|
Sposób, w jaki w Polsce rozmawia się o teatrze, przypomina trochę sposób, w jaki rozmawia się o krajowej polityce. Dwa obozy, głęboko okopane na swoich pozycjach, ostrzeliwują się przewidywalnym zestawem argumentów. Linia frontu wytyczona została dawno temu – i nie drgnie ani o krok. Zmiana w krytyce teatralnej wymaga tego samego, co zmiana w polityce – redefinicji tej linii i zarazem całego pola walki. Zwłaszcza, że – podobnie jak w politycznym mainstreamie – dziennikarskie potyczki już od dawna nie dotyczą tego, co w sporze najważniejsze. Okopane bloki – niczym monarchie ancien régime’u ostrzeliwujące się latami podczas pierwszej wojny światowej – już nie są w stanie sprostać wyzwaniom współczesności.
Ukazanie się książki Wątroba. Słownik polskiego teatru po 1997 roku wywołało mobilizację krytyków teatralnych na łamach „Dziennika” - i to chyba największą od czasu debaty o krytyce teatralnej, która przetoczyła się przez tę gazetę w roku 2007. Niestety, w polskiej krytyce w ciągu ostatnich trzech lat chyba niewiele się zmieniło. Zmobilizowani recenzenci – tak, jak przed trzema laty, raczej zachowawczy – zarzucili książce tendencyjność, fragmentaryczność i brak „kindersztuby”; pojawił się również cios o subtelności uderzenia młotem – przyrównanie słownika do prasy gadzinowej. Wiadomo, jak młode – to lewackie, jak lewackie – to właściwie jak nazistowskie. Poza tym, nie bez pewnej racji, książce wytyka się potknięcia edytorskie czy brak ważnych haseł. Wątroba jest „fragmentaryczna”, a zdaniem autorów z „Dziennika” - powinna widać być „całościowa”.
Takie encyklopedyczne - a zatem par excellence anachronicznie oświeceniowe - oczekiwania publicystów, którzy na co dzień wyzywają swych oponentów od jakobinów, mogą wydawać się zaskakujące. Jednak ważniejszą sprawą jest ryzyko, które niesie ze sobą Wątroba - łatwość wpisania jej w popularną dotychczas po obu stronach recenzenckiego frontu narrację, w myśl której polskie życie teatralne organizuje przede wszystkim „wojna starych z młodymi”. Linię frontu najprościej utożsamić z cezurą metrykalną. Problem polega na tym, że linia ta wcale tam nie przebiega. Co do tej jednej kwestii zgadzają się i zachowawczy Tomasz Mościcki, wytykający przed trzema laty krytyce „brak zasad” i uprawianie „lanserki” - i lewicowy Maciej Nowak, autor wstępu do Wątroby.
Dla mnie, Słownik polskiego teatru po 1997 roku nie jest szarżą młodych twórców, z irokezami czy w bojówkach, na redutę odzianych w szare marynarki i obwieszonych ryngrafami konfederatów barskich polskiej krytyki teatralnej. To bardziej podsumowanie takiej szarży, zapis mniej lub bardziej realnego – a na pewno przede wszystkim dyskursywnego - konfliktu „starych” z „młodymi”, widziany rzecz jasna z jednej ze stron (w pewnym sensie ma zatem rację Jacek Kopciński, nazywając Wątrobę „raportem” z pola walki. Tylko - czy to źle, że się o coś walczy?). Ale konflikt ten – jak zauważa we wspomnianym wstępie Nowak – nie może już dalej organizować polskiego myślenia o teatrze. Powinien przestać zarządzać również polskim o teatrze pisaniem.
Co zamiast wojny pokoleń? Aktualny pozostaje postulat Macieja Nowaka z opublikowanego niedawno w portalu „Krytyki Politycznej” felietonu – przestać ukrywać, że tak naprawdę chodzi o politykę, o światopogląd – manifestujący się nie tylko w krytyce, ale i w praktyce artystycznej. Dyskurs krytycznoteatralny potrzebuje nie tyle depolityzacji, co polityzacji na nowo – rozbicia starych wyobrażonych „obozów” i podjęcia nowych tematów. Nie chodzi jednak o to, żeby - jak zrobił to kiedyś w felietonie na łamach „Przekroju” Łukasz Drewniak - klasyfikować krytyków czy artystów do konkretnych ugrupowań politycznych. Rzecz w tym, by na teatralnym polu walki dostrzec całe połacie zjawisk – o znaczeniu nieraz wybitnie politycznym – które krytyce teatralnej albo umykają, albo zbywane zostają komunałem. Bo krytyką teatralną coraz częściej nie „rządzą” wcale redaktorzy - ani Kopciński, ani Pawłowski, ani Sieradzki, ani Niziołek (swoją drogą, sami mężczyźni…). Niestety – w całej masie recenzji, których w naszej prasie fachowej i codziennej ukazuje się przecież ciągle bardzo dużo – rządzi frazes. Są frazesy „postdramatyczne” i frazesy „tradycjonalistyczne”. Co gorsza, są też frazesy „zaangażowane”.
Weźmy pierwszy przykład z brzegu: temat „ciało na scenie”. Ze strony krytyki „oświeconej” - postmodernistyczne zaklęcia, opowieści o „swoistości” dyskursu ciała. W najlepszym wypadku – przytoczenie znów tego samego cytatu z Judith Butler. Ze strony „zachowawczych” krytyków – pójście w estetyzację albo prosta reakcja wymiotna. Zaskakujące, jak dobrze ma się wśród sporej części piszących przekonanie, że nowy teatr to tylko sceniczna kopulacja, defekacja i wspomniane wymioty.
Przykład drugi, z innego poziomu – socjalizm w teatrze lub szerzej pojęta „kwestia społeczna”, problem wyzysku i ekonomicznego wykluczenia. Jedna strona będzie tu wyzywała artystów od ludowych komisarzy i sprowadzała namysł nad społecznymi dziejami marksizmu do narodowej martyrologii. Natomiast frakcja „liberalna”, a nawet „lewicowo-liberalna”- będzie się wić jak przysłowiowe piskorze (albo jak Roman Pawłowski na prowadzonym przez siebie krakowskim spotkaniu z realizatorami scenicznej adaptacji Kapitału, grupą Rimini Protokoll), byle tylko nie dopuścić do siebie myśli, że autorzy mogą naprawdę choć przez chwilę chcieć wyjść - nie w kategoriach „prowokacji” czy „refleksji nad totalitaryzmem” - poza wolnorynkowy „konsensus”. Dialogu z wypowiedziami przekraczających go twórców nie podejmie tak naprawdę nikt. No, chyba że w „Krytyce Politycznej”…
Medialno-polityczny spektakl żywi się komunałami – podtrzymując w ten sposób iluzję „publicznej debaty”, w praktyce zaś powstrzymując wszelkie próby myślenia krytycznego w ogóle - nie tylko krytycznoteatralnego. Jak zawsze, pozostaje pytanie - „co robić”? Odpowiedzią niech będzie tytuł jednej z ostatnich akcji „Komuny Otwock” - „Trzeba uważać”. Inaczej, jakbyśmy z naszych krytycznych okopów nie strzelali, będziemy trafiać kulą w płot. Na czym kończę, zanim zostanę zbyty frazesem, że – „jak każdy bolszewik” – uwielbiam militarną metaforykę.
Na podobny temat
|
Chyba mnie nie zrozumiałeś, właśnie c...
Brakuje pieniędzy na edukację, brakuj...