NOWOŚĆ W SKLEPIE KP

Partycypacja_okladka_150px.jpg

>>Już jest: KP30!

kp30_okladka_300px.jpg

Komentarze

CYTAT DNIA

Nie możemy tworzyć idei, które będą łączyć ludzi, jeśli stracimy kontakt z tym, jakie jest ich życie. Jeśli nie wiemy, jak uznać sposób, w jaki ludzie obserwują świat, odczuwają go i doświadczają, nigdy nie będziemy w stanie pomóc im w uznaniu samych siebie albo zmianie świata na lepsze.
Marshall Berman, Przygody z marksizmem

Katalog Książek KP

Książki w sklepie KP

Advertisement
Order software online
Pawlak: Wtórni analfabeci na nowych autostradach Drukuj
Antoni Pawlak w rozmowie z Marią Klaman   
19.09.2010

fot. www.przedswit.orgMaria Klaman, Krytyka Polityczna: W 20. rocznicę upadku komunizmu Oficyna Wydawnicza Volumen i wydawnictwo Bellona wydały serię Kanon Literatury Podziemnej. Znalazły się w niej teksty powstałe między rokiem 1977 a 1989, publikowane w drugim obiegu.

 

Antoni Pawlak*: To bardzo dobra inicjatywa. Nie tylko dlatego, że w tej serii ukazała się moja Książeczka wojskowa, która pierwszy raz została opublikowana w drugim obiegu w 1981 roku. To ważne świadectwo naszych strachów, wahań i marzeń. I świadectwo stanu literatury tego czasu.

 

Zamiarem wydawców było oddanie pełnego obrazu literatury podziemnej tamtych lat. Brakuje jednak w Kanonie Barańczaka, Herberta…

 

Kapituła serii nie wybrała osobnych zbiorów wierszy, ukaże się tylko antologia poetycka przygotowana przez Leszka Szarugę. Szkoda. Wtedy wyszło kilka ważnych książek poetyckich.

 

Nie wszyscy zgodzili się na ponowne wydanie swoich utworów?

 

Nie wiem. Zdziwiło mnie, że zgodził się Jarosław Marek Rymkiewicz, którego Rozmowy polskie latem 1983 są, poza wszystkim, wielkim peanem na cześć Adama Michnika. A dziś Rymkiewicz jest przepełniony pretensją, wręcz nienawiścią do Adama. Ale powiedział – i słusznie – że skoro kiedyś to napisał, to nie będzie się wstydził własnej książki.

 

Redaktorzy Kanonu mówią, że pokazuje on wartości ważne dla Polaków: wolność słowa, chęć życia w prawdzie, sprzeciw wobec rzeczywistości PRL. Dlaczego właściwie ludzie decydowali się na publikowanie w drugim obiegu?

 

To były trudne decyzje, bo wyłączały pisarza z oficjalnego rynku wydawniczego. Niosły za sobą poważne konsekwencje. Na początku książki, które wychodziły w drugim obiegu, czy materiały z pierwszych numerów „Zapisu” to były rzeczy odrzucone przez cenzurę. Czyli to, co było pisane dla normalnej prasy literackiej, dla oficjalnych wydawnictw. Potem pisarze poczuli się ludźmi wolnymi i pisali od razu do drugiego obiegu.

 

Istnieli autorzy, którzy pisali do obu?

 

Praktycznie nie. Zdarzały się natomiast propozycje przypominające szantaż. Pod koniec lat 70. w redakcji „Zapisu” był Marek Nowakowski. Zaproponowano mu wydanie książki w Państwowym Instytucie Wydawniczym, pod warunkiem że odejdzie z „Zapisu” i przestanie tam publikować. 

 

A z czego wynikała pana decyzja?

 

Jednym z podstawowych motywów skłaniających ludzi do pisania jest nieskromne przekonanie, że ma się coś do powiedzenia. Ingerencje cenzury to coś w rodzaju okaleczenia. I to okaleczenia duszy. Gdy publikowałem w obiegu oficjalnym, miałem takich ingerencji bardzo dużo.

 

Ale podejmował pan takie próby?

