NOWOŚĆ W SKLEPIE KP
>>Już jest: KP30!
Komentarze
CYTAT DNIA
Nie możemy tworzyć idei, które będą łączyć ludzi, jeśli stracimy kontakt z tym, jakie jest ich życie. Jeśli nie wiemy, jak uznać sposób, w jaki ludzie obserwują świat, odczuwają go i doświadczają, nigdy nie będziemy w stanie pomóc im w uznaniu samych siebie albo zmianie świata na lepsze.
Marshall Berman, Przygody z marksizmem
Książki w sklepie KP
|
Order software online
|
Majmurek: Modernistyczne banały |
|
|
Jakub Majmurek
|
|
01.12.2010 |
Bez wątpienia pomysł zorganizowania festiwalu, na którym głównymi gwiazdami byliby operatorzy filmowi – na ogół pozostający głęboko w cieniu za reżyserami, aktorami, autorami scenariuszy – jest godny uwagi. Jednak krytykowi filmowemu czy filmoznawcy, patrzącym na film jako na całość, takie imprezy jak Plus Camerimage sprawiają pewien problem. W jaki sposób oceniać prezentowane na festiwalu filmy? Czy można, pisząc o filmie, abstrahować od wszystkiego innego poza jego wizualną stroną? Czy krytyk może kierować się w ocenie filmu wyłącznie kluczem przyjętym przez organizatorów festiwalu? Moim zdaniem nie. Dlatego pisząc o filmach pokazywanych na festiwalu Camerimage, będę traktował je tak samo, jakbym oglądał je w jakimkolwiek innym miejscu. Oceniane w ten sposób liczne filmy z festiwalu pozostawiają spory niedosyt, wydają się pęknięte, zawodzą na jakimś poziomie.
Tendencję tę wyznaczył już film otwarcia, Czarny łabędź Darrena Arronofsky’ego. Film przedstawia portret Niny, młodej baletnicy (Natalie Portman) dążącej do całkowitej kontroli nad matką, którą to dąży do całkowitej kontroli nad córką – relacje między nimi wyglądają jak wyjęte z Pianistki Jellinek/Hanekego. Nina dostaje główną rolę w Jeziorze łabędzim, ma jednocześnie odtwarzać rolę białego i czarnego łabędzia. O ile pierwsza rola nie sprawia jej żadnych problemów, jej ciało precyzyjnie wykonuje wszystkie przepisane przez choreografię ruchy, to druga rola – wymagająca w koncepcji reżysera (Vincent Cassel) wyzwolenia ciała tancerki z dyscypliny, w jaką wtłacza je klasyczny balet – jest nie do uniesienia dla zakompleksionej, doskonale panującej nad warsztatem, ale tak naprawdę oddzielonej, wyobcowanej ze swojego ciała dziewczyny. W dodatku jej relacja z matką zaczyna przybierać coraz bardziej napięty charakter, reżyser przedstawienia stara się ją uwieść, a nowa w zespole, pochodząca z San Franisco tancerka Lily (Mila Kunis) szykuje się, by objąć schedę po Ninie, gdyby ta w czymkolwiek zawiodła. Dziewczyna nie jest w stanie znieść psychicznie całej tej sytuacji, prowadzi ją ona do klinicznej psychozy. Choć Nina w dniu premiery pokazuje się na scenie dając przedstawienie życia, to przyjdzie jej za to zapłacić najwyższą cenę.
