|
Na tegorocznym Warszawskim Festiwalu Filmowym na początek trafiłem na świetny debiut – film Imperialiści są wśród nas! autorstwa pochodzącej z Bliskiego Wschodu, wychowanej w Wielkiej Brytanii i pracującej w Nowym Jorku reżyserki Zeiny Durry. Imperialiści… to doskonałe kino polityczne, dające zupełnie wyłamujący się stereotypowym kliszom portret muzułmańskiej społeczności w Stanach Zjednoczonych. A nawet nie tyle muzułmańskiej, co pochodzącej z obszarów, gdzie islam jest dominującą religią, bliskowschodnia społeczność w Nowym Jorku nie jest tu definiowana (w przeciwieństwie do głównego nurtu kina amerykańskiego) ani przez swoją religię, ani egzotyczną „inność”, ale przez społeczne, ekonomiczne i polityczne problemy, jakich doświadcza. Główna bohaterka filmu, Asya, jest artystką konceptualną jordańsko-palestyńsko-bośniackiego pochodzenia, legitymującą się francuskim paszportem i pracującą w Nowym Jorku. Jest zupełnie świecka, niereligijna, na pierwszy rzut oka w ogóle trudno byłoby poznać, że pochodzi z Bliskiego Wschodu (gra ją zresztą europejska aktorka, Élodie Bouchez). Asya obraca się w międzynarodowym, kosmopolitycznym środowisku instytucji współczesnego systemu sztuki i otaczającego go przemysłu kulturowego. Spotyka się z chłopakiem z Meksyku (należącym do uprzywilejowanej warstwy meksykańskiego społeczeństwa), który w Nowym Jorku pisze doktorat z prawa średniowiecznego, jej były chłopak, a dziś bliski przyjaciel jest zamożnym, prowadzącym całkowicie niereligijny tryb życia Saudyjczykiem zaręczonym z rosyjską modelką.
Durra daje w swoim filmie fascynujący portret tej uprzywilejowanej części ludności peryferii współczesnego kapitalizmu, która znalazła sobie całkiem komfortowe miejsce w centrum systemu, korzysta w pełni z jego dobrodziejstw, przyjęła całe bogactwo stylów życie jakie oferuje, jest wolna od nędzy i przemocy panujących na peryferiach, skąd się wywodzi. Asya i jej znajomi, podobnie jak my, konflikty w Libanie, operację Płynny Ołów, masakry w Faludży, czy wojny karteli narkotykowych w Meksyku, obserwują z bezpiecznej odległości, na ekranach telewizorów. Różnica polega na tym, że ofiarami tych wydarzeń padają ich najbliżsi – film rozgrywa się w okresie, gdy Tsahal bombarduje Bejrut, gdzie przebywa brat głównej bohaterki. Asya wpatruje się w ekran telewizora, wie, że w żaden sposób nie może pomóc swojemu bratu, wie też, że od tego, co dzieje się po drugiej stronie ekranu ją i jej nowojorskich przyjaciół oddziela tylko kilka szczęśliwych zbiegów okoliczności. Liberalny zachód daje takim ludziom jak Asya schronienie przed przemocą peryferii, ale jednocześnie sam odpowiada za eskalację przemocy w takich miejscach jak Irak, czy Afganistan. W dodatku ten sam zachód, w każdej chwili, gdy tylko poczuje się zagrożony, może przypomnieć przybyszom z peryferii, ich „obcość” i „inność”, kierując przeciw nim całą swoją społeczną maszynę represji. Spotyka to byłego chłopaka głównej bohaterki, który nagle znika w trakcie lotu z Nowego Jorku do Houston, najprawdopodobniej uprowadzony przez amerykańskie służby, podejrzewające go o terroryzm. Asya próbuje tworzyć sztukę polityczną, która dostarczałaby uciskanej ludności peryferii języka, w którym mógłby mówić o tym wszystkim. Pracuje nad projektem o prostytucji w okupowanym przez amerykańskie wojska Iraku, fotografuje ubrane w arafatki arabskie kobiety trzymające w rękach broń maszynową, umieszcza w przestrzeni galerii wideo, dokumentujące amerykańską obecność wojskową na Bliskim Wschodzie. Reżyserka subtelnie, z dyskretną, bardziej współczującą niż złośliwą, ironią ukazuje współczesny świat