kultury, którego dyrektorem zostaje ktoś z liderów ruchu Obywatele Kultury i rozdziela środki tym, których lubi.
Niekoniecznie. Można stworzyć odpowiednie procedury. Środki publiczne powinny być rozdysponowane w sposób możliwie transparentny i pozbawiony arbitralności, o której mówisz. W takich instytucjach jest dużo zawoalowanych interesów. Są obsadzane przez kliki osób, które zaczynają monopolizować dostęp do publicznych środków. Te same osoby są ekspertami oceniającymi projekty i jednocześnie powiązane w pośredni sposób z różnymi instytucjami, które o te pieniądze proszą. Czasem są to całe sieci bardzo kompleksowych zależności. Od tego się nie da uciec, szczególnie w kulturze, w której „wszyscy się znają”. Można jednak starać się ukrócić różnego rodzaju ekscesy władzy. Na przykład kładąc nacisk na przejrzystość procedur, kadencyjność funkcji. To jest program minimum, daleki od rewolucji kulturalnej, jednak i tak jest lepszy od istniejącego stanu rzeczy.
Jest możliwy jakiś inny model?
W Wiedniu była taka próba. Grupa ludzi związanych ze sceną nowych mediów stworzyła model demokratyczny. System głosowania pozwalał wszystkim uczestnikom tej sceny decydować, w jaki sposób ustanawiać priorytety i kto otrzyma pieniądze.
To raczej utopia, że nagle wszyscy uczestnicy pola kultury głosują, komu dać pieniądze i na jaki projekt. Nikt nie ma na to czasu.
Trudno oczekiwać, że bez zaangażowania czasowego da się utrzymać jakikolwiek system. Inaczej trzeba by postawić na specjalizację, a wtedy trudno uchronić się przed reprodukcją klasy eksperckiej. Ci, którzy wchodzą w system później, są na przegranej pozycji. Z drugiej strony tego konfliktu trudno uniknąć również w systemie demokratycznym. To był problem w Wiedniu. Jeśli pojawiasz się znikąd i masz świetny pomysł, trudno ci się przebić, bo otacza cię grupa ludzi przyzwyczajonych, że scena jest ustawiona tak a nie inaczej, i mają swój interes, żeby utrzymywać ten konsensus.
Nie ma systemu doskonałego. Ale w Polsce utrzymuje się system myślenia ekspercko-feudalnego. Poziom konkursów organizowanych przez różne ciała często jest żenujący. Nie spełniają one podstawowych kryteriów takich, jak transparentność, możliwość odwołania, często nie mają jasnych kryteriów. To jest abecadło liberalne, które powinno chronić uczestników przed dramatycznymi nadużyciami.
Chyba taki też byłby problem z CIT-em. W „Pakcie…” jest propozycja odpisu 1 procenta z podatku od dochodów przedsiębiorstw (CIT-u) na cele kulturalne. Tylko czy można będzie się odwołać od decyzji, że Coca-cola odpisze sobie sto milionów na występ Beyonce na Coke Live Music Festival?
To rozwiązanie ma kilka podstawowych wad. Po pierwsze myśli się o korporacjach, czyli formach organizacji ekonomicznej, jak o obywatelach, ludziach prywatnych. A przecież żaden obywatel nie ma w statucie zapisanej konieczności osiągania zysku. A korporacje i inne firmy z definicji muszą osiągać jak największy zysk. Obywatele za to nie mają działów promocji. Trudno oczekiwać od korporacji, że w działalności charytatywnej będą podążać za odruchem sumienia, nie do tego zostały stworzone, tylko do maksymalizowania zysku przy minimalizacji ryzyka. Ich kampanie charytatywne czy kulturalne są zazwyczaj bezpośrednio połączone ze strategią rozwoju firmy przy zachowaniu podstawowych zasad jej funkcjonowania. Tym różnią się zdecydowanie od ludzi, którzy miewają mieszane motywacje, dlatego absurdem jest ich traktowanie na takich samych zasadach. 1% odpisu z CIT jest po prostu prezentem podatkowym na mniej lub bardziej wyrafinowane kampanie promocyjne.
