|
Jaś Kap ela, Krytyka Polityczna: Czy potrzebujemy „Paktu dla kultury”?
Bogna Świątkowska*: Mówienie, że kultura jest ważna dla życia społecznego, jest pożyteczne. Zwłaszcza w momencie, gdy kultura znika z horyzontu. Gdyby nie grupa tych, którzy uporczywie odmieniają kulturę przez wszystkie przypadki, pewnie niewiele w dyskursie publicznym pojawiałoby się na ten temat. To jest istotna rola Obywateli Kultury, którzy przecież nie są ani organizacją, ani stowarzyszeniem, tylko luźną grupą osób zainteresowanych wytwarzaniem sprzyjającego klimatu wokół kultury oraz – co szalenie istotne – wprowadzaniem konkretnych zmian prawnych rozwój kultury umożliwiających.
Grupa inicjatywna Obywateli składa się z postaci mających rzeczywisty wpływ na życie publiczne, bo sami są osobami publicznymi: to dziennikarze, reżyserzy, dyrektorzy (powinnam napisać dyrektorki) dużych instytucji sztuki. Wykorzystują swoje doświadczenia i wpływy, by mówienie o kulturze, które wybuchło po Kongresie Kultury w 2009 roku, przybrało realny kształt. Przykładem, do którego wszyscy się odwołują, są wcześniejsze działania na polu filmowym, Maciej Strzembosz i ustanowienie PISF, a także ruch wokół proponowanych zmian w ustawie o mediach publicznych.
„Pakt dla kultury” odczytuję jako przymiarkę do podjęcia pracy z ustawodawstwem. „Pakt” powołuje się na nasze konstytucyjne prawo do tego, aby kultura miała znaczące miejsce w życiu społecznym. Jednocześnie jednak jest tak sformułowany, że nie wiadomo, kto z kim miałby go zawrzeć. Jakie są strony tego paktu? Kogo i do czego miałby zobowiązywać? Tutaj jest pies pogrzebany. Stąd może się wziąć niepowodzenie tego dokumentu. On jest deklaratywny, życzeniowy. Przez tę swoją niedostateczną konkretność może być podpisany przez wszystkie możliwe strony na odwal się.
Myślisz, że może być? Ta wizja kultury nie wydaje się kontrowersyjna?
Ale do czego i kogo on zobowiązuje? Zresztą „Pakt”, jak deklarują Obywatele, dopiero zaczyna pewien proces. Nie jest skończoną propozycją, podlega dyskusjom, konsultacjom, poprawkom. Ale nadal ma kształt deklaracji woli, którą ludzie kultury proponują tzw. władzy. Wyobrażam sobie, że rząd w dowolnym brzmieniu podpisuje ten pakt, nawet jutro. A potem latami powołuje się na to, że niestety nie może zmienić ustaw. Bo większość w parlamencie, bo mniejszość w parlamencie, bo Minister Finansów, Minister Pracy, bo Minister Nauki i Szkolnictwa Wyższego. A Minister Kultury chce czegoś jeszcze innego. Ten dokument jest o tyle pusty, że nie jest rzeczywistą zmianą ustawodawczą. Jest takim przystąpieniem do spisku. Tylko że to spisek połowiczny. Znowu pogadaliśmy, coś tam znowu napisaliśmy, ale armaty nie wystrzeliły. Skupmy się jednak na plusach.
To jakie są jeszcze plusy?
Debata nad „Paktem” to bardzo dobra okazja, żeby od środowisk związanych z kulturą wyciągnąć konkrety. To ćwiczenie w określaniu tego, co jest w Polsce potrzebne, żeby kultura mogła rozwijać się swobodnie, w nieograniczony sposób, najkorzystniej dla społeczeństwa i dla ludzi związanych z kulturą. Jeżeli „Pakt” ma być momentem przechodzenia od dyskusji do działania, to jest to plus.
Minusy zaczynają się, gdy spodziewamy się konkretów. Co te zapisy miałyby oznaczać? I dla kogo? Środowiska kultury są bardzo zróżnicowane, mają różne priorytety. Najprostszym przykładem jest środowisko ZAiKS-u, które by chciało wszystko copyrightować, przeciwstawione środowisku młodych twórców związanych z internetem, sztuką netartową, które chciałoby wszystko uwalniać. Jak napisać jeden dokument, który godzi jednych i drugich?
Myślę, że się nie da.
Gdyby przyszło do pisania dokumentów regulujących, dopiero byśmy poznali stopień trudności funkcjonowania kultury. Ale może łatwiej jest mówić: kultura, kultura. I nadal myśleć, że jest ona taka jak w XIX wieku albo w XX – homogeniczna. Podczas gdy my wiemy, że taka nie jest.
Trochę już to widać. Jarosław Lipszyc mówił, że podczas edytowania „Paktu…” w internecie zaczynają się pojawiać wzajemnie sprzeczne postulaty.
