|
Ten rok w kinie, mimo kilku wpadek, bez wątpienia należał do udanych. Zarówno biorąc pod uwagę kino światowe, którego najciekawsze dzieła są wciąż w Polsce obecne głównie w obiegu festiwalowym, jak i nasze polskie podwórko.
Nie tylko mocna Gdynia
Jeśli za papierek lakmusowy stanu polskiego kina uznać FPFF w Gdyni, to w 2011 roku nie było się czego wstydzić. Nowy dyrektor festiwalu, Michał Chaciński miał dużo szczęścia, bo w pierwszym roku jego kadencji pojawiło się sporo filmów, które bez wstydu można było wrzucić do konkursu głównego. Pokazywane w Gdyni kino było silne swoją różnorodnością – od eksperymentalnego Italiani Łukasza Barczyka, przez epicki, historyczny fresk w Róży, po świetny, intymny dramat psychologiczny w Wymyku Grega Zglinskiego. W Gdyni pojawiło się też kilka niezłych debiutów, takich jak Daas Adriana Panka czy (przy wszystkich zastrzeżeniach do tego filmu) Sala samobójców Jana Komasy. Jedynym błędem komisji selekcyjnej w Gdyni było niedopuszczenie do konkursu Księstwa Andrzeja Barańskiego. Film, sugestywnie sfotografowany w cyfrowej czerni i bieli przez Jacka Petryckiego, w fascynujący sposób mierzy się z autobiograficzną, wiejską prozą Zbigniewa Masternaka. Barański przedstawia oszczędnymi środkami historię młodego człowieka, bez powodzenia próbującego wyrwać się z rodzinnej wsi, zamieszkałej przez złamanych przez nędzę i poczucie bezwładu ludzi.
Można tylko żałować, że najciekawszy z debiutujących w Gdyni filmów – Róża Wojciecha Smarzowskiego – nie doczekał się premiery w tym roku. Bez wątpienia może to być jeden z najważniejszych filmów polskich ostatnich lat, stawiający przed nami pytania o źródła narodu polskiego w jego nowoczesnym kształcie. Smarzowski kreśli brutalny portret wspólnoty poczętej w chaosie wojny, okupacji i brutalnej, narzuconej z zewnątrz stalinowskiej rewolucji. Twórca Domu złego proponuje widzowi spojrzenie w samo centrum chaosu, z którego „my wszyscy”. To spojrzenie odważne, wyzbyte resentymentu i nostalgii za bezpowrotnie utraconą przeszłością. Róża wchodzi do kin na przełomie stycznia i lutego przyszłego roku, kilka tygodni po pokazywanym już na festiwalach i pokazach specjalnych najnowszym filmie Agnieszki Holland – W ciemności.
Holland pokazuje w tym filmie kanalarza ze Lwowa, który w trakcie okupacji ukrywa w kanałach przed kolaborującą z nazistami ukraińską policją Żydów uciekających z likwidowanego getta. Robi to z początku dla pieniędzy. Żydzi, którym pomaga (reprezentujący hegemoniczną kulturę klas średnich języka polskiego, jidisz i niemieckiego) początkowo boją się go i gardzą nim. Stopniowo, między Żydami a pomagającym im polskim proletariuszem (świetna rola Roberta Więckiewicza) następuje proces wzajemnego uznania, obie strony rozpoznają w drugiej człowieka. Polak zaczyna pomagać Żydom za darmo, oni zaczynają traktować go, jak równą im istotę ludzką, godną zaufania. Film Holland (świetnie sfotografowany w ciasnych, klaustrofobicznych, ciemnych przestrzeniach przez Jolantę Dylewską) wprowadza długo nieobecną w kinie polskim perspektywę mówienia o Zagładzie i relacjach polsko-żydowskich (radykalnie plebejski bohater, brak bohaterów reprezentujących dominujący inteligencki model polskości, wejście Armii Czerwonej jako szczęśliwe zakończenie) i razem z filmem Smarzowskiego być może stanie się punktem wyjścia do dyskusji na temat naszej najnowszej historii. Oba te filmy przywracają obywatelski wymiar kinu polskiemu, czyniąc zeń przestrzeń, w ramach której wspólnota stawia sobie najważniejsze pytania na temat własnej tożsamości, historii, pamięci.
