NOWOŚĆ W SKLEPIE KP

Partycypacja_okladka_150px.jpg

>>Już jest: KP30!

kp30_okladka_300px.jpg

Komentarze

CYTAT DNIA

Nie możemy tworzyć idei, które będą łączyć ludzi, jeśli stracimy kontakt z tym, jakie jest ich życie. Jeśli nie wiemy, jak uznać sposób, w jaki ludzie obserwują świat, odczuwają go i doświadczają, nigdy nie będziemy w stanie pomóc im w uznaniu samych siebie albo zmianie świata na lepsze.
Marshall Berman, Przygody z marksizmem

Katalog Książek KP

Książki w sklepie KP

Advertisement
Order software online
Majmurek: Niepotrzebna „Rzeź” Drukuj
Jakub Majmurek   
24.01.2012

Najnowszy film Romana Polańskiego Rzeź to adaptacja sztuki teatralnej francuskiej pisarki Yasminy Rezy. Dla porządku przypomnijmy sytuację wyjściową: dwa małżeństwa z dobrze sytuowanej klasy średniej (z gentryfikującego się, kolonizowanego przez tę klasę Brooklynu) spotykają się w mieszkaniu jednego z nich, by porozumieć się w sprawie bójki, jaka zaszła między ich dwoma jedenastoletnimi synami. Syn Cowanów po sprzeczce z synem Longstreetów (nie godzącym się na przyjęcie młodego Cowana do swojego „gangu”) uderzył go w twarz kijem, wybijając mu przy okazji dwa siekacze. Zatroskani o dzieci rodzice spotykają się, by ustalić wspólną wersję wydarzeń, zakres wzajemnych roszczeń prawnych i finansowych. Gospodarze proponują coś do picia, przynoszą szarlotkę, jednak spotkanie w niefortunnych okolicznościach nie prowadzi do zawiązania przyjaznej znajomości – wręcz przeciwnie zmienia się w absurdalną, wulgarną kłótnię, w ogniu której sypią się wszystkie mieszczańskie konwenanse.


polanski_rzez120.jpgNiespecjalnie zachęcony banałami powtarzanymi w recenzjach („Polański ukazuje przemoc i hipokryzję ukryte pod podszewką mieszczańskiej cywilizacji”) i kiepskim zwiastunem szedłem do kina z wielką obawą, że dostanę drogi, banalny teatr telewizji z kiepską obsadą. Nie mogę powiedzieć, by ten film mnie zachwycił, ale obawy, jakie żywiłem, okazały się trochę na wyrost.


Od pierwszych scen widać, jak bardzo Rzeź jest filmem Polańskiego, że nie jest to odrobione zadanie domowe, ale część jego autorskiego projektu. Wracają tu motywy przewijające się w całej jego twórczości już od pełnometrażowego debiutu. Niewielka grupa osób (pochodzących z mieszczaństwa lub aspirujących do niego) umieszczonych w zamkniętej przestrzeni, wikłających się w gry o dominację, przewagę, władzę; walczących ze sobą nawzajem o uznanie i miłość to stały motyw obecny w dziełach autora Wstrętu. Łódź w Nożu w wodzie, odcięty od świata przez przypływ zamek w Matni, willa w Co?, położony na odludziu dom w Śmierci i dziewczynie, pasażerski statek w Gorzkich godach – mieszkanie Longstreetów w Rzezi to kolejna tak ukształtowana przestrzeń.


Poza Co? wszystkie te przestrzenie zamieszkują małżeńskie pary. Polański zimno, z chłodem entomologa badającego żuki czy kolonię mrówek przygląda się dynamice małżeńskiej relacji (George i Teresa w Matni, Andrzej i Krystyna w Nożu w wodzie, Paulina i Gerardo Escobar w Śmierci i dziewczynie) Portretowane przez Polańskiego małzeństwo znajduje się zazwyczaj w głębokim kryzysie. Kryzys ujawnia przybycie kogoś z zewnątrz – młodego autostopowicza w Nożu w wodzie, dwóch drobnych przestępców w Matni, drugiej małżeńskiej pary – w Rzezi i Gorzkich godach. Pod wpływem spotkania z trzecim/drugą parą portretowany przez reżysera związek zaczyna się na oczach widza sypać, na wierzch wychodzą nagromadzone przez lata wspólnego życia pretensje, urazy, zawiedzione ambicje i nadzieje, zmęczenie partnerem, niechęć czy nawet pogarda do niego. Wszystkie te filmy można by zgrupować w cykl, zatytułowany – za słynnym wierszem Roberta Lowella – Speaking of the Woe that Is Marriage


