|
1.
„A stała siostra jego z daleka, aby wiedziała, co się z nim dziać będzie” (Księga Wyjścia 2, 4). Przypomnijmy: trzymiesięczny Mojżesz, którego nie sposób już było dłużej ukrywać przed Egipcjanami, mimo że był ładnym dzieckiem, został właśnie schowany w koszyku i pozostawiony na brzegu rzeki. Jego siostra Miriam przygląda się temu z oddalenia. Nic nie mówi. Coś nie pozwala jej po prostu odejść do swoich spraw.
Często przypomina mi się ta biblijna scena. „Ale co ja mogę zrobić?” – słyszę nieraz, kiedy próbuję opowiedzieć komuś o czymś ważnym. Na przykład o unijnej agencji Frontex, zajmującej się tropieniem „nielegalnych” imigrantów na terytorium Europy i uszczelnianiem zewnętrznych granic Unii. Lub o tysiącach polskich dzieci, które mają szansę na śniadanie tylko wtedy, gdy uda im się ukraść komuś w szkole kanapkę z plecaka. Albo o tym, jak „wolny handel” pozbawia miliony ludzi w Afryce i Azji podstaw egzystencji lub spycha ich w egzystencję na poły niewolniczą, podtrzymując w zamian kruchy dobrobyt mieszkańców globalnej Północy (oraz krociowe zyski ponadnarodowych korporacji)… „Ale co ja mogę zrobić?” – brzmi jak pytanie retoryczne. Mimo że nie zawsze wyczuwam, czy wyraża obojętność (to oczywiste, że nic na to nie poradzę), bezradność (nie wiem, jak na to zareagować), oskarżenie (odczep się ode mnie! dlaczego mnie dręczysz tymi historiami?), czy wreszcie jakąś miksturę tych i innych emocji. Przesłanie, które komunikuje, jest jednak zwykle dość czytelne: nie chcę i nie potrafię o tym myśleć.
Nic bardziej ludzkiego niż odwracanie oczu od nieszczęścia, któremu nie umie się zaradzić. Nic bardziej powszechnego niż ludzkie poczucie bezradności wobec rządzących dzisiejszym światem globalnych mechanizmów. Nic bardziej mechanicznego niż gest odrzucenia takiej bezradności – w świecie, który zarazem opiewa ludzką sprawczość i systematycznie podmywa jej podstawy. Dlaczego więc zdarza się czasem, że nie odwracamy wzroku? Że niekiedy chcemy wiedzieć, co się dzieje, a nawet jesteśmy gotowi kształtować swoje przekonania na podstawie tej wiedzy? Że czasem jesteśmy gotowi nie ulegać poczuciu bezradności, ani go nie odrzucać, lecz jakby na przekór wszystkiemu właśnie w nim trwać, usiłując zrozumieć, skąd się wzięło? Czy tę zdolność można w sobie jakoś obudzić i kultywować? I czy można ją propagować, przekazywać innym? A jeśli ewentualnie tak, to czy tę zdolność przekazywania zdolności nieodwracania wzroku można jakoś zinstytucjonalizować, osadzić w czymś szerszym i trwalszym niż przygodna jednostkowa wrażliwość?
Odwracanie wzroku od nieszczęścia – postępowanie tak, jakby się dobrowolnie wybierało „życie […] etycznie, a więc i politycznie naiwne” [1] – nie jest wbrew pozorom kwestią wyboru. Jest ucieczką. To naturalny odruch, kiedy nie mamy gotowej recepty działania, ani choćby wiary, że nasza wiedza lub niewiedza o tym, co się dzieje, może coś zmienić. Nie jest to zjawisko nowe. Już przed stuleciem opisywał Stanisław Brzozowski „zniechęcenie do myśli, pozostającej bezsilną i czczą dekoracją”. Za tym uczuciem, rodzącym się „we wszystkich konsekwentnych, całkowitych ludziach”, stało jego zdaniem następujące rozpoznanie: „Przekonania jednostki posiadają o tyle tylko znaczenie, o ile sama ona kształtuje życie. Gdy jednostka jest tylko kółkiem, tylko jednym z nieskończonych trybików wielkiego mechanizmu gospodarki kapitalistycznej, przekonania jej spadają do roli tego lub innego rodzaju poskrzypywania, towarzyszącego działaniu maszyny” [2]. Ta nihilistyczna diagnoza wydaje się nie zostawiać żadnego wyjścia. Ale czy tak jest w istocie? Albo czy tak być musi?
