Nowość w sklepie KP!

miosz_okladka_300px.jpg

Katalog Książek KP

Najnowszy numer KP

kp29www150px.jpg

Komentarze

CYTAT DNIA

Pytałem decydentów MFW, jakie mają dowody na to, że ich neoliberalna polityka jest właściwa. Odpowiadali, że nie potrzebują dowodów. Wyglądało to tak, jakby chodziło im nie o politykę, lecz o religię. Ale to tylko część odpowiedzi. Forsowali taką politykę także dlatego, że chciało jej Wall Street. Niestabilność, kryzysy, łączenie firm, dzielenie firm to raj dla sektora finansowego, który robi na tym ogromne pieniądze.
Joseph E. Stiglitz

Książki w sklepie KP

Advertisement
Order software online
Mrozek: Wojna pozycyjna Drukuj
Witold Mrozek   
16.07.2010

Sposób, w jaki w Polsce rozmawia się o teatrze, przypomina trochę sposób, w jaki rozmawia się o krajowej polityce. Dwa obozy, głęboko okopane na swoich pozycjach, ostrzeliwują się przewidywalnym zestawem argumentów. Linia frontu wytyczona została dawno temu – i nie drgnie ani o krok. Zmiana w krytyce teatralnej wymaga tego samego, co zmiana w polityce – redefinicji tej linii i zarazem całego pola walki. Zwłaszcza, że – podobnie jak w politycznym mainstreamie – dziennikarskie potyczki już od dawna nie dotyczą tego, co w sporze najważniejsze. Okopane bloki – niczym monarchie ancien régime’u ostrzeliwujące się latami podczas pierwszej wojny światowej – już nie są w stanie sprostać wyzwaniom współczesności.


Ukazanie się książki Wątroba. Słownik polskiego teatru po 1997 roku wywołało mobilizację krytyków teatralnych na łamach „Dziennika” - i to chyba największą od czasu debaty o krytyce teatralnej, która przetoczyła się przez tę gazetę w roku 2007. Niestety, w polskiej krytyce w ciągu ostatnich trzech lat chyba niewiele się zmieniło. Zmobilizowani recenzenci – tak, jak przed trzema laty, raczej zachowawczy – zarzucili książce tendencyjność, fragmentaryczność i brak „kindersztuby”; pojawił się również cios o subtelności uderzenia młotem – przyrównanie słownika do prasy gadzinowej. Wiadomo, jak młode – to lewackie, jak lewackie – to właściwie jak nazistowskie. Poza tym, nie bez pewnej racji, książce wytyka się potknięcia edytorskie czy brak ważnych haseł. Wątroba jest „fragmentaryczna”, a zdaniem autorów z „Dziennika” - powinna widać być „całościowa”.


Takie encyklopedyczne - a zatem par excellence anachronicznie oświeceniowe - oczekiwania publicystów, którzy na co dzień wyzywają swych oponentów od jakobinów, mogą wydawać się zaskakujące. Jednak ważniejszą sprawą jest ryzyko, które niesie ze sobą Wątroba - łatwość wpisania jej w popularną dotychczas po obu stronach recenzenckiego frontu narrację, w myśl której polskie życie teatralne organizuje przede wszystkim „wojna starych z młodymi”. Linię frontu najprościej utożsamić z cezurą metrykalną. Problem polega na tym, że linia ta wcale tam nie przebiega. Co do tej jednej kwestii zgadzają się i zachowawczy Tomasz Mościcki, wytykający przed trzema laty krytyce „brak zasad” i uprawianie „lanserki” - i lewicowy Maciej Nowak, autor wstępu do Wątroby.

 
Dla mnie, Słownik polskiego teatru po 1997 roku nie jest szarżą młodych twórców, z irokezami czy w bojówkach, na redutę odzianych w szare marynarki i obwieszonych ryngrafami konfederatów barskich polskiej krytyki teatralnej. To bardziej podsumowanie takiej szarży, zapis mniej lub bardziej realnego – a na pewno przede wszystkim dyskursywnego - konfliktu „starych” z „młodymi”, widziany rzecz jasna z jednej ze stron (w pewnym sensie ma zatem rację Jacek Kopciński, nazywając Wątrobę „raportem” z pola walki. Tylko - czy to źle, że się o coś walczy?). Ale konflikt ten – jak zauważa we wspomnianym wstępie Nowak – nie może już dalej organizować polskiego myślenia o teatrze. Powinien przestać zarządzać również polskim o teatrze pisaniem. 


