NOWOŚĆ W SKLEPIE KP

Partycypacja_okladka_150px.jpg

>>Już jest: KP30!

kp30_okladka_300px.jpg

Komentarze

CYTAT DNIA

Nie możemy tworzyć idei, które będą łączyć ludzi, jeśli stracimy kontakt z tym, jakie jest ich życie. Jeśli nie wiemy, jak uznać sposób, w jaki ludzie obserwują świat, odczuwają go i doświadczają, nigdy nie będziemy w stanie pomóc im w uznaniu samych siebie albo zmianie świata na lepsze.
Marshall Berman, Przygody z marksizmem

Katalog Książek KP

Książki w sklepie KP

Advertisement
Order software online
Pyzik: Kultura zhomogenizowana Drukuj
Agata Pyzik*   
25.01.2012

Kolejne rozdanie najważniejszych (?) nagród branżowych dla twórców w Polsce przed czterdziestką i kolejny raz nagrodzone zostały pozycje zachowawcze, nudne, nieinspirujące. Czy z Paszportów Polityki mamy wnosić o prawdziwym stanie kultury w Polsce i dlaczego właściwie ta rozpaczliwie mieszczańska, konserwatywna i ostentacyjnie skierowana do klasy średniej nagroda miałaby nas w ogóle interesować?


pulpa120.jpgZ rosnącym dystansem obserwuję medialną odmianę kultury wysokiej w Polsce. Mieszkam od dwóch lat – z przerwami na wizyty w Polsce – w Londynie, gdzie oczywiście media nie są wiele lepsze, a prawdopodobnie nawet gorsze, jeśli miernikiem ma tu być korporacyjność mediów, nagród czy ogólnie zaawansowanie pewnego hierarchicznego establishmentu: rządów Oxbridge (większość stanowisk zarówno w polityce, jak i w mediach jest niezmiennie okupowana przez absolwentów jednego z dwóch uniwersytetów: Oxfordu albo Cambridge, z rzadkimi pobłażliwymi ukłonami w stronę największych uniwersytetów londyńskich). Bardzo rzadko się zdarza, by karierę na skalę narodową zrobił ktokolwiek z innego rozdania, niż szkoła prywatna, a potem jeden z dwóch, trzech najważniejszych uniwersytetów. Jeszcze gorzej ma się ulokowanie twórczości „emigranckiej”, postkolonialnej – często autorów mieszkających tu od pokoleń – spychanej do „etnicznego” worka, chociaż ci publikowani też najczęściej skończyli Oxbridge.

  

Oczywiście, pozostajemy, jak mówię, przy tzw. kulturze wysokiej, choć w jej popularnym wydaniu. Innymi słowy, chodzi o coś, o czym napisze „Guardian” w sobotnim dodatku, co zrecenzuje „Observer” (brytyjska „Wyborcza”), „The New Statesman” (zwracający się ku centrum, tygodnik każdego szanującego się liberała), być może nawet otrze się o wysokie okopy „London Review of Books”   – stojący na doskonałym merytorycznie poziomie, de facto lewicujący, ale nieubłaganie Oxbridge najważniejszy literacki tygodnik na Wyspach). 

  

To kultura przeważnie doskonale okopanych literackich eminencji, ulubieńców klasy średniej, których wypada czytać po podwieczorku w mieszczańskim salonie: autorów pokroju Juliana Barnesa, Iana McEwana, Martina Amisa czy nieżyjącego już Christophera Hitchensa. Ale nie tylko. Zrecenzuje się w niej najnowsze „eksperymentalne” dokonanie np. Toma Mc Carthy’ego czy nieżyjącego Davida Fostera Wallace’a. W tej orbicie jednak Bookera dostaje prawie zawsze ktoś taki, jak Julian Barnes – literatura środka, klasycyzm, książki opowiadające o tym, jak „popełniane są zdrady małżeńskie w Hampstead Heath” (jedna z najdroższych dzielnic Londynu). Od wielu lat nagrody dostają tylko autorzy utworów łatwo przyswajalnych lub z odpowiedniego rozdania. Howard Jacobson (epigon Philipa Rotha, przez którego delikatnie mówiąc kontrowersyjne poglądy na Izrael, gojów i kobiety literacki establishment „załatwia” kwestię żydowską), John Banville, J.M. Coetzee. Zaklęty krąg uprzywilejowania. Bookera raz jedyny dostał Szkot James Kelman, za eksperymentalne Jak późno było, jak późno (wyd. PIW 2011, bardzo państwu polecam). Biorąc pod uwagę podwyższenie przez torysowski rząd przeciętnego czesnego z ok. 3000 do 9000 funtów rocznie i zniesienie edukacyjnego zasiłku dla młodzieży, Education Maintenance Allowance (który miał zatrzymać w systemie edukacyjnym tych, których na nią nie stać), to zacieśnienie kultury jako przywileju bogatych będzie się pogłębiać.