Ale może korporacjom opłaca się wspierać niezależne inicjatywy, jak wspomniany grunge, żeby miały z czego czerpać?
Ależ skąd. Po co firma ma płacić za coś, co może dostać za darmo? W odwodzie czeka zawsze armia bezrobotnych robotników kultury. Nastawione na zysk podmioty nie będą płacić za jakieś niezależne inicjatywy. Wolą pojawiać się tam, gdzie mają zapewnioną widoczność.
Mamy podobny, funkcjonujący przykład: 1 procent z PIT-u na organizacje pozarządowe. I jak to wygląda? Obywatele często kierują się odruchem serca, a system odpisów i tak ma bardzo dużą tendencję do centralizacji. Ci, którzy są widoczni, stają się jeszcze bardziej widoczni.
Biedne dzieci Anny Dymnej, które mają reklamę w telewizji…
Może to trochę cyniczne, ale tak to jest, że osoby, które funkcjonują w mediach, są w stanie zdobyć tak duże społeczne zainteresowanie, że zaczynają monopolizować zasoby.
Może są jakieś sposoby, żeby to ograniczyć?
Przede wszystkim trzeba wymyśleć jakiś system redystrybucji, który nie bazuje jedynie na spontanicznych decyzjach uczestników, kierujących się w swoich wyborach zawsze przecież ograniczoną wiedzą. Przy obecnych technologiach komunikacyjnych kończy się to gigantycznym rozwarstwieniem. W 2009 roku 20 największych organizacji pożytku publicznego (0,3% z 7128 które otrzymały jakakolwiek dotacje) zebrało 142 milionów złotych z 372 przekazanych przez podatników, czyli jakieś 40%. W kulturze taki system jeszcze bardziej działałby na szkodę najmniejszych graczy. Najsilniejsze w tym obiegu są instytucje państwowe z dużych miast i wielkie festiwale robione przez korporacje.
Połączenie dwóch punktów „Paktu…” – mówiących o CIT i zrównaniu podmiotów w dostępie do środków publicznych – jest bardzo niebezpieczne. Zgodnie z tym zapisem nie ma żadnej przeszkody, żeby Agora robiła festiwal Agory, Orange festiwal Orange, Heineken Heinekena, a wszyscy korzystali z odpisu od podatku, żeby promować swoją markę. Bo to przecież działalność kulturalna. A przy okazji pozwala związać pewien styl z życia z określonymi produktami. Całe szczęście punkt paktu mówiący o zrównaniu różnych podmiotów już został przeformułowany w wyniku konsultacji, chociaż wciąż według mnie nie jest to wystarczające. Wyjaśnię to jednak później.
Na odpisie 1% z CIT mogą skorzystać instytucje publicznie, które mają wyrobiony prestiż i są dobrymi kandydatami na partnerów korporacyjnych. Już mają zapewnione finansowanie ze środków publicznych, a do tego są jak gigantyczne billboardy w środku miasta, które mówią: tak, jesteśmy prestiżowe, reprezentujemy luksus. Dajcie nam pieniądze, a my zapewnimy wam prestiż.
Środki publiczne są ograniczone, a publiczne instytucje kultury – niedofinansowane, jednoczesnie to one zapewniają najszerszy dostęp do kultury – może to dobrze, że miałyby szansę na dodatkowe środki?
Musimy się dobrze zrozumieć. Zdaję sobie sprawę z problemów instytucji kultury, z wieloma z nich sympatyzuję, jestem ich częstym gościem. Jednak uważam, że wprowadzenie odpisu z CIT-u tak naprawdę nie rozwiązuje problemów strukturalnych związanych z finansowaniem kultury, a do tego prowadzi do wielu problemów.
