NOWOŚĆ W SKLEPIE KP

Partycypacja_okladka_150px.jpg

>>Już jest: KP30!

kp30_okladka_300px.jpg

Komentarze

CYTAT DNIA

Nie możemy tworzyć idei, które będą łączyć ludzi, jeśli stracimy kontakt z tym, jakie jest ich życie. Jeśli nie wiemy, jak uznać sposób, w jaki ludzie obserwują świat, odczuwają go i doświadczają, nigdy nie będziemy w stanie pomóc im w uznaniu samych siebie albo zmianie świata na lepsze.
Marshall Berman, Przygody z marksizmem

Katalog Książek KP

Książki w sklepie KP

Advertisement
Order software online
Majmurek: Niełatwa gra w klasy, czyli dlaczego jednak nie zostałem populistą Drukuj
Jakub Majmurek   
26.01.2012

Mnie też męczy ciągłe czytanie o dworkach. Naprawdę. Albo o starych, inteligenckich rodzinach, polskim czy polsko-żydowskim mieszczaństwie, przestronnych, wielopokojowych, wypełnionych książkami mieszkaniach z pianinem i służącą.  Równie dość mam oglądania w polskim kinie świata jak z produkcji koncernu ITI – na życie w którym nie stać nawet moich pracujących w korporacjach znajomych. W bardzo małym stopniu dostrzegam we współczesnej polskiej literaturze czy kinie moje własne społeczne doświadczenie, zapis doświadczeń klasy, z której ja się wywodzę: prowincjonalnej, niezamożnej inteligencji z PRL-owskiego awansu społecznego (pokolenie, dwa w literackiej polszczyźnie, kilka społecznych wszechświatów niżej niż stołeczna inteligencja posyłająca swoje pociechy na Bednarską). To klasa, która nie załapała się na nowe rozdanie po 1989 roku, która nie żyje w nędzy, ale kapitału kulturowego ma akurat na tyle, by mieć pełną świadomość, co przegrywa w społecznych grach, brak jej jednak mocy, by choćby dla siebie zmienić wynik ich rozstrzygnięć.


Dlatego też nie mogę się nie zgodzić z Agatą Pyzik, gdy skarży się na homogeniczność współczesnej kultury w Polsce czy w Wielkiej Brytanii, wykluczenie z niej innych głosów niż te reprezentujące doświadczenie elit, brak eksperymentu, nieobecność istotnych procesów społecznych i politycznych. Niestety, wszystkie te słuszne uwagi przesłania populistyczne podejście do kultury i tożsamości klas podporządkowanych, jaki przyjmuje część lewicy. Populizmu nie traktuję tu jako obelgi, to bez wątpienia stanowisko niepozbawione swoich racji – stanowisko, z którym jednak głęboko się nie zgadzam.


Gdzie są młodzi gniewni zmieniający świat?

  

Agata Pyzik jako przykład „kultury niezhomogenizowanej” podaje brytyjską kulturę po II wojnie światowej „kiedy wielu synów sprzątaczek szło na uniwersytety, rewolucjonizowało teatr i film jako Młodzi Gniewni, pisało eksperymentalne powieści, projektowało brutalistyczną architekturę”. Pomińmy już to, że do szuflady z napisem Młodzi Gniewni (co w literaturze przedmiotu jest na ogół dość precyzyjnie określoną kategorią pokoleniową w brytyjskiej literaturze, teatrze i filmie) wrzuca twórców młodszych o pokolenie (Ken Loach), czy reprezentujących biegunowo odmienną estetykę (trudno sobie wyobrazić kino dalsze od realistycznych, surowych obrazów Młodych Gniewnych niż programowo ekscentryczne, krzykliwe, imaginacyjnie rozbuchane kino Russella). Problem z Młodymi Gniewnymi polega na trochę czymś innym. Większość z nich, choć pełna wściekłości na brytyjski establishment i stosunki społeczne, nie potrafiła wyartykułować żadnego sprzeciwu wykraczającego poza indywidualny, anarchiczny bunt.

  

Ich bohaterowie, pozbawieni politycznej świadomości, miotają się w brytyjskiej rzeczywistości, uwiedzeni przez rodzący się konsumpcyjny kapitalizm, produkty przemysłu kulturowego itd. (w pierwszej scenie filmowej adaptacji Miłości i gniewu widzimy głównego bohatera w zadymionym klubie jazzowym). W takich filmach jak Z soboty na niedzielę Karela Reisza widać, że „wstępująca klasa robotnicza”, która tak fascynuje Pyzik, jest zła przede wszystkim dlatego, że proces jej „wstępowania” jest zbyt wolny – przede wszystkim wstępowania do rodzącej się konsumpcyjnej kultury. W tych postaciach młodych, wściekłych, miotających się mężczyzn, jakie przedstawiali Allan Sillitoe czy John Osborne, tkwił też wielki potencjał konformizmu, pogodzenia się z rzeczywistością za cenę społecznego awansu.

  