Jednak wielowiekowa tradycja literatury brytyjskiej nie zawsze była opanowana przez produkty szkół prywatnych. Zwłaszcza po II wojnie światowej, kiedy władzę w wyniszczonym wojną Zjednoczonym Królestwie przejęła Partia Pracy. Lewicowy rząd wdrożył wiele reform sprzyjających równości, w tym także wyrównaniu szans dzieci z biedniejszych domów: udostępnił szkoły średnie na wyższym poziomie, tzw. grammar schools (choć tylko dla tych, które zdały egzaminy). To była złota era, w której zadebiutowało wielu pisarzy z klasy określanej pogardliwie jako „robotnicza” (pisze o tym wiele Tony Judt, sam produkt grammar schools, w wydanych właśnie po polsku Pensjonacie pamięci i Źle ma się kraj, późnych dziełach będących pochwałą socjaldemokracji). Pełna merytokracja jest raczej kolejnym złudzeniem klas średnich. Jednak to był czas, kiedy wielu synów sprzątaczek szło na uniwersytety, rewolucjonizowało teatr i film jako Młodzi Gniewni, pisało eksperymentalne powieści, projektowało brutalistyczną architekturę.


Negowali to, co przez całe dziesięciolecia wmawiały im klasy wyższe: że są niewystarczająco inteligentni, że sztuka zarezerwowana jest dla klas wyższych i tych, których stać na posłanie dzieci na uniwersytet. Raymond Williams, Alan Bennett, David Hockney, Barbara Hepworth, B.S. Johnson, Alastair Gray, John Osborne, Harold Pinter, Dennis Potter, Joe Orton, Alan Sillitoe, Richard Hoggart, Kenneth Tynan, Edward Bond, Nicholas Roeg, Ken Russell, Peter Watkins, Ken Loach, Tony Richardson, Malcolm McDowell, Tom Courtenay, Rita Tushingham, ale także – Bryan Ferry, David Bowie, John Lydon aka Johnny Rotten, Howard Devoto i tysiące innych. A przed nimi np. D.H. Lawrence, Samuel Beckett czy James Joyce. To byli artyści z klasy robotniczej, którzy nie zapominając o swoich robotniczych korzeniach, tworzyli najbardziej ekscytującą, najbardziej awangardową, zróżnicowaną, nie mającą nic wspólnego z mieszczańskim skostnieniem form sztukę powojnia. Sztuka ta nie tylko emancypowała zwykłego człowieka, którego dolą miała być tylko praca, pot i lichy dach nad głową, ale ponadto starała się budować równiejsze i lepsze społeczeństwo – a może to właśnie był powód, dla którego była tak ekscytująca. Dziś prawdopodobnie dla tych wszystkich autorów nie byłoby miejsca.


To był czas, kiedy syn walijskiego górnika John Cale, późniejszy założyciel The Velvet Underground, mógł pójść do szkoły artystycznej, gdyż była to opcja kariery (sic!). To był czas wspaniałej misji BBC, która zamawiała do swoich edukacyjnych programów, teatru TV itd. utwory musique concrete. Nic nie było zbyt dobre czy zbyt trudne dla zwykłych ludzi.


Kultura nie zawsze była tak zhomogenizowana jak dziś. Coś do tego stanu doprowadziło. W przypadku Anglików – thatcheryzm i systematyczne zabijanie emancypacji working class, w Polsce – zapewne leczenie kompleksów po komunie. Od dobrych 10 lat mamy w Polsce (podobnie, jak w Wielkiej Brytanii, czy wszędzie indziej) do czynienia z zamrożeniem jakichkolwiek odświeżających trendów w kulturze, postępującą tradycjonalizacją i homogenizacją. Twórczość, która w interesujący i niespotykany dotąd sposób starałaby się odnieść do tego, co bezustannie i z aż zbyt dużą intensywnością dzieje się w Polsce po transformacji, codziennych konfliktów i nierówności, po prostu przestała być dostrzegana i w rezultacie uległa stopniowej atrofii. Rzeczywiste problemy społeczne są w Polsce otoczone zasłoną dymną złożoną z mechanicznie odgrywanych rytualnych wojenek – o Smoleńsk, Kościół, Powstanie Warszawskie i kto był TW, a kto nie. Stąd wysyp literackich i filmowych półproduktów na te właśnie tematy. 