Pierwsza kwestia to centralizacja zasobów. Jak widzieliśmy na przykładzie odpisów z PIT-u, nawet one mają tendencję do promowania największych i najbardziej widocznych organizacji. W polskich realiach odpisy z CITu wędrowałyby do paru największych instytucji z dużych miast. Lwia ich część zostawałaby w Warszawie. A co z mniejszymi podmiotami? Co z polską prowincją? To tam są największe problemy.
Poza tym odpowiedzialność za finansowanie kultury zostałaby przeniesiona z państwa na prywatny wybór korporacji – które przecież nie mają obowiązku wspierać małych, niezależnych, a już tym bardziej krytycznych organizacji. Państwu to się zdarza, w wyniku różnych społecznych nacisków, na które korporacje są jednak bardziej odporne.
Systemy redystrybucji, czy to na poziomie państwa, czy samorządu są bardzo wadliwe, ale jednak są do pewnego stopnia otwarte na oddolny nacisk obywateli. Od pewnego czasu popularne stają się Komisje Dialogu Społecznego, które lobbują za bardziej sensownymi sposobami dzielenia publicznych pieniędzy. Ich rola, szczególnie w Warszawie, jest nie do przecenienia. To jest bardzo żmudna działalność, jednak w długofalowej perspektywie wprowadza zasadnicze zmiany. W Warszawie udało się wprowadzić rozwiązania, które są korzystne dla mniejszych organizacji czy dla indywidualnych artystów. Daje się po 10 tys. złotych małym organizacjom, bez żadnych wielkich konkursów i zbędnej biurokracji, funduje stypendia dla osób indywidualnych, ale też wprowadza się trzyletnie granty dla większych NGO-sów, które dzięki temu mogą stabilnie prowadzić swoje działania. Jest duży nacisk strony społecznej na władzę publiczną, która jest ustawowo zobowiązana, żeby jej wysłuchać. Gdybyśmy zdali się na dobrą wolę różnych firm, to nacisk strony społecznej mógłby niewiele wskórać.
Drugi problem to oligarchizacja sfery kultury. Wprowadzenie takiego odpisu mogłoby łatwo doprowadzić do bliskich kontaktów między organizacjami sektora prywatnego i organizacjami publicznymi. Tak się działało w Anglii za rządów Thatcher. Instytucje publiczne mają mało środków publicznych i są zmuszane do szukania partnerów prywatnych. Oferują im różne możliwości funkcjonowania w sferze publicznej jako mecenasom. Np. organizują specjalnie spotkania klubu przyjaciół danej instytucji. Należą do niego przedstawiciele władzy, większego biznesu itd., którzy w atmosferze wydarzenia artystycznego utrzymują niekrępowane zasadami demokratycznej transparencji kontakty. Gdy panuje przekonanie, że kultura jest związana z dobroczynnością, bardzo trudno przełamać taką hegemonię. Dostając stosunkowo niewielkie pieniądze od prywatnych inwestorów, daje się im dużo w zamian. Oczywiście w polskiej rzeczywistości brzmi to jak opowiadanie science fiction. Polskie „elity biznesu” a tym bardziej politycy bynajmniej nie są jakoś szczególnie zainteresowane kulturą. Premiera ciężej jest zobaczyć w galerii niż na boisku, chociaż ostatnio zaczyna się pokazywać w TV z tzw. celebrytami. Stąd według mnie nacisk na odpis z CIT-u, ponieważ tak naprawdę umożliwiłoby to „wychowanie” nowej klasy mecenasów i rozwiązało problemy większych instytucji. Jednak w długofalowej perspektywie takie związanie elit kulturalnych, biznesowych i politycznych przyniesie katastrofalne skutki dla polskiej sfery publicznej.
Widzisz jeszcze jakieś niebezpieczeństwa?
Odpis jednego procenta CIT-u nic nie zmieni dla większości organizacji trzeciego sektora. Może poza garstką największych. W ten sposób nie załatwi się żadnego ich problemu, a już tym bardziej różnych problemów nieformalnych grup opartych na entuzjazmie.