Colin Smith, bohater Samotności długodystansowca (powieści Sillitoe zekranizowanej przez Tony’ego Richardsona), co prawda ostentacyjnie zatrzymuje się przed metą i na własne życzenie przegrywa wyścig, który mógłby być dla niego przepustką do wyrwania się z proletariatu, ale jego gest jest w najlepszym wypadku aktem irracjonalnego, anarchicznego, przedpolitycznego buntu, w najgorszym – wyrazem konformizmu wobec jego grupy rówieśniczej.  Potencjał konformizmu, widoczny w bohaterach ich młodzieńczych dzieł ujawnił się także w późniejszym życiu samych Młodych Gniewnych. Jak zauważył Martin Amis – nielubiany przez autorkę, jako pisarz „mieszczański”, „salonowy”  (też jest to opinia co najmniej kontrowersyjna, czy Forsa, Pola Londynu, czy Sukces to salonowe powieści z Hampstead Heath, naprawdę Pyzik nie widzi w nich proletariackiego Londynu?) – większość Młodych Gniewnych, to byli ludzie, którzy choć nie byli nigdy naprawdę biedni, to nie mieli prawdziwych pieniędzy – stąd ich wściekłość na angielskie społeczeństwo. Gdy tylko trochę pieniędzy udało się im zarobić, bardzo szybko stali się mocno reakcyjni. Martin Amis, jako syn zaliczanego niegdyś do Młodych Gniewnych pisarza Kingsleya Amisa, wiedział, co mówi. Jego ojciec, w latach 40. związany z Komunistyczną Partią Wielkiej Brytanii, stopniowo przesuwał się wraz kolejnymi sukcesami artystycznymi i finansowymi na prawo, swój akces do prawicy dopełniając publikacją w 1967 roku eseju Why Lucky Jim Turned Right?, a później przyjęciem tytułu szlacheckiego. Z kolei John Osborne (autor sztandarowej dla Młodych Gniewnych sztuki – Miłości i gniewu), po gładkim wejściu w teatralny establishment żywota dokonał, żyjąc jak angielski dziedzic w wiejskiej rezydencji z ogrodem, nosząc tweedową marynarkę, sącząc szkocką, polując i przyjmując gości. Tyle zostało z wściekłości i gniewu.


Oczywiście można wymienić przykłady takich postaci jak Harold Pinter (do śmierci wierny lewicowym przekonaniom) czy Edward Bond – którego krytyczna, radykalna, łamiąca realistyczny idiom, pełna przemocy i ekstremalnych emocji dramaturgia nigdy tak naprawdę nie została kupiona przez angielską publiczność. Jednak większa część literatury Młodych Gniewnych została. Jeśli przyjrzeć się jej dzisiaj, widać, jak bardzo – mimo że odkrywała wcześniej nieobecne w brytyjskiej kulturze światy społeczne – była ona estetycznie konserwatywna, wpisująca się w dominujące w literaturze angielskiej tradycje realizmu, humoru, common sense’u itd. I była to na ogół (poza wspomnianym Bondem czy Pinterem) jednak literatura dość słaba, którą dziś da się co najwyżej czytać jako pamiątkę z epoki, trudno w niej znaleźć ciekawe rozwiązania formalne czy myśli ważne dla współczesnego czytelnika.


Jak to często bywa, zainspirowała ono wielkie kino, okazała się świetnym materiałem dla takich autorów, jak Tony Richardson czy Karel Reisz. Ale ich kino, choć doskonale sprawdzające się w ramach pewnego modelu, też tak naprawdę filmowo było średnio radykalne i nowatorskie, zwłaszcza w porównaniu z powstającą w mniej więcej tym samym czasie po drugiej stronie kanału La Manche francuską Nową Falą. Kino Richardsona czy Reisza (wyjątkiem jest tu Lindsay Anderson w swoich późnych filmach takich jak Szczęśliwy człowiek czy Szpital Brytania) w ogóle nie wykracza poza model NRI (narracja, reprezentacja, przemysłowa produkcja), nie problematyzuje filmowej formy, samych zasad filmowej reprezentacji – a to na tym polu rozstrzyga się polityczność/ideologiczność filmowego przekazu.

  

Dlatego też radykalna teoria filmu tworzona na Wyspach Brytyjskich na początku lat 70. wokół magazynu „Screen” bardzo gwałtownie odrzuciła to kino, zwracając się przede wszystkim ku produkcjom Godarda, zwłaszcza tym powstającym w ramach Grupy Dzigi Wiertowa. Nie wystarczy bowiem nakręcić filmu z życia klasy robotniczej, by był on filmem politycznym, filmy polityczne też trzeba kręcić politycznie, problematyzując same zastane sposoby reprezentacji, czego nigdy nie zrobili Młodzi Gniewni. Postulat przemyślenia form (jako pewnych struktur artykułujących określone ideologie zanim zaczną artykułować cokolwiek innego) w ogóle nie pojawia się w tekście Pyzik, tak jakby samo pisanie o proletariacie, prekariacie, klasach ludowych czy w inny sposób podporządkowanych miało zmienić polską kulturę.


Pułapka populizmu

  

Wszystko to pokazuje, że samo wejście do produkcji kulturowej klasy wcześniej z kultury wykluczonej nie musi automatycznie oznaczać nastania kultury głoszącej emancypacyjne treści. Co więcej, Pyzik wydaje się oczekiwać od autorów z klas ludowych, czy szerzej spoza elit, że kulturę będę tworzyć po to, by dać wyraz swojej proletariackiej tożsamości i społecznemu doświadczeniu określonemu przez ich klasę. Widzę w tym głęboki protekcjonalizm – takie podejście tak naprawdę „egzotyzuje” głos autora/autorki spoza hegemonicznej kultury, zmusza go do przemawiania wyłącznie w imieniu własnego, partykularnego doświadczenia, odbiera prawo do przemawiania w imieniu kultury uniwersalnej. Zapomina o tym, jak często impulsem do emancypacji jest to, że robotnik (czy członek jakiejkolwiek innej grupy spoza podporządkowanej kulturowych elit) nie chce wcale być robotnikiem, tylko chce objąć w posiadania dawną kulturę dominującą. Pięknie pokazuje to wczesny film Kena Loacha, Kes (1969). Młody chłopak z górniczej wioski, przed którym szkoła stawia jasną alternatywę – albo praca w kopalni, albo społeczna degradacja w przestępczym półświatku – znajduje rannego sokoła. Opiekuje się nim, z lokalnej biblioteki wypożycza książkę o sokolnictwie, oswaja drapieżnego ptaka. Jego zainteresowanie sokolnictwem (tradycyjną rozrywką klas wyższych, nawet nie brytyjskiej gentry, ale arystokracji) wyraża nie tylko większe aspiracje niż te, które daje zaspokoić alternatywa półświatek lub kopalnia, ale także pewne nieme, nieświadome żądanie wobec kultury. Chłopiec nie żąda od niej, by pozwoliła mu być proletariuszem, by uznała jego proletariacką tożsamość, by dostarczyła mu środków do jej przedstawienia, ale żąda czegoś wręcz przeciwnego – prawa do kultury klas wyższych.