Spójrzmy na ostatnie kilka lat rynku wydawniczego w Polsce. Kryzys, rewolucje, protesty wykluczonych – które w Polsce się właśnie nie dzieją, a jeśli dzieją, wyrażają się (co właśnie znaczące) mniej bezpośrednio, na „jakiejś prowincji”. Masowe zwolnienia. Wszechobecne śmieciowe umowy. Polska emigracja, zwłaszcza do Wielkiej Brytanii. Niedostępność mieszkań. Wzrost popularności ruchów prawicowych. Wyrzucanie biednych ludzi na bruk. Mniejszości narodowe (wreszcie! pierwszy raz od wojny). Atak Platformy na resztki usług publicznych. Wzrost ilości tzw. NEETS-ów (młodych nieuczących się i niepracujących). Gdzie to wszystko jest? Czy którykolwiek z młodych pisarzy w Polsce uznał cokolwiek z powyższej listy za godne jego uwagi? A może uznali, tylko nikt tego nie publikuje, gdyż uważa za ciekawsze wynurzenia Jacka Dehnela o jego cierpieniach „arystokraty” (odznacz: nasze ziemiańskie kompleksy) albo pseudofilozoficzne bajania (Balladyny i romanse Karpowicza) albo pamiętniczek z wyższych sfer, czyli Książkę Łozińskiego (odznacz: jest i o Żydach, i o znanych ludziach)? Książka Łozińskiego miała szansę być inna, biorąc pod uwagę wątki „żydokomuny”, marca 1968 i antysemityzmu w powojennej Polsce, wyszło z tego jednak solilokwium, z którego więcej możemy się dowiedzieć o psyche autora niż o jakichkolwiek zawirowaniach historii, o których znacznie lepiej opowiedziało wiele innych książek wydanych w Polsce. A nawet jeśli by była, czy naprawdę książką, której najbardziej dziś potrzebujemy, są wynurzenia syna znanego reżysera, jakie miał ciężkie życie? I nie chodzi tutaj o nową urawniłowkę czy socrealizm, ale o dopuszczenie ludzi i doświadczeń innych niż ci z zaklętego kręgu.

  

Niestety tego się nie dowiemy, a ostatnią nagrodzoną w Paszportach powieścią, która zatrącałaby o egzystencję trochę inną niż ta z oper mydlanych, była Wojna polsko-ruska Masłowskiej, która jednak nie potrafiła się odnieść do produktów nowej polskiej klasy robotniczej inaczej niż z pogardą. Podobnie prezentuje się megalomański ranking Wyborczej „Nobel 2040”. Poza tym, że jest raczej mało prawdopodobne, aby Akademia Szwedzka zainteresowała się którymkolwiek z wymienionych autorów, prezentuje on właśnie okrutne zhomogenizowanie literatury w Polsce.

  

Musimy w Polsce uważać: jeżeli będziemy promować wyłącznie twórczość udającą wysokie, a tak naprawdę bardzo konserwatywne i miałkie loty, nie tylko nie opowiemy sobie nic ważnego, nic, co przetrwa dłużej niż miesiąc po publikacji, ale stracimy szansę na stworzenie bogatej, zróżnicowanej kultury, która dałaby nam szansę na powiedzenie czegokolwiek istotnego w przyszłości.


Kultura, w której zarówno Shelagh Delaney (18-letnia autorka sztandarowego dla Młodych Gniewnych Smaku miodu), jak i Jarvis Cocker czuli, że mają coś do powiedzenia, była kulturą wstępującej klasy robotniczej. Była to kwestia kilku zbiegów okoliczności: wojny, która podyktowała reformy równościowe, umożliwienia publicznej darmowej edukacji na wysokim poziomie, grantów, zasiłków i mobilności społecznej, które dała tej klasie pewność siebie, jakiej nie mieli nigdy wcześniej. Ludzie niższych klas otrzymali komunikat: możecie użyć tej pewności siebie dla tworzenia, robienia czegoś wartościowego w życiu, drzwi zostały otwarte. To było wielkie zwycięstwo tej klasy, która nawet wtedy w swojej sztuce starała się walczyć o jeszcze więcej równości i demokracji. W pewnym sensie już lata 90., po półtorej dekady rządów Torysów, ukazały powolny upadek. Takie zespoły, jak Pulp, były produktem systemu, który przestawał istnieć na ich oczach. Dziś mamy do czynienia z odwrotną sytuacją. Po latach likwidowania sektora publicznego, ekspansji sektora finansowego, zstępująca klasa robotnicza i jej kultura tkwią w poczuciu beznadziejności i zniedołężnienia.