 

Tak, ale zaczęło mnie to męczyć. Moje teksty często ukazywały się okaleczone. W krakowskim dwutygodniku „Student” – w redakcji byli Krynicki, Barańczak, Zagajewski, czołówka Nowej Fali – ukazywały się moje teksty publicystyczne, z których raptem znikało nazwisko Kołakowski, a w to miejsce pojawiał się „autor Głównych nurtów marksizmu”. Z takim mrugnięciem okiem jeszcze się godziłem. Ale parę razy się zdarzyło, że chciano mi zatrzymać wiersz. Redakcja po pertraktacjach z cenzurą zmieniała go bez konsultacji ze mną. I tu już zgody nie było, bo to jednak okaleczenie. Nałożyło się to na moją sytuację prywatną. Przestało mi kompletnie zależeć na istnieniu w oficjalnym życiu literackim. Zresztą zawsze wychodziłem z założenia, że liczy się przede wszystkim życie, literatura jest tylko jednym z jego przejawów. I znalazłem się w całkiem niezłym towarzystwie.

 

A co może pan powiedzieć o gdańskim podziemiu literackim?

 

W latach 70. czegoś takiego jeszcze nie było, istniało coś na pograniczu. We wczesnych latach 70. student Wyższej Szkoły Sztuk Plastycznych w Gdańsku Grzegorz Boros wymyślił, by w ramach warsztatów dla studentów wydawać tomiki młodych poetów. Studenci mieli je opracowywać graficznie. Zgodnie z przepisami obowiązującymi w PRL-u druki zwarte, czyli książki i książeczki, w nakładzie do dwustu egzemplarzy były wydawane na prawach rękopisów, czyli nie podlegały cenzurze (choć w praktyce były cenzurowane). Byłem z Grzegorzem na pierwszej rozmowie na ten temat w gdańskiej cenzurze. Dyrektor powiedział: „To fantastyczny pomysł, tylko po co dwieście egzemplarzy, skoro mogą być trzy, i po co młodzi poeci, skoro może być Gałczyński”. Po godzinnej, absurdalnej dyskusji wyszliśmy i powiedziałem Grzesiowi, że nic z tego nie będzie, żeby bawił się sam. Ale ta seria powstała. Oprawę graficzną robili świetni ludzie, między innymi Jurek Janiszewski, autor logo „Solidarności”. Do mojego tomiku oprawę zrobiła jego żona Krystyna, autorka słynnego znaku „Grudnia ’70” z krzyżem zamiast siódemki. 

 

Wiem, że w podziemiu działali studenci Uniwersytetu Gdańskiego.

 

To też wtedy było jeszcze półoficjalne. Na Uniwersytecie Gdańskim wychodziło pismo studentów polonistyki „Literalia”. Odmówiono mi tam jednak druku, bo nie byłem studentem. Takich inicjatyw było bardzo dużo, ale większość z nich była krótkotrwała i nikt już o nich nie pamięta. A szkoda. Więcej działo się w latach 80.

 

A jaki zasięg miały drugoobiegowe pisma?

 

Sto, dwieście egzemplarzy, raczej dla znajomych królika. Nakłady w bardziej sprofesjonalizowanych wydawnictwach podziemnych, jak Niezależna Oficyna Wydawnicza, też nie były za duże. Co nie znaczy, że tych pozycji nikt nie czytał, bo każda książka była pożyczana przez wielu ludzi na parę dni lub nawet godzin. Ona żyła.

 

W kolportaż podziemnych publikacji zaangażowanych było wiele osób. Książki woziło się maluchem, przykrywało kocem…

 

„Biuletyn Informacyjny” KOR-u był przepisywany na maszynie – ktoś robił dziesięć odbitek i puszczał je w obieg. Kolejne osoby robiły to samo. Chodziło o to, by nie łamać przepisów i nie narażać się władzom, ale także by stworzyć sieć współpracowników, ludzi identyfikujących się z ruchem. Jeśli wkładam w coś pracę i wysiłek, czuję się współuczestnikiem. Dopiero potem opozycja stanęła przed problemem wykształcenia profesjonalnych drukarzy, bo to już nie były czasy na zabawę w przepisywanie. Przepisywanie utrzymało się natomiast do końca w opozycji czechosłowackiej. U nas to szło w zupełnie inną stronę. Powstał gigantyczny przemysł wydawniczy.

 

Jak usytuowałby pan drugi obieg na tle innych działań opozycyjnych, zwłaszcza tych bardziej radykalnych? 

 

Cynicznie mówiąc, akt protestu ma znaczenie tylko wtedy, gdy przebija się do świadomości społecznej. Kiedy na Zachodzie mnisi buddyjscy dokonywali samospalenia, to pojawiła się telewizja, fotoreporterzy i cały świat to widział. Gdy spalił się Ryszard Siwiec na Stadionie Dziesięciolecia, nikt o tym nie wiedział. Władze miały absolutną kontrolę nad środkami masowego przekazu. Najbardziej spektakularne opozycyjne akcje funkcjonowały w świadomości społecznej tylko dzięki temu, że informowała o nich Wolna Europa. Najważniejsze więc było przełamanie państwowego monopolu na słowo. I drugi obieg, wraz z Wolną Europą i pismami emigracyjnymi, dokonał tego. Od tego zaczęła się rewolucja.