W tym samym wymiarze operuje formalnie bardziej wyrafinowanych od tamtych dwóch obraz Anny i Wilhelma Sasnalów – Z daleka widok jest piękny. Eliptyczny, nakręcony w minimalistycznej, silnie sformalizowanej estetyce (wykluczającej mechanizmy projekcji identyfikacji i wszelkie spektakularne przyjemności) film przedstawiając współczesną polską wieś, bez sięgania po historyczny kostium, bez przywoływania w ogóle na ekranie słowa „Żyd”, stanowi najbardziej dojrzały i bolesny głos na temat tego wymiaru relacji polsko-żydowskich w okresie wojennym, który opisują prace Jana Tomasza Grossa czy Barbary Engelking.
Szkoda, że szerszej debaty nie wywołał wspomniany Daas, film zahaczający o temat frankizmu, jednego z najciekawszych fenomenów kulturalnych w historii I Rzeczypospolitej i zamieszkujących ją Żydów i Polaków.
Na antypodach poważnego kina historycznego, jakie przedstawiają filmy Holland, Smarzowskiego, Sasnali i Panka, sytuuje się Bitwa Warszawska 3D Jerzego Hoffmana – bezwzględnie największa wpadka polskiego kina w tym roku i w ogóle, bezdyskusyjny zwycięzca w konkursie na najgorszy film roku. Wstyd i smród, jaki zostawia za sobą to dzieło, nie razi tak bardzo w kontekście dobrego roku polskiego kina, ale i tak źle się stało, że ten film powstał, że Jerzy Hoffman zabrudził sobie wcale nie najgorszą filmografię czymś takim.
Bez odkryć. Mistrzowie w formie
W tym roku nie było wielkich, spektakularnych debiutów czy filmów, które z mało znanych twórców uczyniłyby gwiazdy światowego kina. Przynajmniej ja nie trafiłem na takie dzieła. Najlepszym debiutem, jaki miałem okazję zobaczyć, był argentyński Powrót do domu Milagros Mumenthaller, pokazywany w Polsce w ramach Festiwalu Filmów Świata Ale Kino! (wchodzi do kin w styczniu). Powrót do domu to bardzo subtelny, wyciszony portret trzech około dwudziestoletnich sióstr, sierot próbujących ułożyć sobie życie po śmierci wychowującej je babci. Wszystko rozgrywa się tu w aluzjach, niedopowiedzeniach, półsłówkach, najważniejsze wydarzenia dzieją się poza kadrem, obcujemy tylko z ich śladami. A przy tym prywatna historia sióstr przeplata się z przedstawioną w bardzo alegorycznej formie skomplikowaną, najnowszą historią Argentyny. Choć to znakomite kino, to trudno się nim zupełnie, bezwarunkowo zachwycić, to ciągle film „zbyt mały”, ale dalszą twórczość autorki koniecznie trzeba obserwować.
W Polsce filmem, który z mało znanego reżysera uczynił w zeszłym roku szeroko rozpoznawalne nazwisko, był doskonały Drive (bezapelacyjne pierwsze miejsce w kategorii „najbardziej stylowy film”) – a na pewno uczynił gwiazdę z Ryana Goslinga. Trudno jednak mówić w przypadku Drive o odkryciu, Refn od dawna kręcił znakomite kino (trylogia Pusher, Walhalla Rising) i osobom bardziej zainteresowanym kinem był już od dawna doskonale znany.
W tym roku nie zawiedli za to uznani autorzy, dostarczając kilka znakomitych dzieł. W pierwszym rzędzie wymieniłbym tu Melancholię Larsa von Triera, Poza szatanem Bruno Dumonta, Fausta Aleksandra Sokurowa i Konia turyńskiego Béli Tarra. Co ciekawe, wszystkie te filmy krążą wokół problemów tradycyjnie podnoszonych przez religię: śmierci, zagłady znanego świata, możliwości zbawienia i ocalenia, boskości, świętości, sacrum, relacji między transcendencją, a immanencją. Szukają jednak sposobów na to, jak przełożyć doświadczenie religijne, religijną wrażliwość na świecki język, jak ukazać je w perspektywie odczarowanej, pozbawionej transcendencji. Nawet na poziomie formalnym przyjmują skrajnie „odczarowaną”, „nagą”, „ubogą” estetykę (wyjątkiem jest tu Melancholia von Triera): nie mamy tu żadnych znanych z późnych filmów Kieślowskiego podniosłych chórów śpiewających św. Pawła albo kadrów zalanych „metafizycznym” światłem. I tylko przyjmując taką taktykę, współczesne kino radzi sobie z problematyką religijną, może być tym bardziej religijne, im bardziej pozornie ateistyczne i odczarowane pozostaje. Gdy mierzy się z religią wprost – jak Terence Malick w Drzewie życia, efekt jest niestety kiczowaty.