Często słyszę neoliberalna mantrę, że obecna sytuacja jest efektem „nadprodukcji absolwentów”, zwłaszcza tych, którzy pokończyli tzw. nierynkowe, humanistyczne kierunki, zamiast szkolić się w ekonomii i iść do pracy w banku. Protesty ostatniego roku były przede wszystkim udziałem bezrobotnych studentów humanistycznych z klas średnich. Dzieje się tak, gdyż w okresie New Labour nastąpiła paradoksalnie ekspansja edukacji, ponieważ, korzystając jeszcze z dawnych reform laburzystowskich, studenci nie musieli płacić czesnego. System ich oszukał: umożliwił edukację w dziedzinach, które systematycznie likwidował w życiu publicznym. Studenci, którzy normalnie zostawaliby nauczycielami, pracowali w lokalnych rządach, dziś raczej wpędzają się w ogromny dług – o ile w ogóle dostaną wielotysięczną pożyczkę – przez czesne, zawyżone czynsze i bezrobocie. Kiedyś zazwyczaj pracowałeś, żeby ten dług odrobić – dziś najczęściej wpadasz w ciąg nie- lub niskopłatnych temporary jobs. Ci, którzy mówią, że oni wszyscy powinni szkolić się w bankowości, zamiast protestować, patrzą na użyteczność absolwentów z punktu widzenia kapitału, a nie tych, których on represjonuje. Edukacja jest prawem, nie ma czegoś takiego jak zbyt wielu wykształconych ludzi. Jednak „nadprodukcja” inteligentnych absolwentów, którzy nie dostali pracy w banku, ma przynajmniej jedną zaletę – nagle mamy po raz pierwszy od 20 lat elokwentną, wykształconą, myślącą krytycznie inteligencję, która zaczęła zakładać placówki krytykujące obecny system i potencjalnie jest niebezpieczna politycznie dla neoliberalnych mocodawców. W UK zaowocowało to pojawieniem się grupy wściekłych i rozczarowanych protestujących, którzy na marszach idą ramię w ramię z przedstawicielami klasy robotniczej. W Polsce mamy silne tradycje strajków klasy robotniczej, które zyskiwały elokwentne wsparcie inteligencji. Teraz znowu pojawiły się idee, które pomagają wyartykułować gniew obu tych klas.

  

Potrzebujemy więc zmiany systemowej, która uczyniłaby ze studiowania i chęci rozwoju intelektualnego rzecz absolutnie normalną. W przeciwnym razie kultura pozostanie dla wielu fanaberią oderwanych o rzeczywistości, zepsutych elit z Warszawy. I pomyśleć, że w 1994 roku nagrodzony Paszportem został ktoś taki, jak Marcin Świetlicki (nagrody nie przyjął).


 — 
*Agata Pyzik – krytyk, autorka tekstów w antologiach, dziennikarka, publikuje po polsku i angielsku, przygotowuje tom rozmów z aktywistami i teoretykami kultury oraz polemikę na temat kondycji krajów postkomunistycznych dla angielskiego wydawnictwa Zer0 Books. Prowadzi bloga http://nuitssansnuit.blogspot.com/. Mieszka w Londynie.

  

Komentarze
Dodaj nowy
Paweł Dunin-Wąsowicz  - szczegół ale ważny   |25.01.2012 17:03:15
Gdybyś Agata czytała "Wojnę polsko-ruską", to zauważyłabyś, że Silny
pochodzi z klasy średniej, jego matka jest przedstawicielem handlowym Zeptera,
mieszkają we własnym domu co moim zdaniem oznacza drobnomieszczaństwo, ale na
Boga nie klasę robotniczą!
załamana   |25.01.2012 17:21:08
Może warto zadać sobie pytanie, czy Łoziński chciał napisać książkę o polskiej
historii, hę ? Otóż nie chciał, nie ma więc powodu, żeby kruszyć kopię o to,
że nie napisał, albo inni napisali lepiej. A męczące ustawianie go na półce
obok arystokratycznych wprawek Dehnela i jęków Karpowicza pokazuje tylko to,
że NIKT, łącznie z panią krytyk, nie docenia właśnie tego, co u Łozińskiego
jest inne niż u całej reszty - psychologizmu, jakiego nie ma żaden z młodych
polskich pisarzy i to niezależnie od tego, kto jest jego ojcem, czy tym ojcem
nie jest. Niestety, książka ideowo słuszna dość często jest grafomaństwem
pierwszej wody, że nie wymienię tytułów…bo są książki zarówno o korporacjach,
jak i o emigracji "popełnione" przez " młodych polskich psiarzy"


I na koniec: "ostatnią nagrodzoną w Paszportach powieścią, która
zatrącałaby o egzystencję trochę inną, niż ta z oper mydlanych, była Wojna
polsko-ruska Masłowskiej, która jednak nie potrafiła się odnieść do produktów
nowej polskiej klasy robotniczej inaczej, niż z pogardą. "

I to jest
moment, w którym mam pewność, że nie zrozumiała Pani tekstu, który przeczytała.