W Rzezi obserwujemy dwa małżeństwa – Cowanów i Longstreetów. Ci pierwsi są bogatsi, Nancy (Kate Winslet) pracuje w sektorze finansowym, Alan (Christoph Waltz w kolejnej po Bękartach wojny rewelacyjnej roli) jest korporacyjnym prawnikiem. Pieniądze dają im pewność siebie, widać, że w świecie wyższej klasy średniej czują się pewnie. Grają przede wszystkim w społeczną grę w pieniądz i nie radzą sobie z nią źle. Kłótnia z Longstreetami obnaża wzajemne pretensje kryjące się w ich związku, całkowity emocjonalny dystans Alana wobec swojej żony i ich syna, jej złość na jego obojętność i brak zainteresowania dla czegokolwiek poza pracą. 


Z prawdziwym okrucieństwem w filmie potraktowane zostaje jednak druga para – małżeństwo Longstreetów. Michael (John C. Reilly), handlujący designerskimi wyrobami z metalu („patelnie z kutego żelaza”, „metalowe spłuczki”, „kute klamki”) początkowo sprawia wrażenie może niespecjalnie wyrafinowanego, zażywnego, przesadnie głośnego, ale w gruncie rzeczy miłego faceta. Zostaje jednak zdemaskowany jako konformista, prostak, wulgarny hedonista niezdolny marzyć o niczym innym niż święty spokój z cygarem w jednej i szklanką whiskey w drugiej dłoni. Jego żona Penelope – jak okaże się w trakcie rozwoju akcji, skrycie gardząca mężem za to wszystko, kim jest i kim nie jest – to aspirująca mieszczka, próbująca gry w dystynkcję. Z marnym skutkiem. Penelope pracuje w księgarni z książkami o sztuce, napisała jedną książkę o masakrach w Afryce i przygotowuje właśnie następną (o masakrach w Darfurze), na stoliku w jej saloniku leżą mające podkreślać jej kulturowe kompetencje i aspiracje albumy z malarstwem – głównie takim, jakie około wieku temu uchodziło za awangardowe i kontrowersyjne (szczególnie wyeksponowany album z reprodukcjami obrazów Oskara Kokoschki). Na początku Penelope powtarza polityczno-poprawne komunały liberalnej klasy średniej, ale w sytuacji stresu, broniąc swojego syna, wpada w paranoiczny język „prawa i porządku” sprzedany większości Amerykanów przez prawicę („ich syn stanowi zagrożenie dla bezpieczeństwa narodowego”, „nie można zacierać granicy między przestępcą a ofiarą” itp.).


Mieszczaństwo w Rzezi zostało ukazane jako klasa w kryzysie, zupełnie bezproduktywna. Żaden z bohaterów niczego nowego tak naprawdę nie produkuje i nie tworzy. Nancy spekuluje, Alan obsługuje interesy wielkich korporacji (w trakcie filmu ciągle toczy rozmowy z przedstawicielami potężnego koncernu farmaceutycznego, któremu grozi proces za wypuszczenie na rynek wadliwego leku), Michael jest po prostu sprzedawcą, a Penelope aspiruje do świata kultury, do której twórców – choć jest już w wieku raczej średnim – wejść się jej jak dotąd nie udało. 
W kryzysie znajdują się w filmie także wzorce męskości. Obie pary zachowują się, jakby same nie wiedziały, czy chłopców należałoby przykładnie, surowo ukarać za niedopuszczalny akt przemocy, czy protekcjonalnie poklepać po ramieniu za „zdrową” dawkę męskiej agresji. Obaj panowie, Alan i Michael, mówią o tym, że wzorem męskości był dla nich zawsze „tajemniczy samotnik w stylu Johna Wayne’a, czy Ivanhoe”. Ich żony z jednej strony naśmiewają się z tego, jednak z drugiej widać, jak gardzą swoimi mężczyznami, gdy ci okazują słabość i tracą kontrolę nad sytuacją.
Polański i Edelman sprytnie unikają wpadnięcia w pułapkę teatralnej przestrzeni, w filmie nie ma ujęć, w których kamera obejmowałaby całość saloniku Longstreetów i wszystkie znajdujące się w nim postacie. Reżyser i operator rozbijają teatralną przestrzeń przez liczne zbliżenia, dynamiczny montaż, ujęcia, w których obserwujemy odbicia postaci w lustrze (znów częsty motyw u Polańskiego). 