Co zamiast wojny pokoleń? Aktualny pozostaje postulat Macieja Nowaka z opublikowanego niedawno w portalu „Krytyki Politycznej” felietonu  – przestać ukrywać, że tak naprawdę chodzi o politykę, o światopogląd – manifestujący się nie tylko w krytyce, ale i w praktyce artystycznej. Dyskurs krytycznoteatralny potrzebuje nie tyle depolityzacji, co polityzacji na nowo – rozbicia starych wyobrażonych „obozów” i podjęcia nowych tematów. Nie chodzi jednak o to, żeby - jak zrobił to kiedyś w felietonie na łamach „Przekroju” Łukasz Drewniak - klasyfikować krytyków czy artystów do konkretnych ugrupowań politycznych. Rzecz w tym, by na teatralnym polu walki dostrzec całe połacie zjawisk – o znaczeniu nieraz wybitnie politycznym – które krytyce teatralnej albo umykają, albo zbywane zostają komunałem. Bo krytyką teatralną coraz częściej nie „rządzą” wcale redaktorzy - ani Kopciński, ani Pawłowski, ani Sieradzki, ani Niziołek (swoją drogą, sami mężczyźni…). Niestety – w całej masie recenzji, których w naszej prasie fachowej i codziennej ukazuje się przecież ciągle bardzo dużo – rządzi frazes. Są frazesy „postdramatyczne” i frazesy „tradycjonalistyczne”. Co gorsza, są też frazesy „zaangażowane”.


Weźmy pierwszy przykład z brzegu: temat „ciało na scenie”. Ze strony krytyki „oświeconej” - postmodernistyczne zaklęcia, opowieści o „swoistości” dyskursu ciała. W najlepszym wypadku – przytoczenie znów tego samego cytatu z Judith Butler. Ze strony „zachowawczych” krytyków – pójście w estetyzację albo prosta reakcja wymiotna. Zaskakujące, jak dobrze ma się wśród sporej części piszących przekonanie, że nowy teatr to tylko sceniczna kopulacja, defekacja i wspomniane wymioty.


Przykład drugi, z innego poziomu – socjalizm w teatrze lub szerzej pojęta „kwestia społeczna”, problem wyzysku i ekonomicznego wykluczenia. Jedna strona będzie tu wyzywała artystów od ludowych komisarzy i sprowadzała namysł nad społecznymi dziejami marksizmu do narodowej martyrologii. Natomiast frakcja „liberalna”, a nawet „lewicowo-liberalna”- będzie się wić jak przysłowiowe piskorze (albo jak Roman Pawłowski na prowadzonym przez siebie krakowskim spotkaniu z realizatorami scenicznej adaptacji Kapitału, grupą Rimini Protokoll), byle tylko nie dopuścić do siebie myśli, że autorzy mogą naprawdę choć przez chwilę chcieć wyjść - nie w kategoriach „prowokacji” czy „refleksji nad totalitaryzmem” - poza wolnorynkowy „konsensus”. Dialogu z wypowiedziami przekraczających go twórców nie podejmie tak naprawdę nikt. No, chyba że w „Krytyce Politycznej”…


Medialno-polityczny spektakl żywi się komunałami – podtrzymując w ten sposób iluzję „publicznej debaty”, w praktyce zaś powstrzymując wszelkie próby myślenia krytycznego w ogóle - nie tylko krytycznoteatralnego. Jak zawsze, pozostaje pytanie - „co robić”? Odpowiedzią niech będzie tytuł jednej z ostatnich akcji „Komuny Otwock” - „Trzeba uważać”. Inaczej, jakbyśmy z naszych krytycznych okopów nie strzelali, będziemy trafiać kulą w płot. Na czym kończę, zanim zostanę zbyty frazesem, że – „jak każdy bolszewik” – uwielbiam militarną metaforykę.  

Komentarze
Dodaj nowy
Napisz komentarz
Nick:
E-mail:
 
Strona www:
Tytu?:
UBBCode:
[b] [i] [u] [url] [quote] [code] [img] 
 
Prosz? wpisa? kod antyspamowy widoczny na obrazku.

3.26 Copyright (C) 2008 Compojoom.com / Copyright (C) 2007 Alain Georgette / Copyright (C) 2006 Frantisek Hliva. All rights reserved.”


Na podobny temat

Aktualizacja    ( 17.07.2010 )
 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »
Generated in 0.90453 Seconds