|
Zakończył się pierwszy Festiwal Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni pod artystyczną dyrekcją Michała Chacińskiego. Po słabym zeszłorocznym festiwalu prawie wszyscy oczekiwali na zmiany. Jak jednak wypadł tegoroczny? Jak obroniły się pomysły nowego dyrektora artystycznego?
Selekcja
Sztandarowym pomysłem Michała Chacińskiego miał być konkurs pokazujący wybrane, najlepsze filmy i oceniany przez międzynarodowe jury. Selekcja bez wątpienia okazała się dobrym pomysłem, poziom tegorocznego konkursu był co najmniej przyzwoity. Oczywiście wynikało to w dużej mierze ze szczęśliwego zbiegu okoliczności. Po prostu polskie kino między wiosną 2010, a wiosną 2011 wyprodukowało kilka przyzwoitych, a przynajmniej ciekawych, nawet jeśli jakoś nieudanych filmów (Italiani Łukasza Barczyka, Sala samobójców Jana Komasy, Czarny czwartek. Janek Wiśniewski padł Antoniego Krauzego, Daas Adriana Panka), dwa bardzo dobre (Wymyk Grega Zglinskiego i Księstwo Andrzeja Barańskiego), oraz dwa obrazy, które z całą świadomością ryzyka symbolicznej inflacji, jaka kryje się w tym słowie, określiłbym jako wybitne (Essential Killing Jerzego Skolimowskiego i Różę Wojciecha Smarzowskiego). Selekcja budziła wielki opór środowiska filmowego. Miejmy nadzieję, że efekty tego posunięcią – w postaci wysokiego poziomu konkursu – osłabią je w przyszłym roku, selekcję koniecznie należy utrzymać jako normę na kolejnych festiwalach. Oczywiście, co do szczegółów selekcji zawsze będą wątpliwości, ja mam tylko jedną. Do konkursu na pewno powinno trafić Księstwo Andrzeja Barańskiego, jeden z najlepszych nowych filmów, jakie zobaczyłem w Gdyni. Na pewno trafić do niego z kolei nie powinno W imieniu diabła – film będący od początku do końca nieporozumieniem. Ale tak wybrał dyrektor festiwalu i jego selekcja konkursowych filmów – jako całość – jak najbardziej się broni.
Jury: Fortunny niesprawiedliwy werdykt
Kolejną sztandarową propozycją dyrektora artystycznego było międzynarodowe jury, które nagrodziło najważniejszymi laurami Essential Killing Jerzego Skolimowskiego. Film ten od początku było moim faworytem, uważam go za dzieło zupełnie wyjątkowe, proponujące jakąś nową formułę estetyczną, jakiej nie potrafię na razie nazwać; która nie jest ani groteską, ani pastiszem, ani alegorią, ale wszystkim tym po trochu. Estetycznie filmowi Skolimowskiego najbliżej jest chyba do kategorii ironii romantycznej (przez polski romantyzm poza Słowackim przyswojonej słabo) z charakterystycznej dla niej techniką mieszania najwyższego patosu z autodemaskacją i autokompromitacją, wzniosłości z błazenadą. Sceny halucynacji bohatera (gdy widzi oświetlaną pustynnym słońcem spowitą w maryjne błękity kobietę) skonfrontowane z jego zagubieniem na śnieżnej pustyni; scena z pijaną, starą kobietą jadącą na rowerze, mlekiem z piersi której karmi się zbieg; czy ostatnia scena, gdy odjeżdża w dal ranny na białym koniu; należą do momentów o najwyższej poetyckiej intensywności w całej historii polskiego kina. A przy tym Skolimowski tworzy kino polityczne, polityczne w sposób zupełnie nieoczywisty, nie tylko podejmujące temat hańby obecności „tajnych więzień CIA” na terenie Polski, ale także pracę przepracowania pewnych orientalistycznych stereotypów i naszej własnej mitologii narodowej.
