|
Filmy Yael Bartany (Mary koszmary, Mur i wieża, Zamach), powołując do życia projekt Ruchu Odrodzenia Żydowskiego w Polsce, dekonstruują współczesne pojęcie syjonizmu opartego na idei „jedynej słusznej” drogi, która musi zaprowadzić wszystkich Żydów do Izraela. Bartana przeciwstawia temu pojęciu pomysł czegoś w rodzaju syjonizmu à rebours. Wizja ta zanurzona jest dodatkowo w estetyce socrealistycznej (Mary koszmary, Zamach) i syjonistyczno – kibucowej (Mur i wieża), mającej obraz ten parodiować, ale i wchodzić z nim w dyskurs krytyczny. Zabieg ten uważam za niezwykle ciekawy, odważny i nowatorski. W pewnym zakresie podobny pomysł zaprezentował w 1993 roku Philip Roth w książce Operacja Shylock, w której Lech Wałęsa, wygłaszając mowę w Knesecie, wzywał dawną diasporę do powrotu. Niemniej projekt Bartany idzie w inną stronę, niebagatelny jest też polityczny kontekst, w którym powstał. Można go nazwać celnym „prztyczkiem w nos” dla afirmowanej obecnie w Izraelu polityki rządzącego Likudu.
Trylogia Bartany otwiera niezwykle interesującą dyskusję na temat roli współczesnej diaspory, tak w Polsce, jak i diaspory w ogóle. Jeśli potraktujemy jej projekt właśnie jako wstęp bądź przyczynek do takiej debaty, to jest to głos niezwykle cenny i ważny. Podstawowym błędem, jaki popełniają krytycy Bartany (ale może i sama izraelska artystka), jest skrajna racjonalizacja idei Ruchu Odrodzenia Żydowskiego w Polsce. Tymczasem klucz do odczytania tego projektu leży na płaszczyźnie metaforyczno-symbolicznej. Owe symboliczne „zamieszkanie”, ponowne zadomowienie, byłoby kolejnym głosem na rzecz zrozumienia, jaka pustka i zerwanie stały się naszym udziałem w wyniku zagłady 3 milionów Żydów – obywateli II RP, oraz kolejnych fal emigracji w latach 1948, 1956 i 1968. Dopiero na tej płaszczyźnie można rozpocząć dyskusję o postulacie dekonstrukcji „nowego” syjonizmu (z emblematem Likudu na piersi) i wzmocnienia roli diaspory. Prowokacyjna propozycja syjonizmu à rebours wynika u Bartany z ogromnej sympatii do tzw. ruchu postsyjonistycznego, powstałego w Izraelu w latach 90. XX wieku. Najbardziej miarodajnymi przedstawicielami tego nurtu społeczno-politycznego są prof. Ilan Pappé, polityk Partii Pracy, i były przewodniczący Knesetu Avraham Burg oraz działacz na rzecz pokoju, pisarz Uri Avnery. Postsyjoniści stoją na stanowisku, że syjonizm „wypełnił” już swoją dziejową misję, dlatego też powinien ulec samorozwiązaniu.
Piotr Paziński, oceniając w tym kontekście postawę Yael Bartany, pisze, że „rozładowuje swoje negatywne emocje wobec własnego państwa”. Faktycznie, jest ona wobec Izraela mocno krytyczna, nie sądzę jednak, by przekraczała granicę obywatelskiej przyzwoitości. Jej pretensje, czy jak sama mówi „zawiedziona miłość”, do żydowskiego państwa, są uzasadnione. Przede wszystkim Bartana postponuje Izrael za to, że rozbudowuje coraz bardziej jednotorową i jednowymiarową narrację społeczno – historyczną, którą można ująć w haśle: „Izrael to miejsce dla Żydów”.