Postawę, jaką prezentuje Agata Pyzik (a niedawno w felietonie o Palikocie także Witold Mrozek), nazwałbym populistyczną. Chodzi mi o taką postawę lewicy, która problem braku dostępu klas ludowych do „kultury wysokiej” rozwiązuje, dowartościowując tworzoną, czy choćby konsumowaną przez te klasy kulturę (karczmy piwne i śpiewane na nich piosenki, górnicze orkiestry dęte, ludowe przyśpiewki, kurpiowskie wycinanki, tabloidy itd.), żądając dla niej widzialności w kulturze dominującej. Samą zaś kulturę hegemoniczną uznaje za z natury elitarną, wykluczającą, niedemokratyczną. Problem z tą postawą jest taki, że – poza tym, że egzotyzuje ona proletariusza – może idealnie posłużyć prawicy w jej własnej grze w klasy.


Najlepiej widać to na amerykańskim podwórku, gdzie prawica od lat rozgrywa kartę antyintelektualizmu, przeciwstawia „wyznającą proste, jasne wartości”, „ciężko pracującą” Amerykę małych miasteczek i farm wyobcowanym „jajogłowym ze Wschodniego Wybrzeża”, kultywującym niezrozumiałą dla „zwykłych Amerykanów”, obcą im kulturę i stanowiących zagrożenie dla wyznawanych przez nich wartości. Także w samej Wielkiej Brytanii rewolucja thatcherowska odbywała się pod bardzo podobnymi populistycznymi hasłami. Margaret Thatcher, „córka kupca” (jak pogardliwie nazywali ją bardziej uprzywilejowani koledzy z parlamentu) rzeczywiście zrewolucjonizowała Partię Konserwatywną – od czasów Aleca Douglas-Home’a (premier w latach 1963 – 1964) Cameron jest pierwszym torysowskim premierem wywodzącym się z klas wyższych, po elitarnej prywatnej szkole. Thatcher była produktem tych samych instytucji edukacyjnych co Młodzi Gniewni, jej rządy obaliły w Partii Konserwatywnej (i w całym parlamencie) hegemonię starszych mężczyzn z klas wyższych (ludzi, którzy gdy chcieli o kimś wyrazić się z pogardą, mówili – „ten człowiek kupuje sobie meble” – oni wywodzili się z rodzin, gdzie meble się dziedziczyło, co najmniej po pradziadku), zastępując ich arywistami z drobnomieszczaństwa.


Ale problem z populizmem nie polega tylko na tym, że łatwo rozgrywa go prawica. Problem w tym, że tak naprawdę w ogóle nie jest on emancypacyjny. Nie jesteśmy skazani na alternatywę między dominacją kultury tworzonej przez elity i dla elit a populizmem gloryfikującym to, co jest efektem wykluczenia (robotnicze dialekty, ludowy katolicyzm itd.). Prawdziwa emancypacja polega na daniu każdemu, kto chce podjąć ten wysiłek, okazji sięgnięcia po to, co w kulturze najtrudniejsze, najbardziej hermetyczne, wymagające największych kompetencji. Alain Badiou nazywa tę postawę „proletariackim arystokratyzmem” – tylko taka kultura może naprawdę przecierać nowe szlaki i artykułować emancypacyjne treści. Gra w klasy nie jest taka prosta, jak wynika to z tekstu Agaty Pyzik, samo dopuszczenie narracji innych niż dominujące nie musi otworzyć drogi dla prawdziwie demokratycznej kultury zdolnej uchwycić charakter zmian zachodzących dziś w Polsce. Jeśli chcemy politycznej sztuki, musimy przede wszystkim nauczyć się tworzyć ją politycznie, a nie po prostu przedstawiać politycznie, ekonomicznie czy społecznie istotne procesy. Godard jest pod każdym względem bardziej rewolucyjny niż Ken Loach. O Młodych Gniewnych nie wspominając. 

  

  

Komentarze
Dodaj nowy
kot   |26.01.2012 23:17:53
Zaczynamy rozmawiać na poważnie.
Witold Mrozek  - Ad vocem   |26.01.2012 23:25:11
Tytułem sprostowania: "mój" populizm w ostatnim felietonie o
Palikocie zdefiniowałem jako politykę "głoszenia takich haseł i
odnoszenia się do takich problemów, które bezpośrednio dotyczą
interesów szerokich grup ludzi". Takiego populizmu chyba Jakub Majmurek
nie odrzuca - bo w przeciwnym wypadku odrzucałby w ogóle politykę
opartą na konflikcie klasowym.

To, o czym piszę, nie ma nic wspólnego
z odrzucaniem kultury "wysokiej" (na miłość Boską, jestem
krytykiem teatralnym), czy mniemaniem, że proletariatowi świetnie zastąpią
ją kurpiowskie wycinanki. W moim felietonie słowa nie było o problemie
dostępu klas ludowych do kultury. W ogóle moje podejście do pisania o
kulturze mało ma wspólnego z praktyką krytyczną A. Pyzik, o czym można
się przekonać czytając moje teksty o teatrze.

Karczmy górnicze
natomiast są ważnym elementem tradycji pewnej silnie uzwiązkowionej
i świadomej swoich politycznych interesów grupy, nie wiem czy trzeba
je przeciwstawiać Godardowi i z całą pewnością nie uważam, by miały one
zastąpić górnikom dostęp do kultury. To fałszywa alternatywa.