sztuki, dylematy, społeczne i ekonomiczne uwikłania, pokusy i frustracje, z jakimi mierzyć się musi artystka, zwłaszcza ta uprawiająca „sztukę zaangażowaną”. Durra celnie portretuje sprzeczności „burżuazyjnej bohemy” – środowiska, w jakim żyje bohaterka. Asya mieszka w „alternatywnie” wyglądającym studio w emigranckiej dzielnicy, jednak o porządek w nim dba meksykańska służącą; próbuje tworzyć sztukę, przemawiającą w imieniu uciśnionych i pozbawionych głosu, a jednocześnie prawie na co dzień obraca się wśród artystów, kuratorów, kolekcjonerów, celebrytów, ludzi bardzo zamożnych. Asya doskonale wie, w jakim świecie funkcjonuje, zdaje sobie sprawę, że jej działalność jest częścią ekonomii globalnego przemysłu kulturowego, że jej prace są interesujące dla kuratorów, nie tyle ze względu na ich polityczne treści, co na ich ekonomiczną wartość. Ta sytuacja frustruje bohaterkę, w jednej scenie Asya krzyczy, że powinna zostać terrorystką, gdyż wtedy jej działania mogłyby przynajmniej nieść jakieś rzeczywiste zmiany. A jednocześnie film Durry mimo wszystko wyraża wiarę w konieczność sztuki politycznej, nawet jeśli jest ona niemożliwa i z góry skazana na klęskę. Tytuł filmu (w oryginale The Imperialists Are Still Alive!) został wzięty z Chinki Godarda. Było to bardzo świadome odniesienie, debiut Durry podejmuje charakterystyczną dla Nowej Fali formę i związane z nią koncepcje polityczności sztuki filmowej i sposoby upolityczniania widza. Imperialiści… przypominają kino Nowej Fali już na poziomie obrazu, film sfotografowano na rzadko stosowanej od czasu wejścia zapisu cyfrowego taśmie 16mm (dającą mniej doskonały obraz niż taśma 32mm), dominują ujęcia „z ręki”, obraz się trzęsie, montaż często jest „porwany”. Reżyserka rezygnuje z budowania iluzji ciągłości przestrzeni przy pomocy technicznych środków, mamy wrażenia obcowania z „partyzancko” skręconym, na gorąco portretującym rzeczywistość materiałem. Film ma luźną konstrukcję dramaturgiczną, cała maszynka produkująca trójaktowe widowisko z ekspozycją, dwoma punktami zwrotnymi i zakończeniem, prowadzącym do rozwiązania i zamknięcia wszystkich wątków, jest tu wyłączona. Film wygląda tak, jakby mógł się zacząć i skończyć w dowolnym momencie, jak wyrwany z życia („rzeczywistości”) strumień wydarzeń. Zdaniem Todda McGowana, taka – charakterystyczna dla kina Nowej Fali – otwarta konstrukcja, jest nie tylko kwestią estetycznego, ale i politycznego wyboru. Klasyczne kino wprowadza pewne konflikty, pytania, niepokoje etc. po to, by ostatecznie, w ostatnim akcie rozwiązać je w scenariuszu fantazji. Kino takie jak Imperialiści…, odmawiając widzowi odpowiedzi na wszystkie pytania, rozwiązania wszystkich zarysowanych w ekspozycji wątków i konfliktów upolitycznia widza, zostawiając go z pewnym niespełnionym pragnieniem i uświadamiając mu pragnienie, przenikające społeczną rzeczywistość, stale obecny w niej konflikt, napięcie, niedające się rozwiązać w scenariuszy fantazji. Świetny debiut Zeiny Durry pokazuje, że sztuka (a zwłaszcza kino) nawet jeśli nie jest w stanie bezpośrednio przemówić w imieniu wykluczonych, nawet jeśli wydaje się politycznie bezsilna w swoim braku przełożenia na szersze polityczne działanie, to jednocześnie może upolityczniać widza, pokazując mu rozdarcia, pęknięcia i niespójności w rzeczywistości, w jakiej żyje, które poza radykalnym działaniem politycznym w żaden sposób nie mogą zostać „zszyte”. ______________________ Imperialiści są wśród nas! (The Imperialists Are Still Alive!), reż. Zeina Durra, USA 2010.
Na podobny temat
|
@Spokojny "Overall proponuje...
Pomysł, żeby na każdą parę przypadało...