|
Patryk Walaszkowski, Krytyka Polityczna: W czym, Twoim zdaniem, tkwi siła głośnego filmu dokumentalnego Czerwone Brygady?
Igor Stokfiszewski, Krytyka Polityczna: Zacznijmy od tego, że Czerwone Brygady to film dokumentalny, będący rejestracją spotkania terrorystów-emerytów. W politycznej i kulturowej prezentacji terroryzmu nie istnieje instytucja terrorysty-emeryta, bądź terrorystki-emerytki. Z kilku powodów. Pierwszym jest historia niemieckiego RAF-u i zbiorowej śmierci wszystkich czołowych członków tej organizacji w więzieniu. Najgłośniejsi europejscy powojenni terroryści nigdy się nie zestarzeli. Drugim jest kwestia samobójczych śmierci bojowników w terroryzmie islamskim, czy około-islamskim, którzy także giną młodo. Jedyny stary terrorysta, którego wizerunek nie jest nam obcy to Osama bin Laden, „odmładza” go jednak nierozłączny atrybut – karabin. Ale stary terrorysta, który odkłada broń również nie może stać się emerytem – może wcielić się wyłącznie w rolę polityka. W opozycji do bin Ladena sytuuje się kulturowe przedstawienie Jasira Arafata. Bohaterowie filmu natomiast są starzy, nie mają broni i nie są politykami, lecz zwykłymi ludźmi. To zaś burzy przyjęte stereotypy na temat losu terrorystów, którzy – raz wstąpiwszy na ścieżkę politycznej przemocy – mogą wyłącznie zginąć, do końca życia tkwić w straceńczej walce, lub odkupywać swoje winy poprzez działalność w formalnej, pokojowej polityce. Wróćmy do filmu. Jest on historią Czerwonych Brygad. Jego twórcy zdecydowali się jednak przedstawić opowieść o tym terrorystycznym ugrupowaniu, za narratorów biorąc uprzejmych staruszków, którzy tuż po wyjściu z więzienia, gdzie spędzili wiele lat, wspominają swoje lata aktywności terrorystycznej, snując historię organizacji. Przyjęta konwencja jest znakomita. Przyjrzyjmy się, jak budowane jest napięcie. W filmie zostajemy zaproszeni na kolację, gdzie towarzyszy nam kilku starszych Włochów, którzy przyjeżdżają niezłymi mieszczańskimi samochodami pod elegancką willę. Tu piją wino i opowiadają sobie historie swojej „partyzanckiej” aktywności. W miarę rozwoju filmu dowiadujemy się coraz więcej szczegółów o ich działalności i okazuje się, że ci starsi, mili panowie byli nie tylko lewackimi działaczami, nie tylko działaczami radykalnymi, ale należeli do zbrojnych Czerwonych Brygad, uczestniczyli w porwaniach, zamachach, zabójstwach. Zarazem nie są oni szaleńcami owładniętymi ideami krwawej rewolucji. Film odczarowuje wizerunek terrorystów jako kompletnych odszczepieńców, ludzi chorych umysłowo, nienormalnych, z którymi niewątpliwie nie bylibyśmy w stanie się zaprzyjaźnić, a nawet porozmawiać. Ten zabieg pokazuje też, że terroryzm, czy polityka przemocy, nie musi wiązać się – a tak przedstawiana jest w historii drugiej połowy dwudziestego wieku – z postawą aspołeczną. Oglądając ten film, miałem bardzo silne odczucie, że istnieje pewien element uprawiania polityki, jaką jest działalność terrorystyczna, który mieści się w repertuarze czynności o charakterze politycznym. Ci starsi panowie rozmawiają o tym, co działo się we Włoszech w latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych. Rozmawiają o swojej działalności politycznej – ściślej terrorystyczno-politycznej – i nie ma tutaj wizerunku przemocy jako czegoś ostatecznego, czegoś z czego nie można się wycofać, po czym jest tylko śmierć. Jest ona po prostu jedną z metod politycznych. Czy na podstawie filmu możemy dostrzec jakąś specyfikę Czerwonych Brygad na tle innych lewicowych ruchów terrorystycznych w powojennej Europie? Zdecydowanie tak. Jesteśmy przyzwyczajeni do eksponowanego w popkulturze wizerunku RAF-u – młodych ludzi, którzy w buncie przeciwko swoim rodzicom, kojarzonym z nierozliczonym projektem faszyzmu, w buncie przeciwko prawicowej hegemonii mediów, kapitalizmu oraz hegemonii politycznej prawicy i burżuazyjno-mieszczańskiego społeczeństwa, postanawiają dokonywać aktów terroru w postaci zabójstw, porwań, napadów na banki, co – finalnie – przypłacają śmiercią. W filmie o Czerwonych Brygadach, ci – młodzi niegdyś – mężczyźni, ukazani są jako kontynuatorzy wojennego ruchu oporu i partyzantki antyfaszystowskiej. To jest bardzo ciekawe. Ojcowie bohaterów walczyli jako partyzanci z faszyzmem, ich synowie założyli Czerwone Brygady, by prowadzić walkę przeciw władzy kapitału i polityki, którą postrzegali jako kontynuację faszystowskiego państwa. W filmie jest scena, w której