Co więc jest nie tak? Gdy po 80 minutach pojawiają się napisy końcowe ma się ochotę zapytać „to już to?”, „to już było wszystko”? Wszystko to, co oglądaliśmy na ekranie, już u Polańskiego było. Ma się wrażenie, że cały wysiłek reżysera, operatora, dających koncertowe przedstawienia aktorów to para w gwizdek – w efekcie powstaje film, nie będący niczym innym niż zgrabnie zrobionym przypisem do wcześniejszej twórczości autora Dziecka Rosemary. Nie jest to zły film, ale nie widzę powodu, dlaczego w ogóle Polańskiemu chciało się go w tym momencie kariery nakręcić. Ta Rzeź nie była konieczna.

  

  

  

Komentarze
Dodaj nowy
andr   |26.01.2012 11:27:34
Po pierwsze zastanawiająca konieczność jako motor działalnośc artysty. Czy nie
nazbyt to oddalające tworzącego od motywów i chęci zwyczajnego człowieka?
Jakbyśmy nadal uważali artystę za kierowanego "wyższą" siłą (choćby
wypływającą z psyche).
Po drugie: W mojej opinii Polański nakręcił jedną z
najlepszych, jednocześnie ważkich w treści i nie osuwającej się szczęśliwie w
banał, komedii! Tej informacji mi zabrakło w recenzji, podczas oglądania tego
filmu momentami wiłem się w paroksyzmach śmiechu, przecież, na nieznanych bogów,
to nie było kolejne studium - wtedy opinia o pewnej wtórności byłaby zasadna -
lecz wspaniała, wyśmienicie zagrana tragifarsa, budząca wszystkie demony, i
obnażająca ich beztlenowe środowisko. Uzupełniając więc powyższy tekt, dodałbym:
Panowie, przypatrzcie się dobrze swoim telefonom. Miłe Panie, zajrzyjcie nieco
uważniej do swoich torebek.
kejterin   |26.01.2012 15:37:53
Uważam że słusznie autor tekstu nie uzywa w przypadku tego filmu słowa
"komedia" bo mozna się naciąć. Nie jest to komedia, a tragifarsa
właśnie,ale boków przy tym zrywać sie nie da. Też nie wiem, po co Polański
zrobił ten film, myślę, ze "Bóg mordu" mogł pozostać na deskach teatru i
byloby to o niebo lepsze przedstawienie. A już zachwytu nad filmem totalnie nie
rozumiem. Przyznaję bez bicia, że prócz "Piasnisty" zadnego filmu
Polańskiego nie widziałam (tak tak, nawet tzw. klasyka "Noża w wodzie"),
ale powyższa recenzja nie zachęca (powtarzalność wątków). A co do aktorów i
kwestii, że tak świetnie zagrali - nie przeczę, ale w takim układzie niemal
każdy aktor teatralny jest co najmniej superświetny, a i to mało.
czarownik   |26.01.2012 17:06:33
Zapewne Polański ciągle wariacje kręci jednej i tej samej konstrukcji i nie
"Rzeź" jest pierwszym powtórzeniem. Nie on jeden, ale on to robi
przynajmniej wyśmienicie. A co niby miał kręcić w tym momencie kariery? Może
coś na opak? Zamiast podglądać zło czające się w rezydencjach burżuazji oraz
groteskowych ludzi, zaangażowane kino o dobru rodzącym się w robotniczym m-3.
Może remake " Człowieka z żelaza"?