W ogóle, to jest jeden z najgorszych tekstów, jaki znalazłam na tej
witrynie, absolutne pomieszanie z poplątaniem i kompletne niezrozumienie tego, o
czym się pisze. W zasadzie to zasługuje tylko na kontratekst, a nie na komentarz
na forum.
czytelniczka   |25.01.2012 17:25:25
I na koniec - skoro "Booker" jest tak zachowawczy to jakim cudem dostał
go ktoś taki jak Alan Hollinghurst?
Paweł Dunin-Wąsowicz  - jeszcze - opera mydlana   |25.01.2012 17:27:43
Czy autorka jest przekonana, że scenografia "Kieszonkowego atlasu
kobiet" (Paszport za rok 2008) Chutnik i "Pensjonatu" Pazińskiego
(za 2009) jest typowa dla oper mydlanych, szczególnie polskich? I czy zamiast
tego o klasie robotniczej oraz problemach prekariatu traktują wydawane przez KP
powieści Jasia Kapeli (chyba studenci w obsesji seksualnej?) albo Kai
Malanowskiej (chyba inteligentka w depresji?)?
Paweł Dunin-Wąsowicz  - Shuty   |25.01.2012 22:07:46
No i jeszcze "Zwał" Shutego (Paszport za 2004), to też opera mydlana?
Czy może książka poniekąd o tym, że nawet jak się kształciło ekonomicznie (a nie
humanistycznie) to wcale nie muszą być kokosy?
Anonimowy   |25.01.2012 23:47:08
Pani Pyzik rozprawia się tu bardzo brutalnie z paroma pisarzami. Niestety,
właściwie jedyny argument, jaki przeciwko nim podaje, to ten, że piszą nie o
tym, o czym chciałaby czytać. Inaczej mówiąc, są niepoprawni ideologicznie.
W
tekście pada pytanie czy ktoś drukuje teksty młodych buntowników. Wiemy, że były
takie próby, np. w Ha!arcie. Fajnie, że je podejmowano, ale nie da się ukryć, że
większość z tych tekstów, można było ewentualnie potraktować, jako pierwsze
literackie kroki młodych talentów, ale nie teksty, które kwalifikowałyby się do
jakichkolwiek nagród. To samo, jak słusznie zauważa Paweł Dunin-Wąsowicz,
dotyczy zresztą książek wydanych w Serii Literackiej przez KP.
Tak a propos:
gdyby gazety traktowały literaturę tak, jak pani Pyzik, to myślę, że takie
książki, jak ta Malanowskiej, Kapeli, Zygmunta, Stawireja albo nie doczekałyby
się w nich recenzji albo zostałyby "zjechane". A to przydarzyło się
części z nich, tylko w mediach typu Fronda (gdzie podejście do literatury jest
chyba podobne, jak to autorki, tylko zaprzęgnięte w służbę innej ideologii).

Mam wrażenie, że polskie media "liberalne" traktują lewicową
propozycję intelektualną z dużym zaciekawieniem i wręcz obdarzają ją pewnym
"kredytem zaufania", przymykając nie raz i nie dwa oczy na naiwność czy
wręcz słaby literacko poziom niektórych pozycji.
viking   |25.01.2012 23:47:40
Zapomniałem się podpisać. Przepraszam;)
Szczawińska   |26.01.2012 00:06:54
Ten artykuł jest momentami wręcz kuriozalny.
Pierwszy akapit, dotyczący - jak
rozumiem - Paszportów w ogólności (chociaż potem leci tylko literatura), to
jakaś potworna próba podciągnięcia rzeczywistości pod wadliwą tezę (np.
tegoroczny laureat w dziedzinie teatru twórcą mieszczańskim i konserwatywnym?
Serio? Czy też Autorka po prostu nie ogląda, tylko się nie przyznaje, bo lubi
generalizacje?).
Naprawdę, można sobie darować uwagi o książkach "z
odpowiedniego rozdania", bo taki język stosowny jest raczej w "uważam
rze". Tezy dotyczące kultury brytyjskiej bardzo kontrowersyjne. Gdzie się
nagle podziała cała rzesza nagradzanych brytyjskich autorów pochodzących z
dawnych kolonii? Czy J.M. Coetzee to rzeczywiście tak łatwo przyswajalny
pop-twórca? Howard Jacobson jest epigonem Rotha, bo obaj są Żydami piszącymi
o Żydach? Czy wrzucanie Joysa i Becketta - hm, jednak, przypomnijmy,
Irlandczyków o skomplikowanych problemach z narodowością - do worka wspaniałych
twórców brytyjskich nie jest pewnym stopniu nadużyciem i rekolonizacją? Joyce -
autor z klasy robotniczej, to chyba też mocno kontrowersyjna teza. Tym bardziej
martwi naginanie do treści artykułu myśli z ostatnich, niezwykłych książek
Tony’ego Judta.
Szczawińska   |26.01.2012 00:16:30
I jeszcze jedno: wyciąganie autorowi że jest "synem znanego reżysera" to
rzecz naprawdę poniżej krytyki.
czytelniczka   |26.01.2012 00:19:08
W serii literackiej wydawanej przez KP doskonale broni się od A do Z proza Kai
Malanowskiej. W jej wypadku mamy do czynienia z ciekawą propozycją literacką,
opartą częściowo na autobiografizmie i oby takich książek pojawiało się w KP
jak najwięcej!