 

Dzisiaj nie ma już państwowej cenzury jak przed 1989, ale raczej nie możemy mówić o całkowitej wolności. Wciąż powstaje wiele inicjatyw, które bronią wolności słowa, jak na przykład Indeks 73.

 

To nieporównywalne. Cenzura przed 1989 rokiem była olbrzymią, ogólnopolską instytucją. Mogła zatrzymać każdą publikację, skazać na śmierć za życia każdego autora. Teraz nie ma ośrodka z taką siłą rażenia. Oczywiście każda redakcja ma swoją politykę i nie publikuje tekstów niewygodnych. Tylko że jeżeli odmówi mi publikacji „Krytyka Polityczna” czy „Gazeta Wyborcza”, to mogę iść do „Naszego Dziennika” czy „Gazety Polskiej”. Rzecz jasna tekst opublikowany w „Gazecie Wyborczej” ma większą siłę rażenia, nakład, a „Nasz Dziennik” jest niszowy. Ale nie ma takiej sytuacji, żeby tekst w ogóle nie mógł zaistnieć. Nie ma tej wielkiej zmowy, która uśmiercała pisarza i jego pracę. Autor o bardzo kontrowersyjnych poglądach napotyka utrudnienia, ale nie jest skazany na niebyt. 

 

Wciąż jednak zdarzają się bezpośrednie ingerencje władzy w kulturę, jak ostatnio w przypadku Teatru Ósmego Dnia.

 

Nie rozumiem tego, co się stało w Poznaniu. Teatr Ósmego Dnia jest instytucją miejską, ale nie tylko – ludzie go tworzący to legenda. I to zarówno dzięki swoim spektaklom, jaki niepokorności, niezależności i odwadze. Zarówno w sztuce, jak i w życiu. Próba nałożenia im kagańca wydaje mi się, najdelikatniej mówiąc, nieporozumieniem.

 

Największe nieszczęście polega jednak dziś na tym, że – mówiąc w uproszczeniu – rolę czegoś w rodzaju cenzury w kulturze przejmuje rynek. O sile kultury w PRL-u, jakakolwiek by ona była, stanowiły tygodniki społeczno-kulturalne, gdzie ukazywała się bieżąca krytyka. Z tygodnia na tydzień publikowano recenzje książek, wystaw, filmów. Po 1989 roku to się skończyło. W 1988 uczestniczyłem w drugiej próbie reaktywowania tygodnika „Po Prostu” (pierwszą podjęto w 1981). Wszystko rozbijało się o kwestie finansowe, bo wydawanie gazety to droga zabawa. Mieliśmy wtedy nadzieję, że – być może nie od razu, ale z czasem, wytworzy się mechanizm taki jak w Stanach Zjednoczonych czy w innych starych demokracjach. Czyli ktoś, kto ma pieniądze, postawi sobie za punkt honoru, czy to ze snobizmu, czy dla kaprysu, że będzie wydawał książki albo gazety. Takiego snobizmu niestety nie ma. To nie jest do końca prawda, że w Polsce większość bogaczy to ludzie prymitywni, ale często kultura ich nie interesuje. Problem tkwi też w tym, co w kulturze jest chodliwe. O ile można fantastycznie zarobić na książce Ludluma, to na tomiku wybitnego poety Ryszarda Krynickiego się nie uda. Wiadomo, że to są stracone pieniądze z inwestycyjnego punktu widzenia. Gdyby w Polsce istniały inne przepisy podatkowe, żeby można było na przykład nie płacić podatku od zysku z inwestycji w kulturę, może byłoby inaczej. Ale u nas żaden rząd się na to nie zgodzi.

 

Zmieniła się świadomość ludzi. W PRL-u wszyscy żyliśmy na podobnym poziomie – mało zarabialiśmy i klepaliśmy biedę. Gdy byłem w redakcji „Pulsu” i prosiłem o napisanie tekstu, to człowiek się zgadzał albo nie. A po ‘89 pierwsze, o co mnie pytano, jak byłem redaktorem, to jakie będzie honorarium. Niewątpliwie to zmiana systemu spowodowała, że zaczęliśmy myśleć o pieniądzach. I nic dziwnego. Dziś o wiele trudniej zapewnić sobie i rodzinie w miarę godziwe życie.