Film jest świetnie zrobiony, bardzo dynamiczny, od strony technicznej wygląda oszałamiająco, obrazy produkowane przez kamerę Matieu Libatique mają wielką, uwodzicielską siłę. Fascynujący jest zwłaszcza obraz psychozy głównej bohaterki, doskonale dający się czytać przy pomocy psychoanalitycznych kategorii: relacja z zaborczą, pożerającą matką wywołana przez brak wprowadzającej oddzielenie podmiotu od matki fallicznej metafory ojca, skutkująca uciekaniem od pożerającej matki w identyfikacje z różnymi postaciami rzeczywistymi, fikcyjnymi i historycznymi (w przypadku Niny Białym łabędziem z baletu, koleżanką z zespołu itp.). Film jest też świetnie zagrany, koncertowy pokaz dają cztery aktorki: oprócz wymienionych już Natalie Portman i Mili Kunis (nagrodzonej za rolę w Wenecji), odtwarzająca matkę Niny Barbara Hershey, a przede wszystkim Winona Ryder w roli starzejącej się, zmuszonej zejść ze sceny primabaleriny.
Ale ostatecznie, po skończonym seansie ma się wrażenie strasznego banału bijącego z ekranu. Film bezrefleksyjnie powiela modernistyczne klisze o sztuce jako najwyższym poświęceniu, konieczności złożenia z siebie ofiary na ołtarzu sztuki i inne komunały wyjęte z popularnonaukowego programu telewizyjnego o Ryszardzie Wangerze, czy innym klasyku wysokiego modernizmu. Choć na pewnym poziomie film ten zupełnie przekonuje i uwodzi, to jako całość jest nie do obrony. Schemat fabularny Czarnego łabędzia przypomina schemat fabularny poprzedniego filmu Arronofsky’ego – Zapaśnika. Tam też mieliśmy motyw człowieka wybierającego śmierć na scenie (ringu) zamiast przyziemnego życia. Ale tamten film był głęboko zakorzeniony w społecznym konkrecie, pozbawiony pretensji, ciekawie grzebał w amerykańskiej psyche, na tle historii przegranej gwiazdy wrestlingu był w stanie pokazać to, że Amerykanie są narodem żyjącym już w hiperrzeczywistości. Czarny łabędź jest niestety krokiem wstecz na twórczej ścieżce reżysera.
Podobne banalne modernistyczne klisze można było znaleźć w filmie Skowyt autorstwa cenionych dokumentalistów Roba Epsteina i Jeffreya Friedmana, biograficznym portrecie Allana Ginsberga, najważniejszego amerykańskiego poety beat generation. Film próbuje wykraczać poza biograficzne klisze, to w końcu w nich grzęźnie. Na film składa się będący faktycznie monodramem wywiad Ginsberga udzielany dla prasy, sfotografowane na czarno-białej taśmie fabularne rekonstrukcje życia Ginsberga do momentu napisania Skowytu, utrzymana w formie dramatu sądowego rekonstrukcja procesu wydawcy Skowytu i animacje ilustrujące recytowany przez Jamesa Franco (odtwarzającego Ginsberga) Skowyt. Choć film ogląda się świetnie, jest bardzo starannie zrealizowany, a James Franco (być może zbyt przystojny do tej roli) daje aktorski popis, to wydaje się on spóźniony o jakieś czterdzieści lat.
Co dla nas może dziś znaczyć (przynajmniej w Ameryce już dawno temu wygrana) walka powszechnie dziś uznanego za klasyka poety o prawo do publikacji poezji zawierających obsceniczny język i opisujących stosunki homoseksualne? Obraz Epsteina i Friedmana nie próbuje sobie zadać takich pytań. Film opiera się na najprostszych opozycjach: autentyczne, twórcze życie kontra zakłamane życie w mieszczańskim porządku opartym na pracy; wolność artystycznej ekspresji kontra pełni hipokryzji cenzorzy. Ostatecznie, w scenie przemówienia sędziego zdejmującego z wydawcy Skowytu zarzut propagowania treści obscenicznych, zmienia się w naiwną apologię liberalnie rozumianej wolności słowa – mogłaby się ona znaleźć w dowolnym hollywoodzkim hicie.
Na podobny temat
|
|
Aktualizacja ( 06.12.2010 )
|
|
|
|
@Spokojny "Overall proponuje...
Pomysł, żeby na każdą parę przypadało...