A co do reszty, no cóż, nic na to nie poradzę, że wolę
Jarosława Iwaszkiewicza od Wandy Wasilewskiej…co nie przeszkadza mi mieć serca
po lewej stronie.
agaj   |26.01.2012 01:03:36
Niestety teza o zdominowaniu polskiej literatury przez bajania dla wyższych sfer
jest równie łatwa do obalenia, co perspektywa spojrzenia na brytyjską literaturę
proponowana przez autorkę. Głownie, ale nie tylko, ze względu na rażące
niekonsekwencją i niedokładnością rozumowanie (długo można wyliczać, ale już
samo zdanie "Sztuka ta nie tylko emancypowała zwykłego człowieka, którego
dolą miała być tylko praca, pot i lichy dach nad głową, ale ponad to starała się
budować równiejsze i lepsze społeczeństwo  –  a może to właśnie
był powód, dla którego była tak ekscytująca." brzmi szokująco, w kontekście
znawczyni literatury brytyjskiej, za którą Agata Pyzik najwyraźniej chce
uchodzić)(równie szokująco, co przypisanie Joyce’a, B.S. Johnsona i Becketta do
radosnego pochodu literackich afirmatorów robotniczego potu)(oraz znacznej
większości z tej listy).

Postulat propagowania stricte politycznie (w tym
wypadku najwyraźniej, robotniczo)zaangażowanej literatury (tu trochę nie nadążam
za autorką - skoro polska literatura jest miałka, ale ubrana w wysoki ton,
chodzi o to, żeby przybrała ton niski i mówiła o ważnych, robotniczych
sprawach?) i obalenia domniemanych intelektualnych elit jest natomiast myślowym
strzałem w kolano. Z jednej strony Agata Pyzik proponuje, żeby absolwenci i
intelektualiści (również ci zepsuci z Warszawy?)stanęli ramię w ramię z rwącymi
się do buntu robotnikami,z drugiej strony sama postuluje wykluczenie twórczości
wysokiej (lecz w rzeczywistości konserwatywnej i miałkiej) (porównywanej przez
nią do Banville’a i Coetzeego - co zahacza o kpinę). Otrzymujemy więc bardzo
ryzykowną tezę o faktycznym podtrzymywaniu różnic klasowych, integrujących się
wyłącznie w modelu gniewu, wypływającego na ulice.
viking   |26.01.2012 10:05:57
Myślę, że nie można tu jeszcze nie powiedzieć jednego.
Nigdy się nie czepiam
błędów stylistycznych i wiem, że sam je popełniam, ale ten tekst, moim skromnym
zdaniem, przekracza jednak pewne dopuszczalne granice. Pomijam już nawet
pseudointelektualny bełkot, przypominający teksty z komunistycznych, studenckich
gazetek wychodzących na zachodzie w latach 60. Ale takie zdania, jak to, są w
tekście, mającym ambicję analizowania literatury, naprawdę
dziwaczne:
"jeżeli będziemy promować wyłącznie twórczość udającą wysokie, a
tak naprawdę bardzo konserwatywne i miałkie loty(…)".
To znaczy, że ta
twórczość udaje wysokie loty, ale tak naprawdę udaje "konserwatywne i
miałkie loty"? To wynika z tego zdania.
Swoją drogą, można by też zapytać
jakiegoś polonisty czy można w ogóle mówić o "konserwatywnych lotach",
bo mam podejrzenia co do poprawności takiego rozbijania stałych związków
frazeologicznych, choćby nawet robiło się to "ku chwale klasy
robotniczej".

Naprawdę nie zwracałbym na to uwagi, gdyby nie to, że mamy
tu chyba do czynienia z pismem programowym.
Literaturoznawcza analiza, która w
istocie jest bełkotem pełnym merytorycznych błędów i stylistycznych
potknięć.
Literaturoznawczy tekst, który nie jest rzetelny faktograficznie i
nie jest poprawny językowo, można o tyle uznać za "literaturoznawczy", o
ile za stół można uznać coś, co nie ma ani nóg, ani blatu, ale pani Pyzik, to
nie przeszkadza.
Pewnie taka ma być też ta "niemieszczańska",
"robotnicza" literatura. Słaba, ale "słuszna".