Pytam się w takim razie, czym to hasło różni się od znanego w Polsce zawołania neoendeków i nacjonalistów skandujących: „Polska dla Polaków”? Czy takie wezwania się Piotrowi Pazińskiemu podobają? Gdy piszę te słowa, przypomina mi się wizyta w Polsce Beniamina Netanjahu, gdy pierwszy raz był premierem. Podczas spotkania z diasporą stwierdził, że jej członkowie powinni powrócić do ziemi przodków, gdyż od wieków tam jest ich miejsce. Przedstawiciele diaspory byli tymi słowami oburzeni.
Od tamtego czasu Netanjahu stał się politycznie znacznie silniejszy, zaś dekompozycja izraelskiej lewicy umożliwia mu coraz radykalniejsze działania. Przykładem tego może być projekt obowiązkowej Przysięgi lojalności wobec „żydowskiego, demokratycznego państwa Izrael”, którą składać będą przyszli obywatele. Mogę zgodzić się, że teraz to jeszcze pusty slogan, ale w przyszłości? Kto wie, historia uczy nas, że droga do nacjonalizmu znaczona jest także takimi na pierwszy rzut oka jedynie deklaratywnymi postulatami. Ponadto krytycyzm wobec własnego narodu jest zawsze wartością, a nie obciążeniem, nawet jeśli – jak pisze Paziński – jest to „Izrael a nie Dania”. Bartana podąża tu drogą wytyczoną chociażby przez tak wybitne dla kultury polskiej postaci jak Gombrowicz czy Miłosz. Czy czyniło się im z tego powodu zarzuty? Czy uznawano ich za kosmopolitycznych zdrajców? Rzecz jasna byli tacy, co to robili, ale myślę, że z nimi ani ja, ani Piotr Paziński nie chcielibyśmy mieć nic wspólnego. A przypomnę, że w tamtym okresie historycznym również Polska „nie była Danią”. Przyznaję, że z analogiami tego typu trzeba być ostrożnym. Niemniej nikt nie może być pewien, czy za jakiś czas Izraelczycy nie obudzą się w kraju świadomie zwiększającym alienację izraelskich Arabów – w żydowskiej, jak prognozuje choćby Gideon Levy z „Haaretz”, teokracji. Taka groźba istnieje. To, że Bartanie się to nie podoba i wielu Żydom w Izraelu też, jest zwyczajnym objawem zdrowia.
Czy za pomocą projektu Bartany Żydzi są jakoś, jak sugeruje Paziński, rozgrywani? Albo traktowani przedmiotowo przez przebiegłą „Krytykę Polityczną”, która rzekomo kopiuje swe pomysły na „kwestię żydowską” z lewicowej skarbnicy Zachodu? Nic na to nie wskazuje. Tak zwana „kwestia żydowska” w Polsce ma bardzo długą i bogatą tradycję – Holocaust, wcześniejsza 3,5 mln diaspora, polski antysemityzm okresu II RP, to, jak wobec niego lokowała się cała lewicowa tradycja od KPP po PPS, wreszcie sytuacja powojenna ze słynnym mitem „żydokomuny”. Nie wydaje się zatem, żeby Krytyka Polityczna musiała cokolwiek kopiować od zachodniej lewicy, której stosunek do Izraela nie jest zresztą jednorodny. Wystarczy zestawić poglądy socjalistów francuskich czy hiszpańskich z opiniami brytyjskiej Labour Party.
Zastanówmy się teraz nad kluczowym w mojej opinii zarzutem Piotra Pazińskiego. Dla rzetelności polemiki zacytuję go w całości:
Czymże miałby być, choćby symboliczny, powrót Żydów do diaspory? Skąd mieliby się wziąć? Czy w happeningach jest mowa o symbolicznym powrocie zamordowanych? Ich prochy z Treblinki mają ożyć i zaludnić pożydowskie miasteczka, żeby Sławomir Sierakowski przestał tęsknić? Otóż nie: ten projekt poszedł dalej, dotknął innych symboli i postanowił je rozmontować. Do diaspory mają powrócić jak najbardziej żywi Żydzi. A przyjechać mają z jednego tylko miejsca – z Izraela.
