|
Marek Doskocz*: Miasto Szklanych Słoni to książka wielowarstwowa, można ją interpretować na wiele różnorakich sposobów. Co powiesz na to, aby na Twoje ostatnie dzieło popatrzeć przez pryzmat próby ukazania ucieczki osoby chorej psychicznie w jej prywatny zamknięty świat fantazji, jak na ucieczkę od szarej rzeczywistości?
Mariusz Sieniewicz**: Można i tak, lecz pod pewnymi warunkami. Po pierwsze: ta tzw. „szara rzeczywistość” nie jest niczym innym w Mieście Szklanych Słoni, jak bardzo represywnym systemem zamkniętych, gotowych formuł, jest zbiorem narzuconych opowieści, które pojedynczy człowiek musi przyswoić, co więcej – musi opowiadać je swoim życiem. Jest opowieść katolicka, jest opowieść liberalna, czy neoliberalna, opowieść narodowa, opowieść prowincji, opowieść mężczyzny, opowieść kobiety, itd. Jeśli tego nie czyni, staje się odszczepieńcem, kimś wyrzuconym na margines świata, jak i opowieści o tym świecie. Po drugie: Jana Kwiecistego można uznać za osobę chorą psychicznie, tyle że jego chorobę należy rozumieć jako anomalię społecznego porządku, jako świadome zerwanie z narzuconymi mu z zewnątrz kategoriami porządku, normalności, a także moralności i estetyki. Tak, z perspektywy „zdrowych” ludzi jest wariatem, szalonym okulistą, który głosi potrzebę nowej widzialności i stwarzanej przez tę widzialności nowej, własnej opowieści. Myślę, że my przestajemy opowiadać swoje życie, wcielamy swoje istnienie w historie opowiedziane przez kogoś innego i będące pod pełną kontrolą społeczeństwa, narodu, wspólnoty. Dlatego też Jan Kwiecisty ucieka w konfabulacje, w swoje wyimaginowane, fantastyczne światy, ale też uciekając, wywraca do góry nogami dotychczasowy porządek. Stwarza siebie, Miasto Szklanych Słoni, jego mieszkańców. Wszystko to jest domeną wyobraźni – jednej z nielicznych gwarancji wolności.
Czy uważasz, że „szara rzeczywistość”, system norm i zachowań społecznie akceptowalnych jest nam narzucany coraz agresywniej? Że nasza wolność ulega nieustannemu i postępującemu ograniczaniu? Wiesz, wmawia się nam, że kiedyś to był dopiero zamknięty i represyjny system norm i zachowań, tworzonych przez społeczeństwo, że dzisiaj – w tym kontekście – nasza rzeczywistość jest oazą wolności i nieskończonych możliwości wyboru. Ja jednak widzę to inaczej. Można by chociażby odwołać się do Debordowskiego pojęcia „społeczeństwa spektaklu”, do walki, zmagania się najróżniejszych narracji, opowieści, dyskursów, w których one same są celem, a nie wcielający je w życie pojedynczy człowiek. Zmedializowana rzeczywistość zawęża przestrzeń wolności, wywiera ogromne ciśnienie na nasze zachowania, nasze poglądy, gusty, sposoby odbioru świata. Przecież to wszechwładne panowanie chociażby kultury popularnej, masowej, nie jest niczym innym, niż utajoną, paradoksalną formą totalitarnego dyktatu. A na dodatek dochodzi do tego jeszcze, wciąż silna, wciąż upiorna, narracja narodowa, plemienna kraju, w którym żyjemy. Naprawdę, pozostaje bardzo niewiele miejsca na pojedynczą, indywidualną ekspresję. Poza tym, odsuwając na bok te polsko-martyrologiczne kody, po roku 1989 wszyscy uznaliśmy, że zapanował nowy, wspaniały świat, najlepszy z możliwych. Funkcjonujemy w jakimś niepisanym, choć chorym pakcie, że – poza kosmetycznymi retuszami – ten świat powinien być takim, jakim jest. A co z ludźmi, których on uwiera, którzy szukają jakiejś alternatywy poza tym porządkiem. Dla nich nie ma miejsca. I Jan Kwiecisty jest kimś takim, kto sam, z premedytacją, pozwala się wyrzucić poza obręb wspólnoty. Mocą swojej wyobraźni stwarza alternatywny świat. Ale też z przerażeniem odkrywa, że nawet jego wyobraźnia została zawirusowana społecznymi, wspólnotowymi opowieściami.