Nawiasem
mówiąc, wiarą w to, że "klasa robotnicza" oczekuje na "swoją"
literaturę, można mierzyć stopień odrealnienia jednostki.
Nawet gdyby robotnicy
rzucili się na książki, to chętniej by czytali właśnie "wielkopańskie
bajania" niż powieści o "niesprawiedliwości klasowej".
Nie bez
powodu, telewizja produkuje masowo cukierkowe seriale. Ludzie, którzy na co
dzień otoczeni są brudem fabryk, nie chcą go oglądać jeszcze raz w telewizji ani
o nim czytać. Wolą marzyć o świecie, który nie jest im dostępny.
badrodaby   |26.01.2012 10:52:36
Martin Amis w mieszczańskim salonie…
czytelniczka   |26.01.2012 11:19:26
No cóż, należy po prostu staranniej dobierać autorów, nawet jeśli publikują w
dziale "kultura", który wydaje się, pozornie, mniej reprezentatywny dla
zjawisk społecznych i rzadziej czytany niż felietony. Literatura to nie jest
sprawa niepoważna, wbrew pozorom i są jednak tacy, którzy te teksty czytają
uważnie, sadząc po komentarzach. Takie "analizy" podważają merytorycznie
działania KP, proponując indoktrynację czytelnika, pełną przy okazji uproszczeń
i merytorycznych błędów. Co zresztą najciekawsze, autorka wspomina tu o
"Pensjonacie pamięci"(Czarne), książce, wartej zaproponowania każdemu,
kto Judta nie czytał, ale w takim kontekście, który potencjalnego czytelnika
raczej zniechęci niż zachęci…Słowem - nie idźcie tą drogą pisania o
literaturze!
brzoza   |26.01.2012 11:58:59
standard- Ci którzy nic nie osiągneli, zazdroszczą tym, co ciężką pracą i
talentem przebili się przez wszechogarniające konserwatywne chamstwo i wygrali
tyle ile mogą w tym chorym jeszcze kraju. Zresztą ten tekst świadczy o
konserwatyzmie autorki tak na prawdę.
Twórzmy idee, nie CO2   |26.01.2012 15:30:16
Ten artykuł to bardzo specyficznie "rodzajowa" wypowiedź pensjonarki a
la lata 60te (w berecie), która zachowuje się jakby nagle zainteresowała się
klasami niższymi i za wszelką cenę chce "im pomóc".
Tutaj jest
wszystko, począwszy od analiz socjologicznych całych państw w takim rozrzucie,
że zabrakło na tej kupce tylko Titanica, a analizy Becketta i Joyce’a (co już
ktoś powiedział), doprowadzają do śmiechu co najmniej, co świadczy chyba tylko i
wyłącznie o takiej naiwności, o jaką można posądzać - skoro jesteśmy przy
książkach - młodociane bohaterki Czechowa, które o literaturze, miłości i życiu
mówią z równą pasją i przekonaniem.
W sumie zabawne i wręcz "na
stopień" jest to przyrównywanie, jakby za jednym pociągnięciem kosy, dwóch
tak różnych kultur (bo że państw, to chyba nawet przeciętna biedronka odróżni)
jak polska i brytyjska (anglojęzyczna z wysp? - rozrzut taki, że wątroba rwie),
ale wyróżnia właśnie krytyków, którzy wyjechali na studia gdzieś tam, a później
jedyne co im w głowie ćwierka to komparatystyka "tutaj to jest tak", a
"u nas bida z nędzą" a więc trzeba o tym coś napisać…
Pomijając nawet
i to (bo często komentatorzy niweczą dobrą, syntetyczną robotę autora, który
gdzieś tam się pomyli), cóż, trzeba powiedzieć, że tutaj jednak żadna z analiz
na wiele się nie przyda, bo jest tu wszystko, włącznie z prasowymi wstawkami
gazet codziennych, po pisanie lewą ręką dla wprawy na temat kierunków
nowoczesnej historii sztuki.

Stawianie Shunego (bardzo dobrej książki) i
Dehnela na jednym poziomie to taki cymes, że jeśli to czytali efekt jest ten, że
pierwszy teraz siedzi i się śmieje do rozpuku, a drugiemu krawat ze spinką z
cykorii się poluzował.
eurypides77   |26.01.2012 18:55:20
@czytelniczka

Choć bardzo lubię Hollinghursta, to powiedziałbym, że jest
on (mimo queerowej tematyki) okropnie zachowawczy klasowo. Jego bohaterowie to
geje ale mimo wszystko z wyższej klasy średniej lub wręcz klasy wyższej (którzy,
jeśli już zakochują się w przedstawicielach klasy robotniczej, to jest to raczej
gombrowiczowska "fascynacja parobkiem" - jak chociażby "fetysz"
Williama z "Klubu Korynckiego" niż cokolwiek głębszego).

Tak więc
jest to jak najbardziej o tym jak "popełniana jest sodomia w Hampstead
Heath", że sparafrazuję cytat przywołany przez autorkę. ;)
………………..   |27.01.2012 10:52:09
Tutaj pozwolę sobie nie zgodzić się z przedmówcą. Bohaterowie Hollinghursta w
ogóle się nie zakochują, oni po prostu dłużej z tym lub tamtym, współżyją, co
dotyczy i potomków arystokratów, i robotników.

