NOWOŚĆ W SKLEPIE KP

Partycypacja_okladka_150px.jpg

>>Już jest: KP30!

kp30_okladka_300px.jpg

Komentarze

CYTAT DNIA

Nie możemy tworzyć idei, które będą łączyć ludzi, jeśli stracimy kontakt z tym, jakie jest ich życie. Jeśli nie wiemy, jak uznać sposób, w jaki ludzie obserwują świat, odczuwają go i doświadczają, nigdy nie będziemy w stanie pomóc im w uznaniu samych siebie albo zmianie świata na lepsze.
Marshall Berman, Przygody z marksizmem

Katalog Książek KP

Książki w sklepie KP

Advertisement
Order software online
Majmurek: Utopia na miarę naszych możliwości Drukuj
Jakub Majmurek   
27.12.2011

Po nakręceniu 2012, przedstawiającego koniec świata, jaki znamy, Roland Emmerich planował zrobienie serialu telewizyjnego 2013. Miał on pokazywać, jak ocalała część ludzkości dzień po katastrofie próbuje budować od zera cywilizację. Pomyślmy, jak niezwykłe możliwości dla utopijnej i antyutopijnej wyobraźni daje ten projekt! Jakie kształty przybierze życie społeczne nowej cywilizacji? Czy odbuduje coś na kształt wspólnot pierwotnych, nomadycznych hord, nowego feudalizmu czy też spróbuje jakiejś formy socjalizmu? Producenci początkowo byli bardzo entuzjastycznie nastawieni do projektu, jednak zanim zaczęły się prace koncepcyjne, porzucili go, uznając, że jest „zbyt duży na mały ekran”.

terranovafoxphoto1.jpegTa anegdotka doskonale pokazuje, na czym polega problem z polityczną wyobraźnią współczesnej kultury popularnej. Czuje ona widocznie potrzebę wymyślenia alternatywy dla istniejącej rzeczywistości, innej niż wizje zagłady (w wojnie atomowej, katastrofie ekologicznej, czy kosmicznej), a jednocześnie jej ekran zawsze okazuje się na to „zbyt mały”.

Szansą na wyjście z tego klinczu wydawał się produkowany przez Stevena Spielberga serial Terra Nova. Punkt wyjścia jest tu podobny, jak w niezrealizowanym serialu Emmericha: ludzkość na nowo zaczyna budować cywilizację. Z tym że nie po katastrofie, ale… w epoce mezozoicznej (to ta, w której żyły dinozaury). Mamy rok 2138, cywilizacja przemysłowo-techniczna rozwinęła się do tego stopnia, że powierzchnia planety w większości nie nadaje się do zamieszkania. Ludzie żyją pod tworzącymi sztuczne ekosystemy szklanymi kopułami, w setkach „kryształowych pałaców”. Najbogatsi mogą pozwolić sobie na własne, klasa średnia na wygodne i niezatłoczone, biedota zaś ciśnie się w szklanych slumsach. Panuje ścisła kontrola urodzin. Nadzieją dla ludzkości staje się „szczelina w czasie”, łącząca Ziemię z roku 2138 z Ziemią „alternatywną”, identyczną jak nasza w epoce mezozoiku. Najzdolniejsi i najbardziej zdeterminowani są rekrutowani jako osadnicy, którzy budują cywilizację na starej/nowej Ziemi.