Wątpię, żeby w teatrze aktorzy
zagrali to lepiej. Powody te wyłuszczył w tekście pan Majmurek. Dodałbym jeszcze
powody fizjologiczne. Film pozwala na sporą kondensacje.
andr   |26.01.2012 18:48:59
Ciekawie odpowiadano na pytanie o "zamiar" Polańskiego w, skodinąd
równie jak ja roześmianej recenzji na Dwójce (recenzentów nie pomnę, choć ich
głos na antenie częsty): prace nad "Rzezią" trwały, gdy Polański był
zamknięty w areszcie domowym. Sugerowali myśl o hiperboliczności całej historii,
w analogii do dawnego stosunku Polańskiego z nieletnią, i niewspółmiernego do
czynu szumu, burzy, i wreszcie gromowiska na koniec, jakie z tamtej nieciekawej
sytuacji wynikły. Tutaj mieliśmu dwa siekacze i sprawcę, "who’s a
maniac!".

W dalszym ciągu nie znajduje "konieczności" sprawcą
dzieła, ani kształtu dzieła "koniecznie" prowadzącym do innych niż
artystyczne treści. Nie w przypadku równie udanej produkcji, generującej spazmy
smiechu i wybuchy radości. A przypomnijmy, że Polański ma na koncie również
kwiaty w rodzaju "Piratów", co ujawnia jego zdolność czy gotowość do
znajdywania pracy po prostu rozrywką czy, bardziej szlachetnie, przyjemnością.
Co, w ostateczności, nie umniejsza bardzo gorzkiego smaku, jaki ma ta historia
sama w sobie.
czarownik   |26.01.2012 18:55:53
Zgadzam się z Andr, że tego słowa zabrakło. Grobowe recenzje tego filmu mnie
zaskakują, być może odebrali go nazbyt osobiście recenzenci. Film w końcu
podważa istotę ich rzemiosła czyli doniosłą role gadania. Mowa jest o
konserwatyzmie Polańskiego, ba, któryś recenzent nawet odnalazł tu doświadczenia
czasu wojny Polańskiego. Tutaj mowa jest o okrucieństwie wobec biedniejszej
aspirującej rodziny. Osobiście nie mam poczucia, żeby którąś ze stron bardziej
obśmiano. Fronty przebiegały różnie. Nie dostrzega się jasnej strony filmu,
farsy tego boga wojny, że to raczej właśnie także bóg do którego się niektórzy
modlą chuchając na swoje wątłe jaja( tak jak współcześnie moda odwoływania się
do socjobiologii i darwinizmu społecznego wprost proporcjonalna do szerzenia się
ideologi neoliberalnej) a nie rzeczywistość. Chomik żyje, a chłopcy się dogadują
sami z siebie.
papugwredny   |29.01.2012 22:07:58
Recenzent pisze: "Niespecjalnie zachęcony banałami powtarzanymi w recenzjach
(„Polański ukazuje przemoc i hipokryzję ukryte pod podszewką
mieszczańskiej cywilizacji”)"
A potem w swojej własnej recenzji
powtarza owe "banały".
pdymm   |02.02.2012 21:59:40
Zawsze stawałem w dość wyraźniej opozycji względem tekstów Jakuba Majmurka, ale
przy okazji "Rzezi" przyznaję autorowi recenzji niemal stuprocentową
rację. W połowie projekcji najnowszego filmu autora „Wstrętu” naszła
mnie analogiczna/przykra myśl, że jest to film doskonale zbędny, powykrzywiany i
silący się. Przyznaję, nie znam tekstu pierwowzoru literackiego, ale jeśli
Polański był literze sztuki wierny, to tym bardziej przykre, bo klęska tworu
filmowego w dużej mierze poddaje w wątpliwość jakość tekstu Rezy.
W
kontekście podawanych dialogów, dramaturgia "Rzezi" próbuje zawiązywać
akcję w sposób mający tyle wspólnego z naturalnością, co entuzjazm zapychanych
bez opamiętania szarlotką małżeństwu Cowanów - poprzez nużące repetycje
językowe, martwe struktury/szablony rozmów konwencjonalnych, wzbudzających