Do
do tabloidów - tu sprawa nie jest taka prosta. Uważam, że przy tak
niskim poziomie i tak wysokim stopniu uwikłania, jaki reprezentuje
polskie dziennikarstwo, różnica między tym, co nazywamy
"tabloidem", a tym, co jest dla nas "opiniotwórczą
prasą" - nie jest wcale taka wielka. Tu i tu gra się na niskich
emocjach, tu i tu pełno uproszczeń - a jednak w tabloidach czasem służy to
słuszniejszej sprawie.

Co więcej, poglądu, który mi niesłusznie
przypisujesz, nie nazwałbym w ogóle populizmem - to raczej jakaś chłopomania albo popłuczyny po dziewiętnastowiecznym
"buty ważniejsze od Szekspira".
Jakub Majmurek  - Ad vocem   |26.01.2012 23:42:03
Wiem Witku, że w swojej praktyce krytycznej pisania o teatrze, czy filmie
prezentujesz inne podejście niż Agata Pyzik. Tym nie mniej, w Twojej wizji
górników ze Śląska, dostrzegłem gdzieś tam podobne do niej podejście. Ja takiej
definicji populizmu, jaką Ty nazywasz "popłuczynami po chłopomani" nie
wymyśliłem, występuje ona często w literaturze. Za to Twoja definicja populizmu
"polityka głoszenia takich haseł i
odnoszenia się do takich problemów,
które bezpośrednio dotyczą
interesów szerokich grup ludzi" nie musi być
populistyczna, wtedy robilibyśmy mocne założenie (nie mówię, że jest ono na
pewno nie prawdzie), że każda demokratyczna polityka musi być populistyczna (i
wtedy właściwie nie potrzebujemy słówka populizm).
Witold Mrozek   |27.01.2012 00:18:47
Cóż, moim zdaniem w moim tekście można co najwyżej znaleźć lekką nostalgię za
dawnym ruchem robotniczym, ale i tak przełamaną pewną ironią - nie wierzę w
Palikota jako przywódcę robotniczego. No i faktem jest, że względem dosadnej
górniczej pieśni z pierwszego akapitu odczuwam pewną sympatię. Co to jednak ma
wspólnego z oskarżaniem - w sposób dość niezborny - współczesnej polskiej
literatury o "mieszczańskość", nie wiem. Ale dość autoeksplikacji.


Co do Twoich uwag definicyjnych - o tyle racja, że w moim ujęciu my właściwie
nie potrzebujemy słówka "populizm", potrzebują go ci, którzy chcą, żeby
"demokratyczna polityka" nie była tak naprawdę demokratyczna. Ale
właśnie dlatego, że używają oni słowa "populizm" - trzeba je
odczarowywać.
xyz   |27.01.2012 06:36:57
Nikt nie chce być robotnikiem w szanownym gronie? Emancypacyjne jest wyrzeczenie
się siebie - np. swojego niezrozumienia dla pretensjonalnych i niewyobrażlanie
hermetycznych filmów Godarda - to ma być emancypacja? To jest awans społeczny.
Ani mniej ani więcej. To samo napędzające pragnienie i wyobrażenie o klasach
wyższych jako żyjących zdrowiej, zamożniej, weselej, barwniej, lżej, nobliwiej,
szlachetniej… etc. To Was kręci, to Was podnieca?
zioloski   |27.01.2012 10:02:25
Problemy w sferze duchowej są bardzo ważne dla wszystkich, bo ludzie w pewnym
stopniu mają wątpliwość co do swoich przekonań. Tak założyli swoje małe porządki
i pewną atmosferę w świecie sztuki.Słowem desakralizacja wszystkich koncepcji i
sytość.
Anonimowy   |27.01.2012 11:16:47
W artykule Pyzik, Majmurka czy Mrozka przewija się, a wydaje mi się, że stanowi
clou sprawy, magiczne pojęcie - KLASY SPOŁECZNEJ. A czym we współczesnej Polsce
jest klasa społeczna? Co ją charakteryzuje? Chwilowo uprawiany zawód? Zawody
rodziców? Miejsce zamieszkania? Pochodzenie? Majątek? Pomieszanie z poplątaniem.
Może na moim przykładzie wytłumaczycie mi do jakiej klasy ja należę, bo jeżeli
społeczeństwo mamy podzielone klasowo, to chyba do jakiejś muszę? Urodziłem się
we wsi pegeerowskiej i mieszkałem w niej do 10 roku życia, moi rodzice i
dziadkowie pracowali w pegeerze, więc pochodzenie chłopskie. Ale
przeprowadziliśmy się z rodzicami do małego miasta, ojciec znalazł pracę w
fabryce, matka w biurze, powiedzmy rodzina robotnicza. Dobrze się uczyłem,
wyjechałem do Warszawy, skończyłem studia magisterskie, potem doktoranckie
(doktoratu nie obroniłem do tej pory), więc może jestem inteligent? Po studiach
wyjechałem na kilka lat do Skandynawii, gdzie pracowałem fizycznie na farmach -
jednak chłop? Po powrocie do Polski zamieszkałem w Warszawie, gdzie założyłem
firmę, którą prowadzę do dziś - tu staję się przedstawicielem najbardziej
pogardzanej przez Was klasy wyzyskiwaczy i darmozjadów, którzy na pewno
dorobili się na ludzkiej krzywdzie (a najlepsze co Tusk zrobił dla
przedsiębiorców wg Jasia Kapeli to zwiększył 7-krotnie ilość kontroli skarbowych
i podniósł vat). Czy możecie mi ułatwić zadanie i wskazać do jakiej grupy
należę? Jaką literaturę mam czytać? Emancypacyjną? W końcu jestem prawdziwy
chłop i robotnik z dziada pradziada z doświadczeniem z życia w pegeerze, jakiego
pewnie nie ma wielu wśród czytelników i autorów KP? A moja żona, która pochodzi
z biednej rodziny kurpiowskiej, do 15 roku życia mieszkała w drewnianym domku
bez kanalizacji, a teraz zajmuje kierownicze stanowisko w centrali banku w
Warszawie? Do jakiej wg Was klasy się zalicza i co powinna czytać? Niby z biedy
pochodzi, ale za to teraz bankier, a jak wiadomo bankier to dla lewicy jeszcze
większa gnida niż przedsiębiorca. A mój kolega z dzieciństwa na wsi, który
chodził bez zębów (z braku witamin) i mieszkał w baraku, a teraz mieszka w
pałacu, bo założył firmę budowlaną i pięknie mu się wiedzie? Jak go
zaszufladkujecie? I nie piszcie, że mój głos jest głosem człowieka, któremu
wyjątkowo się udało, bo mam dużo znajomych, którym udało się bardziej niż mnie,
a byli biedniejsi i mieli gorszy start. Mój dobry kolega, który był
najbiedniejszy chyba w całej szkole, ojca nie znał, matka zostawiła ich jak miał
16 lat, teraz jest prezesem spółki giełdowej. Mam też sporo znajomych, którym
się nie udało, ale w większości na własne życzenie, głównie przez alkohol i
narkotyki. Może na Śląsku jest społeczeństwo klasowe - uprzywilejowana klasa
górników i cała reszta, ale polskie społeczeństwo różni się od brytyjskiego
znacznie i naśladowanie go, choćby w literaturze, nie ma najmniejszego sensu.
Lewica, kiedy powstawała, miała na sztandarach wypisane najważniejsze dla mnie
hasło - wolności gospodarczej! Ojcowie lewicy rozumieli, że to jedyny sposób na
wyrwanie się chłopów i robotników z nędzy, ale obecnie lewica odwraca się od
korzeni i chciałaby zakonserwować podziały społeczeństwa na jakieś klasy. Dla
lewicy byłbym dobry, gdybym dalej był biednym chłopcem z PGRu, teraz nie jestem
warty uwagi, a moje problemy lewicy nie interesują.
czarownik   |27.01.2012 11:18:48
Z protekcjonalizmem jest tak, że trudno od niego uciec chcąc opisywać świat
bardziej niż wchodzić z kimś w dialog, a tym bardziej stojąc po stronie kultury
wysokiej, która jak sama nazwa wskazuje jest wyżej. Wskazuje pan na subtelny
protekcjonalizm pani Agaty, samemu jednak od niego nie stroniąc w stopniu wiele
większym ( piszę tylko na podstawie lektury tego tekstu, nie znam tekstu pani
Agaty). Jak zauważył(a) Xyz, trudno to nazwać emancypacją. Mam wrażenie, że pan
Majmurek sam sobie przeczy w tym względzie, w pierwszej części tekstu krytykuje
coś, co w drugiej reprodukuje w innej formie. Raz awans społeczny nie jest wedle
niego emancypacją innym, zaś innym razem jest.