To nie powinno nikogo dziwić. Na to powinniśmy otworzyć oczy. Kultura jest szerokim polem różnie rozumianym przez różne środowiska, nie wyłączając tzw. władzy, która ma swoje rozumienie kultury. Dla mnie istotne jest to, że w czasie dyskusji o „Pakcie” zaczyna się ujawniać to, co zwykle jest ukryte za „dekoracjami”. Kultura ze sceny, z wydarzeń, ze stereotypu (twórca, dzieło, przedstawienie) zaczyna ujawniać swoje ukryte pod podłogą mechanizmy. Rozmowa o kulturze dlatego jest taka trudna, niewdzięczna i niezbyt spektakularna, bo mówi o tych mechanizmach. Np. w „Pakcie” mówi się o równym traktowaniu instytucjach kultury i organizacji pozarządowych.
„Zrównanie w prawach podmiotów publicznych, prywatnych i społecznych.”
Zwróciłam na tu uwagę, bo są przypadki, gdy to równe traktowanie może być dyskryminujące. Na przykład w konkursach grantowych. Instytucje publiczne czy miejskie - finansowane przez organa je powołujące – ubiegając się o dotacje, startują z zupełnie innego punktu, niż organizacje pozarządowe, które takie stałego wsparcia nie mają.
W trakcie dyskusji na ten temat Dorota Monkiewicz z Muzeum Współczesnego we Wrocławiu wstała i powiedziała, że nie ma co rozmawiać, bo organizacje pozarządowe są niestabilne, nieprzejrzyste i nie można im ufać. No, a ja myśląc o wspólnej pracy, nie odpowiadam na to, że gdyby nie tysiące organizacji pozarządowych działających na polu kultury w ostatnich dwóch dekadach, to kultura w Polsce byłaby w stanie godnym pożałowania. Po prostu organizacje pozarządowe i instytucje publiczne mają zupełnie inny charakter. Równe traktowanie wszystkich może się okazać de facto nierównym traktowaniem.
Ale wracając do zalet. Ważne jest, żeby z Obywateli Kultury wyłoniła się grupa tych, którzy mogą ocenić, jakich argumentów można użyć, aby rzeczywiście przyśpieszyć zmiany na rzecz kultury. „Pakt” jest kolejną próbą mówienia do polityków językiem dla nich zrozumiałym. W ubiegłym roku taka strategia przybrała dwie formy. Najpierw hasła „Kultura się liczy”, hasła rzuconego przez Pawła Potoroczyna i podchwyconego w kampanii przez Narodowe Centrum Kultury: kultura ma istotny udział w tworzeniu PKB. Albo raczej przypuszcza się, że może mieć, bo jeszcze nie ma polskich danych, można tak podejrzewać na podstawie innych krajów. Pod koniec roku, w związku z „Paktem” pojawił się drugi argument: kultura służy budowaniu społeczeństwa obywatelskiego. Społeczeństwo świadomych obywateli, którzy uczestniczą w procesie demokratycznym, czyli na przykład w wyborach.
Oba te argumenty wydają mi się przegięte. Są obietnicami bez pokrycia. Kultura może wcale nie generować PKB, a w swoich poszczególnych wytworach nawet na pewno nie generuje. Podobnie uczestnictwo w kulturze i zdobywanie coraz większej świadomości społecznej nie musi wcale oznaczać uczestniczenia w procesie demokratycznym. Wręcz przeciwnie. Może równie dobrze oznaczać odklejenie się od tego procesu, podjęcie decyzji o niebraniu udziału w wyborach czy tworzeniu formacji działających na innych zasadach niż te, które są obecnie uznawane za pożyteczne w obowiązującym systemie. Zresztą, właśnie to najbardziej mnie interesuje w uczestniczeniu kultury w życiu społecznym.
„Pakt” jest przygrywką do zmian, ale to tylko rozpęd, po którym muszą nastąpić konkretne ruchy. Czyli właśnie pisanie konkretnych poprawek do konkretnych ustaw, a może całych ustaw, praca z posłami z komisji sejmowych, praca na różnych szczeblach władz samorządowych. Coś, co pozwoli w sposób naturalny włączyć kulturę do społecznego krwiobiegu. Rozumianego także, ale nie tylko jako zarządzanie budżetami. Dziś, jak jest spotkanie w Warszawie z burmistrzami różnych dzielnic i rozmowa dotyczy priorytetów, to nie wszyscy widzą wśród nich kulturę. Nie wszyscy wiedzą, dlaczego należałoby ją wspierać.
Gdzie jest powiedziane, że kultura już ma związek z życiem społecznym? Może do tego rodzaju deklaracji potrzebny jest taki luźny dokument jak „Pakt”, żeby to stwierdzać. W sposób jasny dla polityków.
No, ale to chyba jest w domyśle. Przecież działamy, jesteśmy ludźmi kultury i nie musimy tego udowadniać. Dowodem jest to, że się domagamy nie dla siebie, ale dla kultury.