jeden z bohaterów przychodzi na miejsce, w którym rozstrzelano jego ojca i brata za udział w partyzantce antyfaszystowskiej. Sam bohater nie wstąpił jednak do Czerwonych Brygad, ale działał dalej wewnątrz partii komunistycznej, co pozostali uważali za zbyt mało rewolucyjne, za działanie, poprzez które nie można dużo osiągnąć. Tak, to jest ważne. To pokazuje, w jaki sposób terroryzm wyradza się z krytycznego stosunku do oficjalnej polityki, ale nie jest z definicji pozapartyjny. Zazwyczaj terroryści są postrzegani jako polityczni outsiderzy, jako ludzie, którzy z zewnątrz organizują się w grupki, a następnie – bez żadnej politycznej legitymacji – na oślep atakują wyimaginowanych wrogów ludu. W tym filmie pokazane jest, jak włoski terroryzm wyradza się z ruchu komunistycznego i jest związany z partią komunistyczną. Dziś nie przyszłoby nam do głowy łączenie terroryzmu z polityką partyjną, bo nie chcemy przyjąć do wiadomości, że przemoc może być jednym ze scenariuszy formalnej polityki. W 2008 roku, kiedy ten film pokazywany był na festiwalu w Locarno, włoski prawicowy minister kultury i organizacje pamięci o ofiarach Czerwonych Brygad ostro zaprotestowali przeciwko projekcji, ponieważ ich zdaniem przedstawia on terrorystów, którzy przy winie i jedzeniu beztrosko siedzą i wspominają czasy swojej aktywności, co gloryfikuje ich terrorystyczne działania. Uważali, że nie powinno się pokazywać filmu, a tym bardziej nie powinno się z państwowych pieniędzy dofinansowywać filmu (film uzyskał dotację od poprzedniego ministra kultury), który zdaniem wielu próbuje odczarować tych ludzi, pokazać że nie są demonami, szaleńcami, którzy pomimo lat spędzonych w więzieniu potrafią swobodnie siedzieć i rozmawiać o swojej niechlubnej przeszłości. Autorzy filmu bronili się tym, że jest to film dokumentalny, jak sam powiedziałeś na początku rozmowy. Twórcy chcieli przedstawić tę historię, w żaden sposób nie starając się gloryfikować członków organizacji terrorystycznych. W jednej ze scen, jeden z bohaterów wspomina co się działo z tymi członkami Czerwonych Brygad, którzy trafili do wiezienia i w konsekwencji tortur przyznawali się, wsypując również przebywających na wolności terrorystów. Ten bohater płacze, bo żałuje tego, że zgodnie z zaleceniami czynnych działaczy Czerwonych Brygad, mordowano swoich ludzi, choć wszyscy wiedzieli, że zeznania wydobyto wskutek tortur. Dostrzegłem – owszem – sympatię żywioną przez realizatorów wobec bohaterów filmu, ale myślę, że brak wczucia się w sytuację, pozycję czy poglądy własnego bohatera uniemożliwia w ogóle zrobienie dokumentu. Nie wydaje mi się jednak, żeby owa sympatia przerodziła się w gloryfikację terrorystów. Jak wspomniałeś – jeden z bohaterów filmu ryczy. Pozostali – im więcej wina wypiją – tym bardziej się rozklejają i niedołężnieją. Są konsekwentnie rozbrajani z terrorystycznego patosu. Sądzę jednak, że awantura w Locarno miała zupełnie inne podłoże. Po pierwsze, Czerwone Brygady są wciąż niezagojoną raną na ciele włoskiego społeczeństwa. Ich członkowie – o czym przekonuje film – żyją, wielu z nich w minionych dekadach opuściło więzienie i znów zaistniało publiczne – jak sympatyzujący z Czerwonymi Brygadami filozof Antonio Negri. Więzienie opuścił również Mario Moretti, skazany za zabójstwo, porwanego przez Czerwone Brygady, premiera Aldo Moro. Przypomnijmy, że Romano Prodi – premier Włoch w latach 2006-2008 – był człowiekiem, który wskazał miejsce porzucenia zwłok Moro. Do dziś właściwie nie wiadomo, jaki był związek Prodiego z tym wydarzeniem. We Włoszech wciąż gra się kartą Czerwonych Brygad w aktualnych rozgrywkach politycznych. Film padł ofiarą tej sytuacji. Po drugie zaś – i to wydaje mi się najważniejsze – Czerwone Brygady zrodziły się z oporu przeciw bezwzględności kapitalizmu i ciążenia władzy ku pro-faszystowskim rozwiązaniom politycznym i społecznym. Protestując przeciw projekcji filmu w Locarno, włoska prawica ujawniła podskórny lęk przed tym, że lewicowy terroryzm może powrócić. Prawica dała wyraz nieartykułowanej dotychczas świadomości, że to, co robi z demokracją za pomocą miękkiej dyktatury, mediów rządowych, sądownictwa i wielkiego kapitału ma prawo doprowadzić do wybuchu społecznych nastrojów i wywołać polityczny lewicowy terroryzm. Niechcący przyznała się więc do dyktatorskich zapędów.
Na podobny temat
|
Krytyka jest prosta jak budowa cepa :...
Dlaczego seria KP dotycząca kobiet na...