To, że będzie się pokazywać
więcej festynów ludowych zapewne jest wątpliwą emancypacją, aczkolwiek rozumiem,
że chodzi tu o podobną sprawę jak krzyż pod siedzibą prezydenta, lub bar mleczny
w centrum. Trzeba wcisnąć swój totem w eksponowanym miejscu, żeby pokazać, że
"tu jest Polska". Skoro poprawi to ludziom samopoczucie, to może i jest.
W końcu to podmiot sam ma określić co go wyzwala, a nie kryteria mają przyjść z
zewnątrz.

Pan Witold napisał o konflikcie klasowym. Chyba jasno zostało w
tekście wskazane, że autor go nie uznaje, skoro pisze o kulturze uniwersalnej i
odrzuca partykularne perspektywy. A jeśli kultura jakoś ma emancypować to
właśnie przez to. Tak jak w filmie "Służące".
Anonimowy   |27.01.2012 12:55:59
O ile Agata Pyzik, jak ją czytam, poszukuje wsparcia dla „innych
perspektyw egzystencjalnych” niż te, w których dominuje chęć awansu w
hierarchii i dochrapania się prestiżu i kapitału choćby
„społecznego”, o tyle nie odebrałam w jej tekście nawoływania do
zniżania się do prostackich, łatwych przejawów kultury plebejskiej (populizmu).

Oksymoron „proletariacki arystokratyzm” na pierwsze czytanie mi
się spodobał, ale po namyśle doszłam do wniosku, że w
„arystokratyzmie” podobnie jak w „populizmie” jest tak
samo dużo wyalienowanej manipulacji proletariatem i wywyższania się po prostu.
Czasem wydaje mi się, że istotą postawy lewicowej jest tak bardzo jak się da
 – zważywszy na język, który mamy do dyspozycji- nie pozycjonować,
hierarchizować siebie i innych.
Agata Pyzik   |27.01.2012 13:29:29
dzięki Kuba za ten komentarz. jednak bardzo wiele rzeczy czytasz
błędnie.
począwszy od tego, ze rzekomo wkladam zarówno Loacha jak i Russella
czy innych do tego samego pzredziału wiekowego, co Młodych Gniewnych -
oczywiście nie: wymieniam ich tylko razem w jednym paragrafie, jako podobną
formację kulturową, ktora trwała ok. 30 lat po wojnie.
Wiele spraw w artykule
miało formę skrótową, gdyż nie da się w jednym tekście streścić wszystkich
problemów, z jakimi mamy do czynienia i na co w Polsce nie ma w ogóle języka.
dobrze, że taka dyskusja ma szansę się w ogóle rozpocząć.
Jest jednak dla mnie
niewiarygodne, że nikt nie zauważył co najmniej równie istotnych wątków w
artykule, o edukacji, reformach, o relacji do nich współczesnego kryzysu i
patrzenia na kulturę z punktu wodzenia kapitału.