Jednak werdykt, dający nowemu filmowi Skolimowskiego Złote Lwy, nagrodę za reżyserię i nagrodę za zdjęcia dla Adama Sikory rozczarował mnie. Ostatniego dnia festiwalu bowiem zobaczyłem Różę, film tej samej wagi co Essential Killing, a bardziej potrzebujący od niego promocji i nagród (Essential Killing miał już nagrodę w Wenecji, premierę m.in. w Wielkiej Brytanii, recenzję w branżowym „Sight and Sound“ itd.). Witek Mrozek pisał już tu o tym filmie, ja dodam tylko, że tak naprawdę jest film o narodzinach powojennego narodu polskiego, poczętego w gwałcie i chaosie wojny, uderzający zarówno w prawicową politykę historyczną (bo pokazujący, że ten nasz początek w manifeście lipcowym, gwałtach wojny i stalinizmu i „próżno się bronić/próżno wspominać odległy wiek złoty” – czy choćby międzywojnie), jak i narrację „weteranów bitwy pod Lenino”, bo jednak ten proces genezy nowoczesnej Polski jest tak szpetny i makabryczny, że nie da się z niego ulepić żadnego heroicznego mitu początku. Wizja historii jest tu całkowicie tragiczna: ofiary cierpią i nic nie unieważnia ich ofiar, a przy tym to torturujący bohatera z AK i prześladujący Mazurów ubecy mają historyczną rację – rację w tym sensie, że żyjemy w Polsce, ukształtowanej przez ich zwycięstwo, na którym (co jeszcze trudniejsze do zaakceptowania) historycznie rzecz ujmując wszyscy (a przynajmniej większość z nas wywodząca się z przedwojennych klas ludowych), w pewnym sensie zyskaliśmy (dzięki przesunięciu granic na zachód, przyłączeniu bardziej rozwiniętych terenów Ziem Odzyskanych, powojennym przemianom społecznym).
Najbardziej fascynujące/przerażające jest to, że Smarzowski patrzy i zaprasza nas do patrzenia na to wszystko bez resentymentu, ten film w podejściu do historii jest bardzo „nietzscheańsko-deleuzjański”, wzywa nas, jako wspólnotę do przyjęcia postawy amor fati, uznania tego co było, za to co było, być musiało i co znieść musimy. Co jest o tyle problematyczne, że oznacza, że na propozycję jakiejś nadprzyrodzonej istoty – bóstwa, czy demona – byśmy mogli przeżyć nasze dzieje raz jeszcze, inaczej, udzielić należałoby takiej odpowiedzi jakiej udziela Nietszche w jednym z fragmentów Wiedzy radosnej, gdy kuszony przez demona ofiarującego mu przeżycie życia raz jeszcze odpowiada: „niech wszystko będzie tak, jak było”. To wyzwalające od resentymentu ja sagen, jakie polskiej wspólnocie proponuje Smarzowski, wydaje się być – na tle wszystkich okropności, jakie pokazuje niemożliwe, a przy tym konieczne.
Róża wchodzi do kin dopiero w styczniu, może się okazać jednym z najgłośniejszych społecznie filmów ostatnich lat, zainicjować naprawdę szeroką debatę na temat tego, kim jesteśmy jako wspólnota. Niestety, jury nie doceniło filmu Smarzowskiego, nagrodę dostał tylko Marcin Dorociński za główną rolę męską. Róża przegrała nie tylko z arcydziełem Skolimowskiego, ale także z Salą samobójców Jana Komasy (Srebrne Lwy). Dostała „jedynie” nagrody dziennikarzy i publiczności.
Ten werdykt jest oczywiście niesprawiedliwy, Róża jest bez wątpienia filmem lepszym od (bardzo solidnie zrobionego) debiutu Komasy. Smarzowskiemu należała się przynajmniej nagroda za reżyserię (naprawdę nic by się nie stało Jerzemu Skolimowskiemu, gdyby jej nie otrzymał). Róża to naprawdę reżyserski majstersztyk: mistrzowsko operuje ogólnymi planami, głębiami ostrości, montażem, kontrapunktem obrazu i dźwięku, eliptyczną narracją. Ale ten werdykt, choć niesprawiedliwy, jest bardzo pożyteczny, pokazuje różnice w polskim i zewnętrznym postrzeganiu polskiego kina. Może stać się okazją do dyskusji na temat tego, czym jest kino narodowe, w jaki sposób podejmować może polityczne problemy wspólnoty, w której wyrasta, do kogo właściwie ma mówić polskie kino.
Wszystko to sprawia, że tegoroczny festiwal bez wątpienia jest zmianą na lepsze. Ciągle wiele trzeba zmienić (miejmy nadzieję, że nie po to, by wszystko zostało takie samo), ciągle wiele można ulepszyć, ale widać, że w tym roku zrobiono krok we właściwym kierunku.
Na podobny temat
|
@Spokojny "Overall proponuje...
Pomysł, żeby na każdą parę przypadało...