poczucie opresji („rzezi”?). Nawet jeśli założyć, że jest to
świadomy zabieg, mający dać obraz nieautentyczności, która będzie rozbijana w
kolejnych scenach, okazuje się, że dalsza dramaturgia jest cały czas tak samo
sztuczna. Paradoksalnie Waltz (jedyny żywy człowiek) ma dawać w
„Rzezi”, poprzez telefon BlackBerry (?), oskarżycielskie świadectwo
potworności korporacji, na których krótkiej smyczy się porusza. Ale cóż z tego,
skoro każdy już widział dużo bardziej satysfakcjonującą pod tym względem
"Chciwość"? Na domiar złego, dialogi w "Rzezi", wyzbyte są
zbawiennej lekkości paradoksu, którym napędzane są, jakoś tam zbieżne w
założeniach, nowojorskie obrazy W. Allena. O ile konkluzja tekstu Jakuba
Majmurka, mówiąca, że "Rzeź" to dzieło zbędne, jest prawdziwa, o tyle,
kwestia gry aktorskiej, określonej jako "koncertowa", wzbudza we mnie
sprzeciw. Prawda, Polańskiemu i Edelmanowi udaje się dość zgrabnie unikać
teatralizacji filmowej przestrzeni, ale aktorom - już niekoniecznie. Przede
wszystkim w sferze rzemiosła aktorskiego, co może wydawać się herezją, zważywszy
na rangę nazwisk w "Rzezi" występujących. W szczególności mam tu na
myśli "koncertową" Foster, która swoją kreacją ciągnie film w rejony
niedorzecznego wygłupu z opresyjną histerią jako nadrzędnym środkiem wyrazu.
Foster każdą kolejną kwestią zabija wiarygodność tego, co się wydarza pomiędzy
bohaterami. Niweluje porządki, wygasza dynamikę scen albo - wręcz przeciwnie -
niepotrzebnie ją wzmacnia, nieustannie przenosząc środek ciężkości i uwagę widza
z kwestii zasadnych (bójka dzieci, zadośćuczynienie, zrozumienie, pojednanie), w
rejony irracjonalnej pretensji i incydentalnej hecy. Przy naiwnym założeniu,
powiedzmy, że jest to nieudana próba zgłębienia przez hollywoodzką gwiazdę
problematu, jak wzorcowo transponować na potrzeby kina sztukę aktorstwa
teatralnego. W konsekwencji widz marzy o tym, by postać grana przez Foster jak
najszybciej zeszła z ekranu, zamknęła się w łazience z ukochanym albumem
Kokoschki na kolanach. Niestety film nie jest na tyle przekonujący w swoim
przebiegu, by dało się znaleźć ukojenie w takiej konkluzji. Wątpliwe jest
również to, że w przypadku kreacji Foster zadziałał geniusz Polańskiego, każący
aktorce balansować na granicy histerii, drapować jej ekranowe alter ego w pióra
demiurga demontującego, w serii niestabilnych wyładowań emocjonalnych, złudzenia
klasowe a z "Rzezi" czynić oskarżycielską przypowieść o klasie średniej,
która pod wpływem niekontrolowanych, impulsywnych czynników
(„maniakalne” dziecko krzywdzące dziecko, jedzenie, wymioty)
bezwstydnie zaczyna okładać się maczugami i obrzucać kałem, ku uciesze, jakżeby
inaczej, klasy średniej. Wątpliwość swą argumentuje zaś tym, że to przed chwilą
wymyśliłem, bo tego w "Rzezi" zwyczajnie nie ma. Naprawdę, zbędny film.
Napisz komentarz
Nick:
E-mail:
 
Strona www:
Tytu?:
UBBCode:
[b] [i] [u] [url] [quote] [code] [img] 
 
Prosz? wpisa? kod antyspamowy widoczny na obrazku.

3.26 Copyright (C) 2008 Compojoom.com / Copyright (C) 2007 Alain Georgette / Copyright (C) 2006 Frantisek Hliva. All rights reserved.”


Na podobny temat

Aktualizacja    ( 25.01.2012 )
 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »
Generated in 0.96302 Seconds