ponadto bardzo obrażasz
klasę "niższą’, twierdząc, że ich kultura to "karczma" i ze to
właśnie staramy się dowartościować. nic bardziej błędnego. a fakt, ze John
Osborne, jak wielu innych, po przekroczeniu swojej klasy i wzbogaceniu się stał
sie częscią establishmentu, ktory krytykował (what a shocker!), nie jest zadnym
odkryciem, ktore podważaloby ktorą kolwiek z istotnych tez artykułu.
nie
twierdzę rownież, że samo włączenie tresci proletariackich zmieni natychmiast
kulturę, ale jest to jakiś początek. jak ktoś zauważyl powyzej, chodzi o inną
perspektywę egzystencjalną, o to, czy ktoś znajdzie "piosenki opowiadające
o jego życiu", jak spiewal Morrissey (syn bibliotekarki), mistrz i wzór
autodydaktycznej transformacji proletariusza poprzez kulturę.
i nie, nie
zgadzam się co do uznania Godarda za najbardziej rewolucyjnego reżysera ever,
ale jest to, jak i cała reszta, materiał na większą polemikę.
xyz   |27.01.2012 14:12:17
Oksymoron ten jest takim policzkiem jak aspiracje Michaela Jacksona do bycia
białym były dla czarnych. Bo jest w niego wpisany wstyd, brak samoakceptacji,
niezdrowy ambicjonalizm i mieszczański kabotynizm. Jednym słowem wyraża wciąż
stygmat dezakceptacji przede wszystkim dla samego siebie. Poza tym wiara w
kulturę uniwersalną jest dość naiwna.
kot   |27.01.2012 15:48:39
"….czym we współczesnej Polsce
jest klasa społeczna? Co ją
charakteryzuje? Chwilowo uprawiany zawód? Zawody rodziców? Miejsce zamieszkania?
Pochodzenie? Majątek? Pomieszanie z poplątaniem. Może na moim przykładzie
wytłumaczycie mi do jakiej klasy ja należę,.."

-Pytanie uprawnione, bo
pojecie klasy
"teraz" jest inne niż "wtedy", a jednocześnie
jego istota się nie zmieniła. Brawo dla anonimowego,że problem podjął.
Zmieniła
się ruchliwość społeczna, (jednak)nastąpiło poszerzenie obszaru demokracji.W
Polsce -w wyniku transformacji -wyłoniły się nowe, możliwe, ścieżki zmiany
pozycji społecznej.
Nie zmieniły się i nie zmienią interesy zbiorowości, które
koncentrują się wokół
jakiegoś wyróżniającego przywileju (przywilejów). A więc
w ciągu swojego życia możesz przemieszczać się do różnych klas społecznych o
różnych interesach. Przynależność do klasy społecznej jest teraz płynna,
przypisana w sposób mniej trwały niż to miało miejsce kiedyś.
Klasę społeczną
określają dwa pojęcia:
dostępność i przywilej.
Tam gdzie masz zbiorowość o
uprzywilejowanym dostępie do pożądanych dóbr tam zaznacza się podział
klasowy.
Krytycy pojęcia klasy społecznej powiedzą, że nic takiego nie ma. Jest
natomiast podział na leniów i tych którzy "własną pracą".
Odpowiem
przykładem: popatrz na posłów w naszym parlamencie, którzy oczywiście

"własna pracą", jak co roku w najgorszym kryzysie podnoszą sobie
pensje wtedy, gdy tym których reprezentują "stopa" obniża się. Bankierzy
zachowują się podobnie mimo,że ponoszą nie małą odpowiedzialność za kryzys
-zarobili teraz jeszcze więcej: "własną pracą".
Jednymi i drugimi
kieruje ten sam motyw
mają możliwość wynikającą z ich pozycji w społeczeństwie
-to ja wykorzystują.
Przynależność do klasy społecznej określa dostępność do
przywilejów wynikających z przynależności do określonej zbiorowości dysponującej
możliwościami(przywilejami niedostępnymi
dla pozostałych).
Można podejść do
pojęcia klasy od drugiej strony -uprzedmiotowienia losu. Braku możliwości,
wpływu na swój los. Znasz ludzi, którym się nie udało wyjść z poPGRowskiej
nędzy, mimo,że nie byli leniami,
a dzieci tych, którzy się lenili
jakie maja
szanse?
-Teraz możesz sam określić swoją przynależność klasową.
CHOH  - Wysoka kultura a mit demokracji   |27.01.2012 19:06:35
>To, o czym piszę, nie ma nic wspólnego
z odrzucaniem kultury
"wysokiej" (na miłość Boską, jestem krytykiem teatralnym)
Myślę, że
pewnym kluczem do artykułu jest właśnie odpowiedź na pytanie: Dlaczego krytyk
nie może odrzucać kultury wysokiej? Dlaczego musi być zobligowany do jej
akceptacji? Może przecież chyba krytycznie patrzeć na kulturę bez podziałów na
wysoką czy niską, na źródło jej pochodzenia. Kultura jest. Kropka. Ani wysoka,
ani niska, ani średniego wzrostu :), ani proletariacka, ani arystokratyczna. Po
prostu jest. Czy robotnik może napisać coś na poziomie "kultury
wysokiej", a arystokrata "niskiej"? Czy Janko Muzykant może być
równie wielki jak Mozart? Czy Mozart jest z "wysokiej" z racji poziomu
swego geniuszu, czy pochodzenia? Jeśli kultura wysoka jest elitarna, a definicja
"prawdziwa": "Kulturę tę przekazuje szkoła, teatr, galeria sztuki,
biblioteka, sala koncertowa i powszechny dostęp do informacji. Ten rodzaj
kultury tworzą elity twórcze, tj. ludzie wykształceni, którzy nabywają
kompetencje zarówno tworzenia, jak i odbioru sztuk drogą kształcenia się. Często
mówi się, że kultura wysoka jest kulturą inteligencji", to jak można
dokonywać podziału na kulturę A i B w świecie demokracji i równości, czy dostępu
do kultury dla każdego!? A jeśli ta kultura jest dzielona, to czy nie jest to
dowód na to, że demokracja to mit? Pozdrawiam z szacunkiem - bezrobotna córka
klasy robotniczej z doktoratem, która jest bardzo zadowolona z życia w kulturze,
jaką sobie sama dobiera stosownie do chwili, jak zimno, to buty, jak ciepło, to
Szekspir :)) PS. Artykuł świetnie napisany :)
Jakub Majmurek   |27.01.2012 19:11:05
Agata, ja mam jednak wielkie wątpliwości, czy Ken Russell i John Osborne to
jedna formacja kulturowa. Russell jest przede wszystkim dzieckiem lat ‘60,
tamtejszej rewolucji obyczajowej, a nie zbyt wolnego awansu w latach ‘50, jaki
wkurzał młodych gniewnych. A problem z Osbornem, czy Amisem ojcem nie polega
tylko na tym, że weszli do establishmentu, ale że ich sztuka tak naprawdę od
początku była na tyle ostrożna, konserwatywna, że mogła tam wejść. I ich postawy
były bardzo aspirational.