2.
Alternatywa, jaką proponuje Krzysztof Wodiczko w nawiązaniu do talmudycznych lektur Emmanuela Levinasa, polega na spojrzeniu na polityczną – a więc i etyczną – problematykę globalizacji w świetle dwóch pojęć: „winy-niewinności” oraz „miasta ucieczki”. Miasta ucieczki miały być zgodnie z zawartym w Torze nakazem wyznaczone po to, aby osoby winne nieumyślnego spowodowania czyjejś śmierci mogły schronić się w nich przed rodową zemstą z ręki „mściciela krwi” i poświęcić studiowaniu Tory. Levinas, a w ślad za nim i Wodiczko, uznają, że wina taka obciąża w jakimś stopniu wszystkich mieszkańców zamożnej Północy: „Nawet jeśli nie zdajemy sobie z tego sprawy, to naprawdę mieszkamy już w miastach ucieczki, niedoinformowani na temat naszych niszczycielskich globalnych posunięć, winni-niewinni” [3]. O ile jednak dla Levinasa właściwym miastem ucieczki jest sama Tora, Wodiczko proponuje skonkretyzować tę ideę w formie „teologicznego projektu urbanistycznego” [4]. Chodzi o to, by instytucję nastawioną na uczenie się o globalnych problemach oraz na refleksję nad tym, jak uczynić świat lepszym miejscem, wpisać w widzialną tkankę miasta.
Miasto ucieczki to przestrzeń, która daje schronienie, przede wszystkim dlatego, że odbudowuje pewien niezbędny dystans i pozwala przekroczyć pewną granicę. Chodzi zwłaszcza o dystans między wiedzą a działaniem, między przyjęciem do wiadomości krzywdy, w której mamy chcąc nie chcąc swój udział, a przymusem zrobienia czegoś, by tę krzywdę natychmiast naprawić, powstrzymać lub – jeśli to się okaże niemożliwe – odsunąć, unieważnić.
Ale chodzi także o granicę między winą a niewinnością. W potocznym znaczeniu pojęcia te dzieli przepaść. Ale miasto ucieczki pomaga w zrozumieniu głębi winy poprzez odkrycie niewinności. Wina-niewinność nie jest pojęciową hybrydą. Nie jest też jakąś wyjątkową sytuacją, która przytrafia się jedynie nielicznym pechowcom. Wina-niewinność to normalna kondycja ludzkiego podmiotu, ale także warunek możliwości pojawienia się świadomości winy. Kto czuje się po prostu winny, ten zawsze jest zbyt winny, aby móc swoją winę zaakceptować, aby móc o tym w ogóle myśleć. Tylko ta część w każdym z nas, która pozostaje niewinna, jest dość silna, by winę na siebie przyjąć (dotyczy to zarówno jednostkowego, jak i zbiorowego „ja”). Świadomość winy nie polega po prostu na dostrzeżeniu obiektywnej prawdy – tak jak zauważa się na przykład, że jest mokro albo że pada śnieg. Świadomość winy jest produktem pracy, polegającej na przyjęciu na siebie winy, która nie jest ani do końca własna, ani niewłasna.
3.
Czy w Polsce potrzebujemy miasta ucieczki? Czy jesteśmy udziałowcami jakiejś krzywdy, od której odwracamy wzrok? Czy grożą nam „mściciele krwi”, przed którymi usiłujemy się zabezpieczyć?
Zastanawiając się nad winą-niewinnością w Polsce, tu i teraz, nie sposób pominąć dwóch spraw. Pierwsza z nich to wspomniany na początku tego eseju Frontex, czyli Europejska Agencja Zarządzania Współpracą Operacyjną na Granicach Zewnętrznych Państw Członkowskich Unii Europejskiej – jedyna agencja Unii Europejskiej mająca siedzibę w naszym kraju, przy rondzie Organizacji Narodów Zjednoczonych w Warszawie. Wskutek działalności Frontexu czas potrzebny na dopłynięcie przez Morze Śródziemne z Afryki do Europy w ciągu kilku lat wydłużył się z 3-4 dni do ok. dwóch tygodni. Spowodowało to wzrost liczby osób, które ponoszą śmierć podczas próby przeprawy w poszukiwaniu lepszego życia. Ale także spadek liczby osób, które w końcu dostają się do Europy. Ci, których zatrzymano blisko afrykańskiego brzegu, zamykani są w specjalnych obozach, budowanych m.in. w Libii i Algierii w porozumieniu z Unią Europejską. Ile wiemy o tym, co dzieje się w tych obozach? Ile chcemy wiedzieć?