Taki punkt wyjścia pozwala Spielbergowi wrócić do motywów, na których zjadł zęby w trzech częściach Parku jurajskiego. Umieszczenie fabuły wśród dinozaurów daje też szansę na przyciągnięcie przed ekrany młodych widzów, a wraz z nimi całych rodzin. Już pierwsze odcinki nie pozostawiają zresztą wątpliwości, że serial jest wyraźnie sprofilowany „rodzinnie”. Dorosły widz, zwłaszcza ten przyzwyczajony do standardów produkcji HBO czy Showtime, widząc, jak w Terra Nova pokazywane są np. relacje erotyczne, musi się pobłażliwie uśmiechnąć. Ale nie tylko seks – wszystko jest tu rozbrajająco naiwne: podział na „złych” i „dobrych”, wybory moralne, to, czemu i komu należy dochować wierność. Nie zakładam z góry, że konwencja przyjęta przez Spielberga jest gorsza, ale telewizja w ostatnich latach przyzwyczaiła nas do o wiele bardziej realistycznego idiomu. Tak skonwencjonalizowane konflikty i postacie doskonale bronią się w kinie, ale w telewizji coraz gorzej. Nauczyliśmy się po prostu oczekiwać od seriali czegoś zupełnie innego.

Czy jednak właśnie taka, „familijna” i „bohaterska” konwencja nie nadawałaby się jako narzędzie do snucia utopijnego marzenia o alternatywie dla istniejącego porządku społecznego? Może i tak, problem w tym, że w Terra Nova nic takiego się nie dzieje. Świat osadników w mezozoiku to pomieszanie dyktatury wojskowej z jakąś formą drobnego kapitalizmu, to społeczeństwo „rodzin na swoim”, ze względu na ekstremalnie ciężkie warunki bardziej kooperujących niż konkurujących.

Serial skupia się na rodzinie Shannonów. Ojciec, Jim, jest gliną (więc niższe warstwy klas średnich), matka, Elizbeth lekarką (typowy zawód klasy średniej, dziś w Stanach to świat wyżej od policji). On biały, pewnie Irlandczyk. Ona mówi z brytyjskim akcentem, a jej typ urody wskazuje na przodków z Półwyspu Indyjskiego. Akcent i typ urody Elizabeth przekazała córkom, ale już nie synowi. Chodzi o to, by mógł się z nimi zidentyfikować każdy – i nikt.
W świecie z 2138 roku Shannonowie decydują się, wbrew przepisom, na trzecie dziecko. Ukrywają je przed kontrolami, ale w końcu wpadają. Jim uderza w trakcie sprzeczki o „nielegalną córkę” strażnika i trafia do więzienia. Elizabeth postanawia zostać osadniczką, gdyż nie chce żyć w świecie tak traktującym rodziny i dającym „taką przyszłość jej dzieciom”. W mezozoiku Shannowie żyją jednak jak amerykańska rodzina z klasy średniej u progu XXI wieku: w wygodnym bungalowie z kilkoma sypialniami (nie dręczy ich tylko kredyt hipoteczny); w dużej, nowoczesnej kuchni matka przygotowuje po pracy zdrowe posiłki, wyciągając sałatę z hermetycznych pojemników.

W kolonii rządzi dowódca – Nathaniel Taylor. Codziennie na osadę ze swojej wyrastającej ponad wszystkie budynki w okolicy wieży. Dba o porządek ze świtą podległych mu żołnierzy, czuwa nad życiem osadników. W Taylora wciela się Stephen Lang, który w Avatarze był twardogłowym wojskowym dążącym do siłowego rozwiązania konfliktu z tubylcami. Tu gra prawie tę samą rolę, tylko akcenty są nieco inaczej rozłożone; jest surowym, ale prawym i sprawiedliwym patriarchalnym ojcem. Nikt go nie wybrał i nie podlega kontroli, w kolonii nie ma zresztą żadnych pozorów demokracji. Nikt się ich nie domaga, bo osada jest w ciągłym stanie zagrożenia. Nie tylko ze strony prehistorycznej natury, ale także najemników nasłanych przez bogaczy z 2138, którzy chcą otworzyć szczelinę czasu w drugą stronę, tak by eksploatować bogactwa naturalne mezozoicznej Ziemi. Dla osadników oznaczałoby to koniec ich snu, nie mogą więc pozwolić na realizację tych planów. Musi dojść do konfrontacji.