Co do edukacji, to masz rację, że to temat na
osobną dyskusję. Ciekawe jest to, że system grammar schools rozwalili laburzyści
w latach 1965-69, zasługę ponosi tu głównie Antony Crossland. I argumenty były
tu właśnie populistyczne, że przedwczesna selekcja (rzeczywiście egzamin
determinujący całość edukacyjnej kariery w wieku 12 lat to średni pomysł), że te
szkoły były elitarne, że zbudujmy powszechną edukację dla wszystkich. Grammar
zastąpiono comrohensive, opartymi o rejonizację, zostawiono nieruszone szkoły
prywatne i wyznaniowe (dziś na Wyspach azyl dla uciekającej z comprehensive
mniej zamożnej części klasy średniej), w efekcie klasy ludowe zostały w
większości pozbawione dostępu do dobrej edukacji. System grammar też działał
średnio, szkoły były dobre,były za darmo, ale wiele rodzin z klasy robotniczej
oczekiwało, że ich dzieci będą pracować od 16 roku życia i posyłanie dzieci do
grammar uznawali za fanaberię.

O wiele, wiele lepszy jest moim zdaniem
system francuski, jest to merytokracja posunięta do końca, ma wszystkie wady
merytokracji, służy też reprodukcji struktury społecznej, ale na pewno szerzej
niż system brytyjski (nawet po wojnie) otwiera struktury awansu dla jednostek.
Szczawińska   |28.01.2012 01:48:11
Odnosząc się do postu Agaty Pyzik zamieszczonego powyżej.
Pisze Pani: "Jest
jednak dla mnie
niewiarygodne, że nikt nie zauważył co najmniej równie
istotnych wątków w
artykule, o edukacji, reformach, o relacji do nich
współczesnego kryzysu i
patrzenia na kulturę z punktu wodzenia kapitału."
Otóż być może nikt nie zwrócił na nie uwagi, ponieważ streszcza Pani po prostu
tezy Judta z dwóch jego ostatnich książek, nie dodając nic od siebie, nie
przetwarzając, nie komentując. Więc np. ja wolę się nad Judtem zastanowić. A czy
"syn bibliotekarki" to proletariusz??? Niezwykłę kategorie.
kot   |28.01.2012 07:09:15
-Oczywiście pojęcie klasy społecznej w Anglii i we Francji ma nieco inne
znaczenie. Tam podziały klasowe są zarysowane, u nas te linie nie
są zaznaczone.Jednak nie zmienia to istoty podziału klasowego, który
jest równie naturalny jak interes jednostkowy i grupowy.Przez więcej niż
pierwsza dekadę "transformacji" pojęcie klasy społecznej nie
funkcjonowało. Reanimował je i wprowadzał do przestrzeni publicznej w
Polsce ponownie profesor amerykański Dawid Ost. Redefiniował @kot
w Krytyce i używał je "od zawsze" jak w brudnopisie
wyżej.Teraz jest w użyciu powszechnym i właśnie w tym jak sadzę nowym
ujęciu.
Więcej na http://kot-blogkota.blogspot.com
xyz   |28.01.2012 10:09:42
Czy autor tekstu i wywołana do tablicy mogą uprzejmie nie rozmawiać nad głowami
pozostałych osób?
czytelniczka  - Kilka pytań   |28.01.2012 12:24:45
Chciałabym dodać jeden drobiazg do tematu dotyczącego edukacji. P. Agato, Pani
przeprowadziła przedziwną redukcję pojęciową w swoim tekście, bo oprócz
porównania literatury polskiej i angielskiej, rozdzielnika nagród (sic!),
systemu klasowego, porównała pani też system edukacji, zwłaszcza na stopniu
wyższym! I tutaj, przyznam, kompletnie Pani nie rozumiem, bo udało się Pani nie
zauważyć dwóch elementów. W Polsce dostęp do edukacji wyższej stał się w
ostatnich latach egalitarny do bólu - warto by porównać, ile osób miało wyższe
wykształcenie w 1994 r. kiedy M. Świetlicki odmawiał przyjęcia Paszportu
Polityki, a ile ma je dzisiaj, kiedy kultura tak potwornie się
"zhomogenizowała". Przy czym, edukacja w Polsce wciąż pozostaje w
dużej mierze edukacją bezpłatną w ramach opłat dydaktycznych, co nie ma miejsca
w UK !
Edukacja przestała jednak posiadać potencjał emancypacyjny,o który tak
Pani walczy, wiele młodych osób kończy studia wyłącznie dlatego, że w Polsce
dyplom ukończenia studiów wyższych postrzegany jest jaka przepustka do
"lepszej pracy", co od dawana się już nie przekłada na realia !
Następuje nieciekawe zjawisko nadprodukcji osób z wyższym wykształceniem, które
nijak nie przekłada się na kompetencje połowy z nich.(Oczywiście, dramatycznie
upraszczam, ale na Boga, są ku temu przesłanki i wystarczy spędzić rok na
polskiej uczelni, porównując edukację obecną i tę sprzed 8-10 lat.)