Weźmy punkt 4, zrównanie podmiotów, w efekcie jego wprowadzenia w najgorszej sytuacji znajdą się podmioty społeczne, NGO-sy. Nie mówiąc o niesformalizowanych strukturach, które w świetle polskiego systemu rozdzielania funduszy na kulturę mogłyby w ogóle nie istnieć.
To jest wielki problem: jak indywidualny artysta albo grupa niezbiurokratyzowana ma uzyskać wsparcie finansowe? Żeby je dostać, musisz się zbiurokratyzować. Jak się zbiurokratyzujesz, to zaczynasz spędzać coraz więcej czasu na wypełnianiu idiotycznych papierów. Procedury kontroli juz obecnie nałożone na organizacje trzeciego sektora, a tym bardziej na organizacje pożytku publicznego, są strasznie wyśrubowane. Wiele organizacji ugina się pod ich ciężarem.
Organizacje pozarządowe, które początkowo bazowały na entuzjazmie, po paru latach przekształcają się w młynki do mielenia formularzy, które często i tak nie będą ocenianie przez ekspertów, ale przez lokalnych polityków, którzy nie zważają na ich wartość merytoryczną, tylko na własne, arbitralne preferencje. Gdyby „Pakt…” był pisany głównie przez organizacje pozarządowe, to pewnie podstawowymi postulatami byłoby odbiurokratyzowanie kultury, umożliwienie przekazywanie większej ilości pieniędzy w systemie otwartych grantów, a nie dotacji dla publicznych instytucji, zapewnienie kapitału żelaznego. Obecnie panuje system wkładu własnego, którego organizacje nie mogą przecież wziąć z powietrza.
Musisz mieć coś, żeby było ci dane.
Gdyby utrzymać obecny system i dodatkowo wprowadzić punkt czwarty „Paktu…”, oznaczałoby to, że na wolnym rynku grantów mogłyby ze sobą konkurować prywatne firmy, NGO-sy i instytucje publiczne. Jakim problemem jest dla firmy, która ma przepływ kapitału i stałe koszty, uzyskać 20 procent wkładu własnego? Instytucje publiczne też sobie poradzą, bo mają pieniądze od samorządu czy ministerstwa. Poradzą sobie również OPP – te z nich, które dostają jakiekolwiek pieniądze z odpisów podatku PIT, albo NGO-sy, które prowadzą działalność komercyjną.
A NGO-som pozostaje księgować jako wkład własny swoje przyszłe pensje?
Nie można tego robić w nieskończoność, poza tym system jest coraz bardziej uszczelniany i nawet to dosyć patologiczne rozwiązanie nie jest wystarczające. NGO-sy często księgują jako wkład własny koszty biura, ale zdarzają się konkursy, które wymagają, żeby wkład własny był przeznaczany tylko na dany projekt. Tak jest np. w Obserwatorium Kultury [konkurs grantowy organizowany przez Narodowe Centrum Kultury]. Musisz mieć te 10 albo 20 tysięcy, żeby dostać 100 tysięcy dofinansowania. Dla NGO-sów to jest gigantycznym problemem. Nie dość, że prowadzisz działalność niekomercyjną, często w ramach wolontariatu lub poniżej stawek rynkowych, to jeszcze są takie utrudnienia.
Powtórzę: najsłabsi gracze są najbardziej poszkodowani. Dopuszczenie do publicznych pieniędzy wielkich firm niczego nie załatwi. Ja nie jestem przeciwnikiem inicjatywy prywatnej czy ludzkiej wolności. Wręcz przeciwnie. Nie uważam jednak, żeby dążenie do zysku było ich jedynym przejawem, a właśnie ono jest obecnie ekonomicznie premiowane. Jest wiele przedsięwzięć, które łączą działalność kulturalną z komercyjną, w sposób korzystny dla całego środowiska, jak różne kawiarnie kulturalne. Są przecież spółdzielnie czy nieformalne kolektywy, które często mają o wiele większy poziom niż finansowane z publicznych środków instytucje. To absurd, że osoba prywatna nie może otrzymać dotacji, nawet jeśli ma świetny pomysł, zapewnia miejsce itd. Jednak trzeba wprowadzić takie rozwiązania, które będą działały na korzyść oddolnych sieci tworzenia kultury. Doprowadzenie do „otwartej konkurencji” wielkich graczy i małych podmiotów doprowadzi do wyginięcia tych ostatnich, albo zajęcia przez nie jakichś zupełnie marginalnych nisz.