Słabo w Ameryce
Europejskie kino autorskie w małym stopniu podejmowało tematy związane z kryzysem ekonomicznym, towarzyszącymi mu ruchami protestów. Te zjawiska zaczęły za to przenikać do kina amerykańskiego, przede wszystkim kina gatunków. Przykładem takiego kryzysowego kina jest Wyścig z czasem – Andrew Niccola , film gdyby zdjąć z niego maskę SF, niemalże komunistyczny. Ale także komedia Zemsta cieciów. zrobiona przez sprawnego rzemieślnika do wynajęcia (Godziny szczytu) Bretta Rattnera. W Zemście… negatywnym bohaterem jest szemrany biznesmen, który okradł powierzony mu w zarządzanie fundusz emerytalny. Pozytywnym – grupa oszukanych, prostych, niezamożnych ludzi, która pod wodzą Bena Stillera i Eddiego Murphy’ego postanawia zemścić się na oszuście – a w imieniu widzów na całej bezczelnie chciwej klasie finansistów, coraz powszechniej obwinianej w Stanach za obecny kryzys. Szkoda tylko, że oba te filmy są równie słuszne, co słabe.
W ogóle, kino, jakie w tym roku docierało ze Stanów do Polski, nie zachwycało. Wyjątkiem było Prawdziwe męstwo braci Coen – ich kolejny wielki film, tym razem biorący na warsztat gatunek westernu i przerabiający go tak, że zmienia się w klasyczną baśń. W formie w tym roku był także Woody Allen, z dwoma świetnymi komediami: Poznasz przystojnego bruneta i O północy w Paryżu. Poza tym większość produkcji rozczarowywała. Tak samo jak tegoroczny werdykt Amerykańskiej Akademii Filmowej nagradzający najgorszy z kandydujących do Oscara filmów – okropne Jak zostać królem, drogi teatr telewizji gloryfikujący instytucję niepotrzebną i anachroniczną (z filmów o brytyjskich monarchach ja osobiście cenię jedynie te o Karolu I – zwłaszcza sceny dekapitacji).
Odkryciem z Ameryki było dla mnie pokazywane na American Film Festival kino Joela Swanberga – kręcone za pół darmo kamerą z ręki, w gronie przyjaciół, bez zawodowych aktorów. Swanberg pokazuje trzydziestokilkulatków pracujących całe życie na „umowach śmieciowych”, pozbawionych stabilnej pracy, trwałych związków i w ogóle relacji międzyludzkich, bez szans na własny dach nad głową. To samo pokolenie, które w tym roku powiedziało dość na ulicach Wall Street.
Żegnaj celuloidzie?
Większość filmów, o których pisałem, kręcona była w różnych formatach zapisów cyfrowych. Cyfra coraz bardziej wypiera taśmę 35mm. Także w kinach cyfrowe projektory pomału wypierają te klasyczne. Jak podaje „Cahiers du Cinema”, we Francji od przyszłego roku poza Filmoteką Narodową i kilkoma wyspecjalizowanymi kinami wszystkie kina ostatecznie przechodzą na cyfrowe projektory – nawet filmy nakręcone na taśmie 35mm będą więc musiały zostać przeniesione na nośnik cyfrowy. Będzie to tworzyło presję na rzecz kręcenia filmów (przynajmniej we Francji, ale Francja to jeden z ważniejszych rynków na świecie) od razu w technologii cyfrowej. Jeśli trendy się utrzymają, za kilka lat kręcenie filmów na taśmie będzie taką samą ekstrawagancją, jaką dziś jest kręcenie filmów czarno-białych. Być może to jedna z najważniejszych technicznych przemian w historii kina od czasu przełomu dźwiękowego. Ciągle nie wiemy, jakie są tak naprawdę i jakie będę skutki tej rewolucji, wiadomo, że raczej nie można jej odwrócić – żyjemy w ostatnich latach starego, „chemicznego” kina, na progu kina nowego. W ciekawych, także dla kina, czasach.
Czytaj też:
Smarzowski: Moje filmy mają prowokować - z Wojciechem Smarzowskim rozmawia Jakub Majmurek
Zgliński: Między Spielbergiem a Bergmanem z Gregiem Zglińskim rozmawia Jakub Majmurek
Sasnal, Sasnal: Przeciw kinu ze szkolnej ławki - z Anną Sasnal i WIlhelmem Sasnalem rozmawia Jakub Majmurek
Bezczelność w mierzeniu się z tradycją. Wokół filmu Italiani
Na podobny temat
|
@Spokojny "Overall proponuje...
Pomysł, żeby na każdą parę przypadało...