Ale nie powinniśmy wyłącznie domagać się. Bardzo często słyszę jak ruch Obywateli, wszelkie inicjatywy reformatorskie, są sprowadzane do tego, że chcą pieniędzy publicznych. A wydawanie publicznych pieniędzy na kulturę, a zwłaszcza na sztukę, nie budzi takiego społecznego entuzjazmu jak wydawanie na autostrady i mosty.
Czy „Pakt” da się czytać jako manifest agresywnych związków zawodowych, które na tej kanwie mogłyby powstać? Czy raczej jako wezwanie społeczeństwa do rządu? A może to jest dokument trójstronny: Obywatele Kultury, Obywatele bez Kultury i rząd, dokument służący wyznaczeniu granic społecznego przyzwolenia na te wszystkie szaleństwa ludzi kultury?
Ale poważnie, to w „Pakcie” warto byłoby też zaznaczyć istotność tych środowisk naukowych, które są związane z humanistyką. Zwracać uwagę na ich sytuację i na to, w jakim stanie jest nauka polska. To humaniści kulturę i sztukę opisują, analizują. Według mnie koniecznie jest dostrzeganie bardzo silnej zależności między twórcami kultury, naukowcami ją opisującymi i odbiorcami kultury. Z tej perspektywy dobrze, że w grupie piszącej „Pakt” był prof. Andrzej Mencwel.
A nie masz wrażenia, że ten „Pakt” został sformułowany i sformatowany tak, żeby był zrozumiały dla polityków? I przez to rezygnuje z języka kultury czy sztuki, w którym są one wartościami samymi w sobie i nie trzeba ich przekładać na kapitał społeczny czy PKB.
Już od czasu kampanii 1% na kulturę mam wrażenie, że ludzie kultury mówią nie swoim językiem, tylko przyjmują język zrozumiały i akceptowalny dla tych, którzy mają rzeczywistą władzę. To jest ewidentnie próba dotarcia do tych ludzi, którzy innego komunikatu nie chcą słuchać lub nie potrafią zrozumieć.
Jest to koniecznie?
Inaczej nie dotrze się do tych, do których chce się mówić. Rozumiem, że z naszej perspektywy „Pakt” mógłby mieć formę wiersza albo manifestu, ale jakoś nie potrafię sobie wyobrazić Donalda Tuska, który czyta ten wiersz i odnosi się do niego ze zrozumieniem.
*Bogna Świątkowska – założycielka Fundacji Nowej Kultury „Bęc Zmiana”, z którą zrealizowała wiele projektów, m.in. Wolny Uniwersytet Warszawy, Nowy Dizajn Miejski, finisaż Stadionu Dziesięciolecia. Promotorka młodej sztuki polskiej i dizajnu. Wydawca ogólnopolskiego informatora kulturalnego „Notes na 6 tygodni”.
— —
„Pakt dla kultury” to propozycja nowej polityki kulturalnej państwa sformułowana przez ludzi kultury. Ma ona formę umowy między „strona społeczną” (artystami, przedstawicielami instytucji kultury i organizacji pozarządowych) a władzami (rządem, parlamentem).
Propozycja „Paktu” powstała w kręgu osób zajmujących się zbieraniem podpisów pod apelem „1 procent na kulturę”. Przyjęły one nazwę „Obywatele Kultury”. Obecnie ruch Obywateli Kultury tworzą m.in. Beata Stasińska (wydawca, była redaktor naczelna Wydawnictwa W.A.B.), Joanna Mytkowska (dyrektorka Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie), Agnieszka Odorowicz (dyrektorka Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej), Jerzy Hausner (profesor ekonomii, minister pracy i polityki społecznej w rządach Marka Belki i Leszka Millera), Hanna Wróblewska (dyrektorka galerii Zachęta), Beata Chmiel (wicedyrektorka Muzeum Narodowego), Dariusz Gawin (wicedyrektor Muzeum Powstania Warszawskiego), Jarosław Lipszyc (prezes Fundacji Nowoczesna Polska), Michał Zadara (reżyser teatralny).
Do końca marca trwają ogólnopolskie konsultacje społeczne, które pomogą sformułować nową wersję „Paktu”. Zostanie ona przyjęta podczas Obywatelskiego Kongresu Kultury 14-15 maja w Warszawie i przedstawiona rządowi.
W ramach konsultacji społecznych publikujemy na stronie KP rozmowy z ludźmi kultury. Wkrótce wywiady m.in. z Aliną Gałązką (działaczka Komuny Warszawa), Karoliną Ochab (dyrektorka Nowego Teatru w Warszawie), Piotrem Mareckim (szef Korporacji Ha! art, współtwórca Restartu Polskiego Kina), Michałem Zadarą (jeden z inicjatorów „Paktu dla kultury”).
Zapraszamy też na spotkania konsultacyjne do Klubów KP, m.in. w Gdańsku, Krakowie i Bytomiu. Szczegóły wkrótce.
Na podobny temat
|
@Spokojny "Overall proponuje...
Pomysł, żeby na każdą parę przypadało...