Bliźniakiem Frontexu było działające przez ponad rok tajne więzienie CIA w Kiejkutach, w którym prawdopodobnie torturowano więźniów podejrzanych o terroryzm. W odróżnieniu od Frontexu, o „tajnych lotach” CIA można przynajmniej przeczytać artykuły w polskiej prasie. Wygląda na to, że imperium amerykańskie obdzieliło nas, podobnie jak imperium europejskie, szczególnym zaszczytem „ochrony” przed wyobrażonymi mścicielami krwi. „Ochrony”, która w istocie nie jest niczym innym, jak prześladowaniem.
Te dwie kategorie wyobrażonych mścicieli – podejrzani o terroryzm oraz uchodźcy i imigranci – tworzą składowe jednej w gruncie rzeczy fantazji lękowej. Różnica polega głównie na tym, że podejrzani o terroryzm to „zagrażające jednostki”, zaś imigranci to bardziej „zagrażająca masa”. Podejrzani o terroryzm w potocznym odbiorze nierzadko uznawani są po prostu za „terrorystów” (część mediów starannie pracuje nad ukształtowaniem takiego odbioru, w którym samo podejrzenie jest już równoznaczne z wyrokiem). O potencjalnych imigrantach mówi się natomiast tak, jakby zamiast pracować we własnej ojczyźnie chcieli przyjeżdżać do nas w poszukiwaniu łatwego zarobku i pozbawić nas naszego dobrobytu, naszych miejsc pracy i naszych zasiłków socjalnych… Imigrancka masa, zwłaszcza z krajów islamskich, uznawana jest jednak również przez wiele osób za „rezerwuar” terroryzmu. Kółko się zamyka: tu mściciele, i tam mściciele.
Co by było, gdybyśmy zamiast uciekać przed wyobrażoną zemstą i prześladować tych, których niesprawiedliwie traktujemy en masse jako zagrożenie, stworzyli w Polsce „miasto ucieczki”? Moglibyśmy wówczas, zamiast kierować się podszytym nierozpoznaną winą-niewinnością lękiem, podjąć wysiłek uprzytomnienia sobie miejsca, jakie zajmujemy w globalnym systemie i wzięcia za nie odpowiedzialności. Moglibyśmy nie odsuwać od siebie poczucia bezradności ani mu nie ulegać, lecz spróbować sobie wyjaśnić, jak nasza bezradność powstaje i w jaki sposób jest podtrzymywana. Moglibyśmy podważyć założenie, że wiedza, która nie przekłada się bezpośrednio na praktyczne recepty, jest tylko „poskrzypywaniem” albo „bezsilną i czczą dekoracją”. A nawet moglibyśmy retoryczne „co ja mogę” zastąpić realistycznym, poważnym pytaniem: co my możemy z tym zrobić? Ale bez pośpiechu. Nawet, gdy nic już – albo nic jeszcze – nie możemy zrobić, pozostaje nam, jak małej Miriam, sztuka nieodwracania wzroku.
_________________________
[1] Krzysztof Wodiczko, Miejsce pamięci ofiar 11 września, Łódź 2010, s. 28.
[2] Stanisław Brzozowski, Współczesna powieść i krytyka literacka, Warszawa 1971, s. 226-227.
[3] Wodiczko, s. 64.
[4] Wodiczko, s. 38.
__________________________
Pierwodruk: Krzysztof Wodiczko, Projekt Miejsca Pamięci Ofiar 11 Września, Łódź 2010, s. 92-97.
Tekst powstał w ramach wystawy Wrogościnność: Podejmowanie obcych w Muzeum Sztuki w Łodzi, którą można oglądać do 17 października 2010.
Na podobny temat
|
@Spokojny "Overall proponuje...
Pomysł, żeby na każdą parę przypadało...