Skąd w ogóle wziął się pomysł na Miasto Szklanych Słoni? Miasto Szklanych Słoni samo wyrosło przez moimi oczami, a wdarło się dość boleśnie pod moje powieki. Był czas, gdy miałem potworne problemy z oczami. Świat mi się przeinaczał, rozmazywał, gubił kontrasty, to wybrzuszał się, to spłaszczał. Okuliści bezradnie rozkładali ręce. To pchnęło mnie ku nagle odkrytej, fundamentalnej kwestii – kwestii widzialności i pytań: czy widzę w sposób niepodległy, dlaczego mam tak, a nie inaczej odczytywać i kojarzyć kształty, które zazwyczaj układają się w ten sam ciąg obrazów. No i najważniejsze: czy widzenie jest czynnością stricte sensualną, czy też… zamieszane jest w określony system wartości i norm? Inaczej mówiąc, nie tyle: myślę, więc jestem, tylko: widzę, więc jestem i stwarzam swoim widzeniem innych. Stół jest stołem, kobieta – kobietą, truskawki powinny być czerwone, a lis – rudy i chytry. Raptem odkryłem, że funkcjonuję w skończonej, bardzo pasywnej widzialności. Co więcej, w przestrzeń tej widzialności wkracza język, podsuwając mi gotowe formuły. No i wtedy pojawiła się rebeliancka myśl: a gdyby tak ciąg językowych i wzrokowych asocjacji poprowadzić na opak, na wspak. Stworzyć anty-widzialność, gdzie stół niekoniecznie musi być stołem, bo tak nauczono mnie go widzieć, gdzie czerwone truskawki to coś, co odsyła mnie do innego świata, innego wymiaru. Innymi słowy: patrząc na świat, może go legitymizować, albo też przerodzić swoje widzenie w bunt, w próbę stworzenia innej, nowej opowieści.
To, co mówisz o kreowaniu świata poprzez własne widzenie kojarzy mi się z teoriami Berkeley’a. Twierdził, że to co widzimy, to idee Absolutu, które istnieją tak długo, jak na nie patrzymy. Co powiesz na takie porównanie: człowiek wyzwolony z pęt świata to niejako absolut sam dla siebie, niejako kreator świata? Kilka razy zetknąłem się z jego myślą, ale moja znajomość Berkeley’a jest mocno powierzchowna, szkolna. I jakoś dźwięczy mi mocno Platonem. A takie filozofowanie, odnoszące się do Absolutu, świata Idei, jest mi cokolwiek obce. Interesuje mnie konkretna rzeczywistość, a jeszcze dokładniej: marginesy, obrzeża rzeczywistości – te liszaje, zapyziałe przestrzenie, przesycone przemijalnością, brakiem, zdegradowane formy rzeczywistości. Jan Kwiecisty jest, owszem, kreatorem świata, ale nie świata idei Absolutu, lecz tej namacalnej, podrzędnej rzeczywistości, idąc tropem platońskich pojęć – świata cieni. Bo tak wygląda prowincjonalne miasteczko, tak kamienica, w której mieszka, tak też i szpital, do którego trafia, a który ma wszelkie cechy więzienia. Kwiecisty raczej nie chce wyzwolić się z pęt świata, ma świadomość, że to niemożliwe. On chce się wyzwolić z pęt opowieści, w którą został wrzucony. Wiesz, bo to jest chyba tak, że nie o świat toczy się gra, lecz o opowieść o nim, o kształt, jaki ten świat przyjmuje. Kwiecisty chce sprawdzić, czy istnieje możliwość, żeby to on przejął władzę nad swoją rzeczywistością. I w takim znaczeniu porównanie do kreatora jest bardzo zasadne. Poza tym, nie chciałbym, aby to, co widzę, miało być odbiciem jakichś idei Absolutu. To oznaczałoby, że mój świat zdaje wyłącznie relację z czegoś większego, jest wtórny i podporządkowany.
W jakim celu wprowadziłeś postać Tęczowej Wieloródki? Konfrontujesz ją ze sceną, gdy mężczyźni mogą sobie wybrać kobiety spośród tych wiszących na hakach. Jaki przekaz chciałeś wysłać w stronę czytelnika? Tęczowa Wieloródka oznacza płodność widzialności, jest znakiem wielu możliwych i rodzących się na naszych oczach wariantów świata. To bogini, dzięki której nasz wzrok może stwarzać nowe, nieznane formy. Niechże nasz wzrok przestanie być pragmatyczny, niechże przestanie być płytkim instrumentem naszych myśli. Możemy widzieć o wiele więcej, niż widzimy. Z widzenia, patrzenia, obserwacji musi rodzić się nowa jakość. A zazwyczaj przecież my tylko biernie rejestrujemy rzeczywistość, jesteśmy dość pasywni w jej odbiorze. Natomiast scena z kobietami na hakach, już po pojawieniu się wizytatora w miasteczku, ma oczywiście rys patriarchalny. Uruchamia cały ciąg symboliczny kodów, które wciąż sprawują nad nami kontrolę. Świat ładu i porządku wspiera się przecież na hierarchii i kategorii przypisywania jednego człowieka do drugiego. I niestety, to wciąż działa. Czasami odnoszę wrażenie, że niemożliwe jest inne funkcjonowanie w społecznej przestrzeni. A ta nadal jest męska, mocno mizoginistyczna, niezależnie od tego, jak mocno feministycznie byśmy ją zaklinali. Jan Kwiecisty, ten wyznawca Tęczowej Wieloródki ponosi porażkę. Wygrywa faceckość, wygrywa świat, w którym kobieta jest przypisanym… mięsem.