Potencjalnie można by w ten sposób artykułować ciekawe politycznie treści, w Terra Nova jednak konflikt ten sprowadza się ostatecznie do starcia między marzeniem o rodzinnym, ludowym kapitalizmie a wielkimi, nieokreślonymi potęgami finansowymi. Konflikt ten kino Spielberga ciągle portretuje; jako jego metaforę krytyka odczytywała już Pojedynek na szosie. Ciekawe jednak, że w Terra Nova ten amerykański sen w wersji małego miasteczka został zupełnie oddzielony od demokracji i że patronuje mu armia. Związek mezozoicznej osady z amerykańską mitologią podkreśla zresztą wiele motywów: kolejne fale osadników nazywane są „pielgrzymkami”, w nawiązaniu do zakładających pierwsze kolonie w Nowej Anglii Ojców Pielgrzymów. Dowódca ciągle mówi o kolonii jako o miejscu, gdzie można „zacząć życie na nowo”, gdzie „każdy dostaje drugą szansę” – dokładnie tak jak zawsze pragnęła widzieć się Ameryka.

Oglądając Terra Nova, trudno się oprzeć skojarzeniu z oglądaną w dzieciństwie kreskówką Flintstonowie. Tam mieliśmy fikcyjny świat ludzi prehistorycznych żyjących razem z dinozaurami (co namieszało w głowie niejednemu pokoleniu amerykańskich kreacjonistów), który wyglądał jak Ameryka ze złotej ery tamtejszej wersji państwa dobrobytu. Co ciekawe, bohaterami Flintstonów były dwie rodziny nie z klasy średniej (jak w większości amerykańskich seriali), tylko robotniczej. Fred Flintstone i Barney Rubble pracowali jako robotnicy w kamieniołomach, ale mogli żyć na przyzwoitym poziomie i śnić amerykański sen o samochodzie, domu z trawnikiem etc. Domem oczywiście zajmowały się żony, w ówczesnej wersji amerykańskiego snu jeszcze wyłączone z rynku pracy (w Terra Nova przynajmniej w kwestii równouprawnienia nie jest źle, kobiety pracują poza domem, na równych prawach służą w armii, walczą itd.).

Flintstonowie też artykułowali pewną utopię – przemysłowego państwa dobrobytu – która skończyła się w Ameryce wraz z dojściem do władzy Nixona. Oczywiście nie ma możliwości prostego powrotu do Flintstonów, ale stać nas chyba na utopie ciekawsze niż te, które popkultura oferuje w Terra Nova. We Flintstonach dinozaury przynajmniej nie były rozpikselowane.

  

Komentarze
Dodaj nowy
jankowski  - nic z tego, to tylko fantazje   |28.12.2011 19:22:01
nie ma czegoś takiego jak alternatywne drogi rozwoju. społeczeństwo to zbiór
jednostek, ludzi. ludzie są egoistami zdolnymi do każdego okrucieństwa. te cechy
są zawsze podwaliną stosunków społecznych, często maskowane ideologią.
demokracja jest najsprawniejszym systemem realizującym te cechy. w demokracji
zawsze dominują najsilniejsi, są mechanizmy wymiany tych słabnących na świeże
młode wilczki. i to zapewnia trwanie i siłę oddziaływania "demokracji".
więc w każdym nowym otwarciu, ze względu na te cechy ludzi, historia się
powtórzy. i nie było by postępu, gdyby nie to że trafiają się egzemplarze ludzi
którzy potrafią coś więcej niż tylko dbanie o własny kawałek nory. tylko oni są
nadzieją na dalszy rozwój.
Napisz komentarz
Nick:
E-mail:
 
Strona www:
Tytu?:
UBBCode:
[b] [i] [u] [url] [quote] [code] [img] 
 
Prosz? wpisa? kod antyspamowy widoczny na obrazku.

3.26 Copyright (C) 2008 Compojoom.com / Copyright (C) 2007 Alain Georgette / Copyright (C) 2006 Frantisek Hliva. All rights reserved.”


Na podobny temat

Aktualizacja    ( 27.12.2011 )
 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »
Generated in 0.91974 Seconds