|
Jaś Kapela, Krytyka Polityczna: Brakuje Ci czegoś w Pakcie dla kultury?
Piotr Marecki*: Zwróciłbym większą uwagę na obszar bardzo trudno mierzalny, ryzykowny, nieprzewidywalny i nierynkowy. Związany z łamaniem formatu i status quo: wszelkiego rodzaju innowacje, eksperymenty, to one posuwają kulturę do przodu. W systemie menadżerskim, dotacyjno-grantowym i eksperckim tego typu inicjatywy nie są uwzględniane i premiowane, bo bardzo trudno jest je badać, oceniać, mierzyć, nie wpisują się w ustalone wskaźniki, nie gwarantują dużej liczby odbiorców, patronatów medialnych, nie przekładają się na punkty. Są bliższe pojęcia „twórczości” niż „usługa”.
Władza utożsamia kulturę z utrzymaniem budynków czy instytucji, wielkimi iwentami. Skoro Obywatele Kultury chcieli z władzą rozmawiać, musieli podkreślić taki obraz kultury. Jeszcze niedawno minister Bogdan Zdrojewski mówił, że na „substancję instytucjonalną” ministerstwo wydaje ok 80 % budżetu, na wydarzenia artystyczne – zaledwie kilkanaście procent. Minister tak ustalił hierarchie wydatków: „Obecnie na pierwszym miejscu w wydatkach jest wspomniane dziedzictwo narodowe, na drugim edukacja artystyczna i kulturalna, na trzecim – wszelkiego rodzaju wydarzenia artystyczne (przeważnie wielkie festiwale i tradycyjne, lokalne imprezy artystyczne), dopiero na końcu są nowości”. W tych usytuowanych na samym końcu „nowościach” eksperyment i innowacja to pewnie niewielki procent. Oczywiście należałoby to odwrócić dokładnie o 180 stopni.
I chciałbyś, żeby to było w Pakcie?
Nie znajduję odpowiedzi, jak Obywatele Kultury postrzegają ten obszar, czy wsparcie dla niego da się rozwiązać systemowo. A Pakt jest próbą stworzenia rozwiązań systemowych, uniwersalnych, co też może być dyskusyjne, bo nie uwzględnia on specyfiki poszczególnych autonomicznych pól produkcji kulturowej.
Może to dowodzi, że tego rodzaju sztuki nie da się instytucjonalnie wesprzeć?
Ale dokument firmowany przez oddolny ruch powinien przede wszystkim stawiać na dynamikę zmiany! Tego się nie dokona, jeśli nie stanie się na chwilę na zewnątrz instytucji kultury w każdym z pól. Co z tego, że zwiększy się nakłady na kulturę, jeśli nic się nie zmieni? Kiedyś w molochu krakowskiego Muzeum Narodowego Joanna Rajkowska przeprowadziła taką akcję: ponad 400 pracowników pracujących codziennie w określonych godzinach zaprosiła na zewnątrz na Błonia, wyrwała ich z codziennej rutyny, w jakiej tkwili od lat. Pakt dla kultury powinien spełniać właśnie taką rolę.
Nie zrównywałabyś podmiotów społecznych, publicznych i prywatnych, jak to jest zapisane w Pakcie?
Zrównanie wszystkich podmiotów jest wbrew rozwojowi pola kultury, wbrew dynamice zmiany. A zmiana bardzo zależy od zróżnicowania kapitałów i zróżnicowania warunków instytucjonalnych. To zresztą widać, gdy obserwuje się np. pole literackie. Od lat 80. do dziś najważniejsze, najciekawsze i najbardziej produktywne instytucje kultury były kreowane poniekąd nielogicznie, poza zasadami rynkowymi.
Jakieś przykłady takich instytucji?
Czasopisma, wokół których narastały inne działania, wydawnictwa, imprezy. Drugi obieg w latach 70. i 80., potem trzeci obieg w latach 80., fanziny.
Totart, „bruLion” itd.?
Właśnie. Później „Lampa”, „Czas Kultury”, ”Portret”. I nagle to się kończy. Od kilku lat nie powstaje nic nowego w tym polu. Dzisiaj na studiach mamy roczniki 90. Nie mają wyrazistej instytucji, która pozwoliłaby im komunikować swoje narracje.
W latach 90. ta część kultury działała na dziko, ale przez to była nastawiona na kreatywność. Dziś dominuje podejście zawodowe, menadżerskie, skalkulowane. Obawiam się, że dlatego nie powstaje nic nowego, bo po prostu się nie opłaca. Winą za ten stan można także obarczyć politykę dużych instytucji publicznych, które wykonują bezpieczne gesty, dostosowują się do zamówień z góry, a artyści, organizacje pozarządowe mają się dostosować do nich. Przykładem są wielkie wydarzenie typu…
Rok Chopina.
Rok Miłosza, Prezydencja itd. A dół, czyli społeczeństwo obywatelskie – to, co według twórców polskiej transformacji miało być najważniejsze, bo wolne i kreatywne – działa na zamówienie. Organizacje pozarządowe robią projekty, które wpiszą się w wytyczne. To zabija sedno kultury, którym jest kreatywność. Jeszcze niedawno do wniosków o dotacje na książki dołączało się fragmenty tych książek. Dziś króluje poetyka wniosku. Mistrz ceremonii pisania wniosku, nawet nie czytając dzieła, może sformułować taki jego opis, że idealnie pasuje pod wytyczne, a grono ekspertów ten opis ocenia, wpisując w tabelki z punktami. Powtórzę: innowacja i eksperyment w takim systemie po prostu nie mają szans.