Postać Wizytatora… musiałeś jej użyć, aby zepsuć ten fantazmatyczny świat? Koniec końców, szklane słonie lądują w jeziorze za miastem, a ludzie wracają do utartych schematów postrzegania rzeczywistości. Nie lepiej było wymyślić happy end zamiast brutalnie pokazać, że rządzi twardy świat i nawet Tęczowa Wieloródka zniknie? Może i byłoby lepiej, ale – jak na razie – nie wierzę, że jesteśmy w stanie złamać tę hegemoniczną jedną opowieść, w której funkcjonujemy. Happy end nie jest możliwy. Co nie znaczy, że nie należy próbować. Należy, a nawet trzeba! I tak też się dzieje w finale powieści. Gdy w miasteczku, za sprawą Wizytatora, zostaje zaprowadzony stary porządek, Kwiecisty ze swoimi kompanami, wyrusza poza jego granice, by na nowo tworzyć kolejną opowieść, na nowo stwarzać anty-świat. To jest jedyny, możliwy bunt, na jaki stać Kwiecistego. Zresztą, w Mieście Szklanych Słoni nie chodzi o to, by stworzyć wszech-panujący, fantazmatyczny ład świata, jakąś utopię. To byłoby zaprzeczeniem wolności człowieka. I mnie, i Kwiecistemu marzy się taka rzeczywistość, w której każda opowieść znajdzie dla siebie miejsce i zostanie wysłuchana, nie naruszając innych opowieści, i nie roszcząc sobie prawa, by wyrastać i panować ponad resztą.
Czy masz już pomysł na kolejną książkę? Pamiętasz, bodajże w Misiu, jest taka scena, w której zimą, palacz w kotłowni, odpowiada przez telefon: „Pani kierowniczko, czy ja palę? Ja palę cały czas”, i rzeczywiście odpala papierosa od papierosa. Podobnie jest z pisaniem. Czy ja piszę? Ja piszę cały czas. Zazwyczaj są to codzienne, życiowe szumy, zlepy, ciągi, jakieś okruchy zdarzeń, doświadczeń, które człowiek zapisuje gdzieś w myślach, w wyobraźni i czeka, aż język ułoży z nich dojrzałe obrazy. Powszednie krzątactwo słów, wznoszenie językowych zamków na piasku i jakaś skromna, wcale nie dominująca nadzieja, że opowiadam swój świat lepiej niż nim żyję. A mówić konkretnie, pracuję nad powieścią o roboczym tytule Pętla Śpiącej Królewny. Rzuciłem się z motyką na słońce, ponieważ narratorem i głównym bohaterem jest kobieta. Piszę powieść w pierwszej osobie rodzaju żeńskiego. To dość patologiczne wyzwanie, ale im bardziej wchłania mnie żeńskość, tym wyraźniej, tym ostrzej widzę siebie, jak i całą galerię moich braci fallicznych, i co tu kryć – upadłych aniołów i rycerzy niegdysiejszego patriarchatu. Chciałbym, aby Pętla Śpiącej Królewny była moją odpowiedzią na pop-literaturę.
Dziękuję za rozmowę. Ja również dziękuję. _______________ * Marek Doskocz – poeta, prozaik, filozof, autor bloga www.wilk-stepowy.blog.pl. Wywiady publikuje na łamach kwartalników „Szafa” i „Migotania Przejaśnienia” oraz dwutygodnika „ArtPapier”. Współredaguje „Szafę”, redaktor naczelny nowo powstającego pisma literackiego „Kwartalnik”.
** Mariusz Sieniewicz – prozaik i felietonista. Autor pięciu książek: powieści Prababka, Czwarte niebo, Rebelia, Miasto Szklanych Słoni oraz zbioru opowiadań Żydówek nie obsługujemy. Trzykrotnie nominowany do Paszportów „Polityki”, dwukrotnie – do Nagrody Literackiej NIKE. Na podstawie jego książek zrealizowano spektakle: Wszystkim Zygmuntom między oczy we wrocławskim Teatrze Polskim oraz Żydówek nie obsługujemy w Teatrze Jaracza w Olsztynie.
Na podobny temat
|
@Spokojny "Overall proponuje...
Pomysł, żeby na każdą parę przypadało...