Trudno
polemizować z tezami, które tak Pani przedstawiła.

I pytanie do J. Majmurka
- jak Pan definiuje tzw. "klasy ludowe", bo kompletnie sobie tego nie
mogę zsyntetyzować jako "klasy"?

Z góry dziękuję za odpowiedzi!
kot  - xyz poczekaj   |28.01.2012 12:31:02
-Bardzo dobrze,że M-M rozmawiają publicznie.
-Dopiero
przeniesienie rozmowy
z arbitralnego kontaktu z papieru i sali wykładowej do interaktywnej
przestrzeni internetu, może doprowadzić do lepszego zorientowania,zrozumienia i
upolitycznienia rzeczywistości.
xyz   |28.01.2012 17:09:15
@ Kot. Sorry rozmawiają ze sobą, nie z nami wszystkimi. Równie dobrze mogą
przejść na poziom wymiany e-maili. Przepraszam, ale bycie obserwatorem tej
dyskusji niekoniecznie mi się podoba.
Jakub Majmurek   |28.01.2012 17:12:24
Klasy ludowe, czyli te, które nie partycypują w hegemonicznej kulturze:
proletariat, część drobnomieszczaństwa, chłopi itd.

Ja tu, nie wiem jak,
Agata, trochę bez określenia tego myślę o klasach bardziej w kategoriach
Bourdieu (klasa jako grupa osób mających podobne zasoby różnych kapitałów:
społecznego, kulturowego, ekonomicznego itd.), niż Marksa (stosunek do środków
produkcji).
kot   |29.01.2012 10:03:49
- Nonsens! Klasa społeczna określana poprzez partycypacje w hegemonicznej
kulturze! Toż to powrót nie tylko do przed marksowskiego ale do
średniowiecznego, ujęcia rzeczywistości.
Teraz żyjemy w innym
świecie.
Proletariat, drobnomieszczaństwo, chłopi
cóż to z kategorie?!-
Pojęcia -żeby tak żartem-"zdeklasowane".
Żyjemy w świecie telewizyjno
-internetowym. A więc dostępnym dla każdego w mieście i na wsi; już teraz i
coraz bardziej, zdolni do uczestnictwa w kulturze na każdym poziomie. Kultura
się deklasuje,jeśli jest hegemoniczna to w rozproszeniu, a nie w uwarstwieniu
klasowym. Zamieszanie wokół ACTA jest echem i pokłosiem tego stanu rzeczy. Do
tego nowego świata musimy dorobić nowe pojęcia. J.Majmurek lepiej je czuje i
używa niż umie zdefiniować.
-xyz. Mnie nie przeszkadza pozycja obserwatora
rozmowy jeśli jest ciekawa
(ta miedzy M-M jest).
-Żeby nie było
nieporozumień: Jakub Majmurek jest znakomity w tym co robi,
ale nie w tym czego
nie umie robić.
I nie obrażę się jeżeli zignoruje to co
powiedziałem, gdyż
przypuszczam,że nie jest potencjalnym partnerem w rozmowie
dotyczącej klas
społecznych.
kot   |30.01.2012 04:48:21
"Klasy ludowe" zatem
-to klasy bez dostępu do przywilejów.
Kuba
Majmurek właśnie o tym napisał w swoim tekście. Jak w strukturze klasowej

powojennej Anglii -otwarcia ścieżek awansu społecznego(powszechności wówczas
idei socjalistycznych) -wobec braku zmiany struktury toczyły się losy młodych:
od gniewu do wtopienia ich w strukturę. Struktura klasowa otworzyła się na awans
pokolenia powojennego, wchłonęła je i zamknęła się.
-Ciekawym jest porównanie
tamtej sytuacji do obecnej.
Powstały nieoczekiwane możliwości dostępu (do
kultury najwyższej, nauki i biznesu) za sprawą publicznej przestrzeni
internetu.
I mamy klasyczny konflikt klas uprzywilejowanych i ludu.Lud
pokosztował wolności przywileju dostępu do dóbr zarezerwowanych dla klas
uprzywilejowanych i wyszedł na ulice.
Klasy uprzywilejowane chcą zaprowadzić
porządek: przywileje maja powrócić do klas uprzywilejowanych. A tu masz, już
zdążyła się narodzić świadomość korzyści z dostępu do dóbr dotychczas ludowi
niedostępnych. Będzie się działo!
kot   |31.01.2012 15:19:17
I jakiej definicji bliższy jest Majmurek z "Niełatwej gry w klasy…"
pawesta  - Osborne - korekta   |27.02.2012 15:19:19
proszę zwróci uwagę, że Osborne zmarł zadłużony, a jego wegetarianizm stawia
tezę o polowaniach tez w nieco innym
świetle.
http://en.wikipedia.org/wiki/John_Osborn
e#Helen_Dawson_.281978-94.29
http://en.wikipedia.
org/wiki/John_Osborne#Vegetarianism
Napisz komentarz
Nick:
E-mail:
 
Strona www:
Tytu?:
UBBCode:
[b] [i] [u] [url] [quote] [code] [img] 
 
Prosz? wpisa? kod antyspamowy widoczny na obrazku.

3.26 Copyright (C) 2008 Compojoom.com / Copyright (C) 2007 Alain Georgette / Copyright (C) 2006 Frantisek Hliva. All rights reserved.”


Na podobny temat

Aktualizacja    ( 30.01.2012 )
 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »
Generated in 1.39821 Seconds