Różne biurokratyczne utrudnienia można by zmienić nawet bez „Paktu…”. Zależy to od dobrej woli rządzących i skutecznego, trwałego nacisku rządzonych. W przypadku organizacji pozarządowych problemem są ustawy regulujące ich działalność i nakładające na nie biurokratyczne jarzmo poprzez konieczność wypełniania stosów formularzy, żeby otrzymać parę tysięcy złotych. Problemem są zmieniające się z roku na rok zasady przyznawania środków przez ministerstwa. Problemem jest brak transparentności i arbitralność władzy. Problemem jest nie tylko wysokość środków na kulturę, ale przede wszystkim sposób ich dzielenia.
*Kuba Szreder – socjolog, kurator, redaktor, założyciel Wolnego Uniwersytetu Warszawy, współpracuje m.in. z Korporacją Ha!art, Fundacją Bęc Zmiana, współautor Manifestu Komitetu na rzecz Radykalnych Zmian w Kulturze
Jest to ciąg dalszy naszej dyskusji o Pakcie dla kultury. Czytaj też:
Alina Gałązka: Dajmy kulturze prawo do błędu
Bogna Świątkowska: Ludzie kultury mówią nie swoim językiem
Michał Zadara: Jesteśmy po stronie odbiorców kultury
Karolina Ochab: Miasto powinno mieć swoje flagowe instytucje
Jarosław Suchan: Polskie prawo hamuje rozwój kultury
[rys. Marek Raczkowski]
—
„Pakt dla kultury” to propozycja nowej polityki kulturalnej państwa sformułowana przez ludzi kultury. Ma ona formę umowy między „strona społeczną” (artystami, przedstawicielami instytucji kultury i organizacji pozarządowych) a władzami (rządem, parlamentem).
Propozycja „Paktu” powstała w kręgu osób zajmujących się zbieraniem podpisów pod apelem „1 procent na kulturę”. Przyjęły one nazwę „Obywatele Kultury”. Obecnie ruch Obywateli Kultury tworzą m.in. Beata Stasińska (wydawca, była redaktor naczelna Wydawnictwa W.A.B.), Joanna Mytkowska (dyrektorka Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie), Agnieszka Odorowicz (dyrektorka Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej), Jerzy Hausner (profesor ekonomii, minister pracy i polityki społecznej w rządach Marka Belki i Leszka Millera), Hanna Wróblewska (dyrektorka galerii Zachęta), Beata Chmiel (wicedyrektorka Muzeum Narodowego), Dariusz Gawin (wicedyrektor Muzeum Powstania Warszawskiego), Jarosław Lipszyc (prezes Fundacji Nowoczesna Polska), Michał Zadara (reżyser teatralny).
Do końca marca trwają ogólnopolskie konsultacje społeczne, które pomogą sformułować nową wersję „Paktu”. Zostanie ona przyjęta podczas Obywatelskiego Kongresu Kultury 14-15 maja w Warszawie i przedstawiona rządowi.
W ramach konsultacji społecznych publikujemy na stronie KP rozmowy z ludźmi kultury. Wkrótce wywiad z Piotrem Mareckim (szef Korporacji Ha! art, współtwórca Restartu Polskiego Kina).
Zapraszamy też na spotkania konsultacyjne do Klubów KP, m.in. w Białymstoku, Gdańsku, Krakowie i Bytomiu.
Na podobny temat
|
@Spokojny "Overall proponuje...
Pomysł, żeby na każdą parę przypadało...