|
Właśnie ogłoszono listę filmów nominowanych do Polskich Nagród Filmowych Orły 2011. Z 32 polskich filmów pokazywanych w 2010 roku „przynajmniej przez tydzień na otwartych, płatnych pokazach” wybrano kilkanaście konkurujących o nagrody w takich kategoriach jak „montaż”, „zdjęcia” czy „drugoplanowa rola kobieca”. Akademia w tajnym głosowaniu (nad jego przebiegiem i tajnością ma czuwać „firma audytorsko-doradcza PwC”) wskaże zwycięzców, którzy odbiorą nagrody na uroczystej gali 7 marca. Sami organizatorzy lubią przyrównywać Orły do Oscarów czy Cezarów. Od lat wokół nagród próbuje się wywoływać medialny szum; ceremoniom, na których są wręczane, towarzyszy pompa i gwiazdorskie pretensje. Mimo to wśród polskiej publiczności filmowej „rozpoznawalność marki” Orłów raczej nie jest wysoka. Napis na plakacie filmu „4 nominacje do Orłów” mało kogo zachęci do wizyty w kinie.
Pragnienie środowiska filmowego, by nagrodzić i promować swoje własne osiągnięcia jest w dużej mierze zrozumiałe. Jeśli nagrody przekładają się to na promocję polskiego kina: tego, co w nim ciekawe, nieoczywiste, umykające uwadze publiczności i krytyki – to są nawet pożyteczne. Niestety trudno zrozumieć, jaki jest sens przyznawania Polskich Nagród Filmowych w ich obecnej formie. Czym Orły różnią się od konkursu na FPFF w Gdyni? Większość filmów nominowanych w tym roku była pokazywana w Gdyni w 2009 lub 2010 roku. W przypadku Orłów na równych prawach mogą – przynajmniej formalnie - konkurować ze sobą filmy „niezależne” i produkowane w bardziej instytucjonalnych warunkach. Jednak wśród nominowanych w najważniejszych kategoriach (reżyseria, najlepszy film, scenariusz) nie znalazł się żaden film niezależny.
Jedyny nominowany film niezależny (w kategorii „odkrycie roku”) to Krótka historia o miłości Arka Jakubika, przykład kina ciekawego, eksperymentującego z formą (choć zatrzymującego się wpół drogi), zrealizowanego w dość partyzanckich warunkach. Orły miałyby sens, gdyby przy okazji kolejnego (po Gdyni) święta środowiska filmowego, promowały właśnie tego rodzaju kino (albo gdyby Gdynia byłaby czymś więcej niż narodowym konkursem polskiego kina). W kategorii „odkrycie roku” poza Jakubikiem nominowani zostali Piotr Dumała (jako twórca animacji wchodzący swoim Lasem w pole filmu aktorskiego) oraz Mateusz Kościukiewicz, po rolach we Wszystko co kocham i Matce Teresie od kotów wyrastający na jednego z bardziej obiecujących aktorów/gwiazd młodego pokolenia. Kościukiewicz raczej nie potrzebuje pomocy w promocji swojej dalszej kariery. Polskie Nagrody Filmowe, jeśli nie mają być tylko kolejnym bankietem, powinny pomagać widzom wyszukiwać właśnie takie zjawiska jak filmy Jakubika i Dumały.
Niestety nominacje w najważniejszych kategoriach są bardzo zachowawcze. W kategorii „najlepszy film” nominację dostały: Wszystko, co kocham (dość powszechnie ciepło przyjęty przez krytykę), nagrodzona w Gdyni Różyczka (powierzchowne kino historyczne odbijające najbardziej kołtuńskie, nieprawicowo-inteligenckie przesądy na temat okresu PRL) oraz Essential Killing (na pewno najlepszy z tej trójki, ale będący dziełem konsekrowanego twórcy, w dodatku wcześniej nagrodzonym w Wenecji). Za reżyserię nominowani zostali autorzy praktycznie tych samych filmów (Jacek Borcuch i Jerzy Skolimowski), z tym że Jana Kidawę-Błońskiego (Różyczka) zastąpił Feliks Falk (Joanna). Dokładnie ci sami autorzy dostali nominację za najlepszy scenariusz. Poza debiutem Jakubika bardziej odważne filmy, takie, które próbują (nawet jeśli nie do końca udanie) myśleć formą, podejmować istotne, bolesne problemy (polska religijność, przemoc, atrofia rodziny, podziały klasowe), takie jak Jestem twój Mariusza Grzegorzka i Matka Teresa od kotów Pawła Sali zostały zupełnie pominięte. Z tego zestawu nominacji najbardziej kibicuję filmowi Borcucha. Skolimowski nagród Polskiej Akademii Filmowej nie potrzebuje, Falk i Kidawa-Błoński nie zasługują na nie. Przy wszystkich jego słabościach film Borcucha w miejsce dominujących historycznych narracji o PRL-u (tu konkretnie o stanie wojennym) proponuje małą, intymną opowieść, w której proces dojrzewania głównych bohaterów zostaje wpleciony w kluczowe wydarzenia z historii Polski, ukazanej w filmie w niespektakularny sposób. To, co najbardziej intymne, płynnie przeplata się z tym, co polityczne. I choć obie te sfery (polityczna i intymna) często ujmowane są tu przy pomocy dość topornych kategorii myślowych, to filmowi nie można odmówić artystycznej siły. Jest on zrobiony z wielkim wyczuciem detalu, filmowej materii, obrazu, piękna, poza tym został doskonale obsadzony i zagrany, co ostatnio nie często zdarzało się w polskim kinie. Zupełnie za to nie rozumiem, po co przyznawać nagrodę dla „najlepszego filmu europejskiego”. I dlaczego nominowano w tej kategorii Śmierć w Wenecji Viscontiego, film z 1971 roku. Film bez wątpienia jest dziełem wybitnym (choć jego „arcydzielność” jest już dziś dość anachroniczna), ale jaki sens ma zestawianie go w konkurencji z Autorem widmo i Prorokiem? Owszem, wszedł ponownie do polskich kin w lipcu ubiegłego roku, ale co miałoby znaczyć nagrodzenie go dziś przez polskie środowisko filmowe? Dodać należy, że nagradzając tylko „najlepszy film europejski”, polskie środowisko filmowe wysyła sygnał, że kino z Ameryki Południowej, czy Azji (triumfujące na międzynarodowych festiwalach i obecne przecież w polskich kinach) zupełnie go nie interesuje. Wszystko zapowiada, że Orły będą powtórką Gdyni. Członkowie Polskiej Akademii Filmowej przyjęli taktykę, by nagradzać nagrodzonych i honorować uznanych, zamiast przecierać nowe szlaki, promując to, co w kinie pomijane, marginalne, dopiero potencjalnie ciekawe. Orły raczej nie porwą polskiego kina do lotu. Impreza z 7 marca zapowiada się jako pokaz filmowej taksydermii.
Na podobny temat
|
@Spokojny "Overall proponuje...
Pomysł, żeby na każdą parę przypadało...