 

Niektóre wydawnictwa zamiast honorarium płacą w wydawanych książkach. I wiele osób chętnie na to przystaje.

 

Książki są potwornie drogie. Trzydzieści czy pięćdziesiąt złotych dla sfery budżetowej, czyli na przykład nauczyciela akademickiego, to poważny wydatek. Dwie książki w miesiącu to duże obciążenie budżetu. Wydawcy niechętnie decydują się na książki „nierynkowe”. A jeśli już, to nie płacą honorarium, załatwiają to właśnie egzemplarzami publikacji. I my, autorzy „niechodliwi”, zazwyczaj na to przystajemy. Tylko po to, żeby książka w ogóle się ukazała. A nie powinniśmy. Jeśli płaci się hydraulikowi za wykonaną pracę, to nie widzę powodu, by nie płacić poecie, eseiście czy prozaikowi. Pisanie to także praca.

 

Sytuacja kultury w Polsce jest szczególnie trudna, bo ludzie są sceptyczni wobec wspierania jej przez państwo. Niewielu z nich podpisze się na liście Obywateli Kultury w sprawie przyznawania na nią 1% z budżetu.

 

W którymś momencie transformacji zapomnieliśmy o kulturze. Nie potrafiliśmy dostatecznie jasno wytłumaczyć, że kultura jest czymś naprawdę ważnym. Proszę zauważyć, co się dzieje, gdy gdzieś samorząd chce wybudować teatr albo inną instytucję kultury. Od razu zaczyna się narzekanie, że to kaprys, że trzeba budować drogi. Widać większość z nas chce, by po nowych drogach jeździli wtórni analfabeci. 

 

A że niewiele osób podpisuje się pod apelami i listami otwartymi… Stało się coś dziwnego. Bardzo wielu z nas, tak odważnych w latach 70. czy 80., boi się dzisiaj cokolwiek podpisać. Bo na przykład nie znajdzie się na dobrym miejscu listy wyborczej. Dla wielu ważniejszy stał się dom, samochód, spokój. Kultura? A co to takiego?

 

Uboga, niedofinansowana przez państwo kultura jest zdana na rynek, na sponsorów.

 

Parę miesięcy temu ukazał się w „Gazecie Wyborczej” tekst Balcerowicza, w którym pytał, dlaczego państwo ma dokładać do biletów do teatru, a nie na przykład do biletów lotniczych. To chwytliwe i niby logiczne, ale kompletnie nieprawdziwe. Przekonanie, że kultura nie generuje pieniędzy, tylko wydatki, i w związku z tym jest niepotrzebna, jest tyleż powszechne, co powierzchowne. Państwo lub samorząd mają obowiązek utrzymywać kulturę. Przede wszystkim tę, która sama się nie utrzyma – operę, balet, teatry, pisma literackie. Pozbawiony świadomości kulturalnej naród traci poczucie tożsamości. Znika spoiwo, które powoduje, że czujemy się wspólnotą. Jedynym wyznacznikiem tego, że jestem Polakiem, staje się samo poruszanie się w tym języku, kulturze – to, że myślę po polsku, że kojarzę po polsku.

 

A czym więcej dla pana jest „bycie Polakiem”? Jaka powinna być ta nowoczesna polska tożsamość, kształtowana i podtrzymywana przez kulturę? 

 

Po inwazji na Czechosłowację w ‘68 roku powiedziałem mojemu ówczesnemu guru – ojcu Ludwikowi Wiśniewskiemu – że nie chcę być Polakiem, bo wkroczyliśmy do Czechosłowacji. A on na to, że właśnie dlatego jestem Polakiem – gdybym nie był, guzik by mnie to obchodziło. Dziś ważnym dla mnie życiowym mottem jest taki oto fragment ballady Jacka Kleyffa:

 

Na nazwy i na znaki sram.

Nie fetysz granic mnie tu trzyma,

lecz miejsca i w tych miejscach przyjaźń.

I w Polsce z tym nie jestem sam.