Czy taki sztywny podział w ogóle jest konieczny? Być może projekt, który ewidentnie ma znamiona metafory – symbolu, może być drogowskazem, nawet wbrew intencji artystki Yeal Bartany, dla budowy wieloetnicznego, wielokulturowego społeczeństwa przyszłości. Może stać się krokiem naprzód, wyjściem poza i tak czekające Polskę problemy demograficzne. Paziński oczywiście ma rację, gdy pisze, że „nie ma powrotu do II Rzeczypospolitej” , nie znaczy to jednak, że Polacy nie będą musieli zmierzyć się z absorpcją sporej ilości imigrantów. Rzecz jasna chodzi tu głównie o kraje byłego ZSRR, dla których Polska wciąż będzie podstawowym celem emigracji. Nie stanie się to oczywiście za 5 czy 10 lat, ale w dłuższej perspektywie może być to nieuniknione. Niebagatelnym argumentem jest fakt, że taki scenariusz mógłby być dla III RP niezwykle korzystny z punktu widzenia ekonomicznego. Warto być na to przygotowanym psychologicznie i cywilizacyjnie. Żydzi polscy z ich bogatą kulturą, a także charakterystycznym eklektyzmem pierwiastków typowych dla polskiej inteligencji (asymilanci), w połączeniu z zakorzenionym „żydowskim losem” są właśnie idealnym tego przykładem. A mając w pamięci także wszystkie historyczne polsko-żydowskie zaszłości, można mieć nadzieję, że w przyjmowaniu nowych „innych” można się pokusić o uniknięcie błędów nacjonalizmu czy ksenofobii. Jeśli w ten sposób potraktujemy słowa Bartany mówiącej, że członkami Ruchu Odrodzenia Żydowskiego w Polsce mogliby być wszyscy: Polacy, nie-Polacy, Żydzi, nie-Żydzi, jej projekt jawi się bardzo pozytywnie, nie szkodząc w żaden sposób „prawdziwej” diasporze. Ten jakże internacjonalistyczny motyw ma zresztą także znamiona żydowskiego stempla. Tego typu pomysł odczytania Bartany może się nie podobać jedynie syjonistom, którzy chcieliby mieć monopol na żydowski „złoty róg”.
Czy Żydzi polscy – i ich odrodzenie kulturalne, które na naszych oczach z mozołem, ale jednak następuje – mogą stać się pozytywnym wzorem dla Polski, czy jest to w ogóle możliwe? Piotr Paziński twierdzi, że „wielu Polaków wciąż uważa, że Polska zyskała na wymordowaniu Żydów. Dlatego przykład, jaki mogliby dać Polsce Żydzi żyjący, jest raczej wirtualny”. Czy tak jest w istocie? Nie jestem tego aż tak pewien. Od 2000 roku, czyli od ukazania się książki Sąsiedzi. Historia zagłady żydowskiego miasteczka Jana Tomasza Grossa, Polacy przeszli ogromną, poważną intelektualnie, debatę na temat polskiej odpowiedzialności za antysemityzm i zagładę. Debata ta jest niezwykle głęboka i może mieć trwałe następstwa. Nie chcę przez to powiedzieć, że wszystko w tym dyskursie było idealne czy budujące, niemniej Polska na tym tle wyróżnia się pozytywnie i to nie tylko względem tzw. krajów postradzieckich (Litwa, Łotwa, Ukraina, Białoruś, Rosja), ale także na tle choćby Francji. Różnica między niektórymi partiami lewicy zachodniej a Polską jest znaczna. Liczne fobie socjalistów francuskich na temat Izraela nie są powielane przez polskie środowiska lewicowe in gremio. Używając skrótu myślowego nie wszyscy, a nawet nie większość przedstawicieli środowisk lewicowych w Polsce reprezentuje „linię Romana Kurkiewicza” w kwestii choćby afirmacji flotylli wolności.