Twoim zdaniem Pakt dla kultury nie zmienia tego paradygmatu?
Nie zmienia się przede wszystkim język. Obywatele Kultury, pisząc dokument w kluczu, jaki zrozumie władza, napisali go językiem właśnie menadżerskim, ustawowym, poniekąd biurokratycznym. Czy tym samym nie akceptują i nie afirmują status quo?
Kultura została w Pakcie potraktowana bardzo uniwersalnie, ma być czymś, co zadowoli wiele środowisk. Brakuje mi tego, co najbardziej lubię: dużej dozy ryzyka i nieprzewidywalności, wielkiej niewiadomej. Bardzo bym chciał, żeby ta część kultury też była dostrzegana.
Ale jak to zrobić?
Zaznaczyć przynajmniej, zanegować ten straszny przewidywalny format produkcji kultury. Dużym problemem jest ociężałość dużych instytucji, brak szybkiej reakcji. Dzisiaj w dużych wydawnictwach na wydanie książki czeka się dwa lata! To jest właściwie ten sam model co w PRL. Duży kapitał jest mało ruchomy.
W przypadku kina w większości powstają projekty przenoszone, niewczesne. W okresie polskiej szkoły filmowej kino było w absolutnej awangardzie, pierwsze reagowało na zmieniającą się rzeczywistość, dzisiaj jest dziedziną sztuki, która jest menadżersko świetnie zarządzana, ale produkuje rzeczy średnie. Ale już takie działania pozasystemowe, jak np. Italiani Łukasza Barczyka, są otwarte na obszar innowacji, eksperymentu. Powstają bez pieniędzy z PISF-u. Zresztą film Barczyka to jeden z nielicznych takich projektów w ostatnich latach. W kinematografii jest podobno najlepiej zorganizowany system finansowania kultury. Na Kongresie Kultury w 2009 roku wielokrotnie powoływano się na PISF.
Chyba jest pewnym marzeniem, żeby wszystkie dziedziny miały takie swoje PISF-y.
A kino, które powstaje…
Jest nędzne.
Ciągle powiela te same schematy, jest oparte na tym samym formacie.
Językiem Paktu prawdopodobnie trudno byłoby to opisać. Może rzeczywiście należy napisać list, wiersz do Tuska? Tak jak „Restart” napisał list do polskiego kina. Może powinna to być forma pewnego gatunku artystycznego niż paktu, który jest oparty na mowie urzędniczej, biurokratycznej?
Mimo tego, co mówisz, częściej się organizuje duże festiwale niż wspiera lokalne, niezależne inicjatywy.
To zależy też od tego, jak są oceniane projekty kulturalne. Np. ocenia się je pod względem frekwencji. Małe, eksperymentalne formy zawsze przegrają z jakimś dużym koncertem czy pięćdziesiątą drugą edycją festiwalu, który nic nie wnosi. Kto sfinansuje projekt, w którym ludzie napiszą szczerze, że jest nim zainteresowane czterdzieści osób? Kraków potrafi ściągać ludzi z zagranicy, pompować gigantyczne sumy w promocję, robić wielkie festiwale, a świetni miejscowi poeci nie mają za co żyć!
A przecież krakowscy poeci to już słynne i kultowe dobro kulturowe.
W imieniu krakowskich poetów, do których kiedyś też należałeś, przyjmuję docinek. Jeśli wydajesz tomik eksperymentalnej poezji, to nie masz szans na patronaty, nie masz szans na wskaźniki. Boję się, żeby kultura nie poszła w tym kierunku. Dlaczego w Wałbrzychu udało się stworzyć świetny teatr, miejsce, gdzie powstają spektakle, którymi się interesuje cała Polska? Tam zrobienie przedstawiania jest po prostu kilka razy tańsze niż we Wrocławiu czy Warszawie.
Działania, o których mówię, są często związane z najmniejszymi budżetami, a mają największy kapitał symboliczny.
Pierre Bourdieu pisał, że w autonomicznym polu produkcji kulturowej kapitał symboliczny jest odwrotnie proporcjonalny do zainwestowanego kapitału realnego. Ostatnie dwadzieścia lat kultury polskiej jest na to najlepszym dowodem. Bourdieu pokazał, jak to działa na przykładzie pola literackiego. Duże instytucje oparte na prawach rynkowych, menadżerskich mają najmniejszy wpływ na kreowanie nowych jakości. Mają wpływ jedynie na utwierdzanie i budowanie kanonu.
Ale ktoś to nowe, które minister wymienia na samym końcu, przecież musi robić.
Jakoś mam pewność i przekonanie, że „w ostatecznym rozrachunku liczy się to co się nie liczy”. To z wiersza krakowskiego poety współczesnego.
*Piotr Marecki - szef wydawnictwa Korporacja Ha!art, adiunkt w Katedrze Kultury Współczesnej Uniwersytetu Jagiellońskiego, ostatnio zredagował tom Kultura niezależna w Polsce 1989-2009. Mieszka w Krakowie.
Na podobny temat
|
@Spokojny "Overall proponuje...
Pomysł, żeby na każdą parę przypadało...