 

Dla mnie te miejsca, ta przyjaźń, o których śpiewa Jacek, to także kultura i ludzie z nią związani. Nowoczesną polską tożsamość podtrzymuje zarówno Marek Nowakowski, jak i Ryszard Krynicki. Jarosław Marek Rymkiewicz, Ryszard Przybylski, Maria Janion, Adam Michnik, jak i Mikołaj Górecki, Tymon Tymański, Jan Krzysztof Kelus, Andrzej Wajda, Andrzej Saramonowicz. Mógłbym tak w nieskończoność wymieniać nazwiska. Bowiem kultura, tak jak tożsamość, nie jest jednorodna. Tu każdy powinien znaleźć swój skrawek. Musi się znaleźć miejsce dla wartości wyznawanych przez Sławka Sierakowskiego i – bez względu na to, jak to zabrzmi – Mariusza Bulskiego, nieustraszonego obrońcy krzyża.

_______________

*Antoni Pawlak (ur. 1952) – poeta, prozaik, publicysta. Trójmiejski działacz opozycji demokratycznej w okresie PRL-u. Uczestnik strajku w Stoczni Gdańskiej im. Lenina. Był współtwórcą ruchu „drugiego obiegu” literackiego. Laureat literackiej Nagrody Fundacji im. Kościelskich (1983), wyróżniony odznaką Zasłużony dla Kultury Polskiej (2006).

Komentarze
Dodaj nowy
Swojski  - Oj, smiesznie bylo w Polsce za czasow lewicowych w   |20.09.2010 15:24:38
Watpliwe jednak, by Bellona zdecydowala sie wszystko poprzypominac, zwlaszcza
wiersze o ZOMO, WRON, czy po prostu kolonijne piosenki przerabiane przez
mlodziez i szydzace z lewicowych pomyslow na zycie.
mergiel   |20.09.2010 16:40:30
Zawsze znajdzie się grupa twórców, którzy będą niezadowoleni,że to nie ich, a
innych państwo sponsoruje. Jak tu wybrać kogo to państwo ma
sponsorować??
Osobiście jestem przeciw każdemu sponsoringowi państwowemu, ale
chętnie bym poznał jakieś obiektywne argumenty za sponsorowaniem właśnie
kultury,a nie takie, że to się niby zwraca, że to ważne itd.
Pozdrowienia
Mergiel
AndrzejRoztocki   |21.09.2010 22:32:40
Musi się znaleźć miejsce

Ale w koncu zawsze jakies chwasty trzeba wyrwac i zawsze dla kogos
miejsca nie ma.


A poza tym sadze ze Gnebona trzeba odbanowac.
franiszyn   |21.09.2010 22:41:19
Trzeba w końcu zbanowanie Gnębona wyjaśnić albo po prostu odbanować i przeprosić
za Piątka.
Józef K   |21.09.2010 22:44:56
Trzeba w końcu zbanowanie Gnębona wyjaśnić albo po prostu odbanować i
przeprosić
za Piątka.


Zgoda zupełna z p. franiszynem. Sądzę, że zapanowałaby całkiem inna
atmosfera, po obu stronach. I sądzę, że lewica powinna dać
tutaj przykład, że nie idzie na ślepo. Odbanować, przeprosić się i iść
do przodu dalej.
mergiel   |22.09.2010 22:52:21
To tutaj banują za przekonania??
Józef K   |22.09.2010 23:01:23
To tutaj banują za przekonania??

mergiel, to wolny żart? Czy jakaś zasadzka? 

Nie znasz sprawy Gnębona,
internetowego terrorysty, malowanego lisa,
imperialistycznego przybłędy, wirtualnego Hana Solo?
Obraził towarzysza Piątka, śmiał dyskutować.
Do dziś czekamy na jakiś
sygnał ze strony partii, który wyjaśniłby za co Gnębon został potraktowany
po macoszemu, ale z drugiej strony cisza. Boimy się, że czołgi wyjadą
na ulice.
No a poza tym cóż, tchórz Piątek po prostu nie umiejąc obronić
swych racji zablokował Gnębona.

 —  —  — -
A tak w ogóle to Gnębon
odbanowany winien być!
mergiel   |23.09.2010 23:05:34
w takim razie popieram. Sprawy faktycznie nie znam. Właściwie to przez Gnębona
zacząłem ten portal czytać. Łebski gość
Pozdrowienia Mergiel
Napisz komentarz
Nick:
E-mail:
 
Strona www:
Tytu?:
UBBCode:
[b] [i] [u] [url] [quote] [code] [img] 
 
Prosz? wpisa? kod antyspamowy widoczny na obrazku.

3.26 Copyright (C) 2008 Compojoom.com / Copyright (C) 2007 Alain Georgette / Copyright (C) 2006 Frantisek Hliva. All rights reserved.”


Na podobny temat

Aktualizacja    ( 20.09.2010 )
 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »
Generated in 1.10121 Seconds