Reasumując:
1. Bartana podkreślając z całą mocą swoją antysyjonistyczną postawę (de facto postsyjonistyczną), nie przyjmuje perspektywy antyizraelskiej. Kontestacja „nowego” syjonizmu nie równa się negacji państwa Izrael in toto. Nie można także uznać za przejaw antyizraelskości krytyki obecnego kształtu państwa żydowskiego. Żadne państwo nie jest tworem idealnym czy kompletnym, a tym bardziej Izrael wraz ze swoim kłopotami. Bartana idzie jedak krok dalej, gdyż nie reprezentuje krytyki dla samej krytyki, lecz „pstryka w nos” izraelskiej prawicy, parodiując jej ideologię. Tym samym eksponuje diasporę jako prawowitego gospodarza wzywającego Żydów do „powrotu”. Taki wniosek nasuwa się sam, choć, co słusznie zauważa Paziński, bezpośrednio tego w projekcie Bartany nie znajdziemy. Zapraszający Sławomir Sierakowski, czyli Netanjahu à rebours, jest w tym miejscu w dość niezręcznej sytuacji, pozbawiony trochę na własną prośbę „pomocy” diaspory. Tandem nowa lewica i diaspora byłb najpewniej lepiej odebrany. To rzeczywiście mankament, nie przekreśla on jednak całego projektu.
2. Przedsięwzięcie Bartany nie jest jednak w żaden istotny sposób wobec Żydów paternalistyczne. To prawda, nie jest ono skierowane tylko do Żydów, ale właśnie tu tkwi jego zaleta. Otóż cały internacjonalistyczny format projektu Bartany z Żydami „na sztandarze” ma mieć oczyszczający wymiar. Żydzi z racji swej ekstraordynaryjnej specyfiki narodowej według izraelskiej artystki wreszcie powinni stać się tacy, jak inni. A jej zdaniem wciąż nie są. Z tego punktu widzenia Ruch Odrodzenia Żydowskiego w Polsce ma charakter wybitnie antyallosemicki. Na marginesie warto przypomnieć, że pojęcie allosemityzmu, ukute przez Artura Sandauera, a następnie przyjęte przez Zygmunta Baumana, oznacza wyobrażenie Żyda jako „innego” i niezwykle „osobliwego”. Przeświadczenie to skłania do tezy o żydowskiej wyjątkowości i stanowi ogólną bazę, z której można budować zarazem anty – jak i filosemickie przesłanki. Na dłuższą metę jednak allosemityzm nigdy nie przysłużył się Żydom, a wręcz był doskonałą karmą wielu fobii. Dlatego nie deprecjonowałbym tego gestu Bartany, rzecz jasna (znowu to podkreślę) jedynie jako ważnego symbolu demontującego pewien mit.
3. Dla Bartany idiom „powrotu” służy nie tylko pokazaniu syjonizmu à rebours. Ważniejszym jest tu powiedzenie, że Żydzi mogą powrócić, gdzie tylko im się żywnie podoba! Także do Polski albo zwłaszcza do Polski – jak kto woli. Pozwala im to metaforycznie zdjąć kajdany „powinności” bycia w Izraelu i tylko w Izraelu. Pomysł Bartany podbudowuje diasporę, nadaje jej większy, bardziej wielowymiarowy sens niż dotychczasowe bycie „strażnikiem” cmentarza, jak mawiał Edelman. Tak pojęte „odrodzenie” kulturalno-społeczne Żydów w Polsce, mogłoby być również dobrym przykładem dla Polski w czekających ją przemianach etniczno-demograficznych.
Pierwotna wersja tego tekstu została opublikowana na Forum Żydów Polskich
*Mikołaj Mirowski (ur. 1979), historyk, znawca stosunków polsko-żydowskich, publicysta, członek łódzkiego klubu „Krytyki Politycznej”, współpracujący także z kwartalnikiem „Liberté!”.
Na podobny temat
|
@Spokojny "Overall proponuje...
Pomysł, żeby na każdą parę przypadało...