Drugim tłem "Swimming -
Pool Library" jest narracja o Froncie Narodowym, w kontekście imigranckich
kochanków Williama, która do Hampstead pasuje jak pięść do oka.
Gra_ce   |27.01.2012 12:28:56
Bardzo dobrze prowokujący tekst- co widać po komentarzach, broniących
konkretnych wyborów i dotychczasowej promocji robionej przez elity. (Swoją drogą
przedstawiciel handlowy jakiejkolwiek firmy to żadne drobnomieszczaństwo. Status
tej klasy opiera się przecież na względnej niezależności. Przedstawiciel
handlowy, to teraz post-robotnik, który nawet nie jest samoświadomy swojego
niskiego, bo skrajnie chwiejnego statusu, a brak jego samoświadomości jest
użyteczny dla systemu.)
Co do głównych tez autorki - odbieram sytuację
podobnie: jednorodny system oceny działań kulturalnych, podtrzymujący system
reprodukcji potomków elit w elity z jednej strony, a z drugiej wcielanie się w
zastany porządek „aspirantów” z innych sfer społecznych jest
niszczący dla emancypacji większości. Trudno jednak mieć pretensje do tzw. klasy
średniej, że sobie tworzy taki system podtrzymywania samej siebie również i w
sferze kultury.
Można za to mieć pretensje do swojego środowiska, że
uczestniczy w tym systemie legitymizacji porządku – jeśli nam się ten
porządek nie podoba. Tak też odbieram głos autorki – jako krytykę
(samokrytykę?) dla braku alternatywy w zakresie perspektywy osądu działań
kulturalnych. Może też krytykę zjawisk, które powodują, że to jest teraz jedyna
ścieżka, by zaistnieć – pochlebiać tak czy inaczej kulturze hierarchii i
”kapitału społecznego”.
Z całą swoją wątłą siłą zgadzam się, że
raczej brak w polskim „światku kulturalnym” woli legitymizacji
innych perspektyw egzystencjalnych. Może też przede wszystkim brak ich
kulturowej – by nie użyć kłopotliwego słowa „wartościowej”
napiszę: przekonywującej - ekspresji. Jestem tylko przeciętnym czytelnikiem, ale
dla mnie rewelacją w polskiej literaturze były „Wszystkie oberki
świata” Wita Szostaka, poza tym innych przykładów nie znam. Może jeszcze
książka Rakowskiego „Łowcy, zbieracze, praktycy niemocy”.
Może
warto by stworzyć taki niemegalomański przegląd literatury i filmów, które taką
perspektywę pokazują?
…………………..   |27.01.2012 15:54:07
@Gra_ce
>Bardzo dobrze prowokujący tekst- co >widać po komentarzach,
broniących
>konkretnych wyborów i dotychczasowej >promocji robionej przez
elity.

Taki tylko drobiazg, że są to KOMENTARZE dotyczące merytorycznych
błędów tego tekstu, głównie horrendalnego porównania klasowości w Polsce i
UK,oraz definicji pisarzy zaliczanych do konserwatywnego salonu, a nie -
"komentarze broniące dotychczasowej promocji robionej przez elity". Bo
w takim kontekście, nieistotne staje się to, czy ktoś napisał dobrą czy złą
literacko książkę, pogrąża go jego własny ojciec i to już jest
problem…

Tych odmiennych perspektyw jest więcej. Nie w beletrystyce, a w
reportażu - od Nowaka, przez Szejnert, na Morawieckim kończąc. W beletrystyce
już dawno nie udało się nikomu to, co udało się dwóm paniom - Sylwii Chutnik i
Małgorzacie Rejmer, a nieco bardziej onirycznie to chyba również Sieniewiczowi.
Bo niestety, nie chodzi tylko o to, żeby była to propozycja "rzeczywistości
widzianej z odmiennej perspektywy", ale też, żebyśmy mieli do czynienia w
literaturą, a nie wprawką literacką…
Gra_ce  - inne perspektywy   |27.01.2012 20:41:07
oświeciło mnie, że niemal wszystkie filmy Andrzeja Barańskiego to jest właśnie
to - inna perspektywa wyłamująca się z tego serka homogenizowanego wartości
kapitalistycznych: "lepiej wyżej, bogaciej, doskonale" ….i Fellini
przecież
Napisz komentarz
Nick:
E-mail:
 
Strona www:
Tytu?:
UBBCode:
[b] [i] [u] [url] [quote] [code] [img] 
 
Prosz? wpisa? kod antyspamowy widoczny na obrazku.

3.26 Copyright (C) 2008 Compojoom.com / Copyright (C) 2007 Alain Georgette / Copyright (C) 2006 Frantisek Hliva. All rights reserved.”


Na podobny temat

Aktualizacja    ( 30.01.2012 )
 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »
Generated in 1.10462 Seconds