NOWOŚĆ W SKLEPIE KP

Partycypacja_okladka_150px.jpg

>>Już jest: KP30!

kp30_okladka_300px.jpg

Komentarze

CYTAT DNIA

Nie możemy tworzyć idei, które będą łączyć ludzi, jeśli stracimy kontakt z tym, jakie jest ich życie. Jeśli nie wiemy, jak uznać sposób, w jaki ludzie obserwują świat, odczuwają go i doświadczają, nigdy nie będziemy w stanie pomóc im w uznaniu samych siebie albo zmianie świata na lepsze.
Marshall Berman, Przygody z marksizmem

Katalog Książek KP

Książki w sklepie KP

Advertisement
Order software online
Majmurek: Ewangelia u bram Drukuj
Jakub Majmurek   
31.10.2011

Msza Artura Żmijewskiego i Igora Stokfiszewskiego to odtworzona w skali 1:1 w przestrzeni widowiska teatralnego katolicka msza, ze wszystkimi jej częściami i rytuałami: spowiedzią powszechną, liturgią słowa, przeistoczeniem, pieśnią o „baranku bożym, który gładzi grzechy świata”, a nawet ogłoszeniami duszpasterskimi. Przestrzeń kościoła została w przedstawieniu odtworzona za pomocą minimalnych środków. Scena jest prawie pusta. Z przodu, na dywanie stoi prosty ołtarz, przed nim trzy bukiety białoczerwonych kwiatów, na prawo od ołtarza pulpit lektora i krucyfiks, na lewo organy, z tyłu sceny krzesło i wielki krzyż, do którego przyczepiony jest pozbawiony ozdób prostopadłościan tabernakulum. Nad  sceną ekran, na który rzutowane są slajdy ze słowami kościelnych pieśni. Sceneria jak z pierwszego lepszego kościoła, do znalezienia na każdym osiedlu, w każdym mieście. Fakt, że msza święta, zwłaszcza w Kościele katolickim, czyli najbardziej „teatralnej” wersji chrześcijaństwa zachodniego, jest spektaklem, z własną dramaturgią, chwytami inscenizacyjnymi, choreografią — jest oczywisty. Gdyby przeniesienie mszy w przestrzeń teatru wyłącznie konstatowało ten fakt, spektakl Żmijewskiego i Stokfiszewskiego byłby banalny. Na szczęście chodzi w nim o coś zupełnie innego.


msza_120.jpgZ punktu widzenia klasycznych reguł teatralne urządzenie zostało w Mszy „zepsute”. Na widowni nie gaśnie światło, scena nie jest jedynym punktem, w jaki wpatrują się widzowie, obserwują także ciągle samych siebie. I właśnie przyglądanie się reakcjom widzów i swoim własnym jest w doświadczeniu Mszy najciekawsze. Msza katolicka wymusza aktywność widzów-wiernych: odpowiadanie na słowa kapłana, recytowanie modlitw, śpiewanie pieśni, wychodzenie przed ołtarz, żeby przyjąć eucharystię, wstawanie w odpowiednich momentach itd. W spektaklu w Teatrze Dramatycznym widzowie także są wciąż wzywani są do tego typu interakcji, spektakl stara się wytrącić ich z roli biernych obserwatorów. W trakcie zbierania ofiary po widowni przechadza się aktor w stroju kościelnego z tacą, gdy aktor grający księdza mówi „przekażcie sobie znak pokoju”, schodzi ze sceny i podaje dłoń widzom siedzącym w pierwszych rzędach, ksiądz i ministrant wychodzą przed ołtarz z kielichem z eucharystią, zapraszając widzów do przyjęcia komunii świętej. Jednak na sobotnim spektaklu sztuka nie „zaangażowała” widowni, większość publiczności nie wyszła z roli widza teatralnego, nie śpiewała pieśni, nie odpowiadała na słowa kapłana, tylko część wrzuciła pieniądze „na tacę”, dwie osoby zdecydowały się przystąpić do komunii. Większość wybrała bezpieczną obserwację.

W tym ja sam. W tym momencie, by dalej pisać o spektaklu, muszę przejść w autobiograficzny ton, ale jak mawiał patron stowarzyszenia wydającego tę stronę, „co nie jest biografią, nie jest wcale”. Na Mszę patrzyłem jako osoba o pewnej określonej formacji biograficznej i moja biografia ma kluczowe znaczenie dla tego, jak odbieram spektakl. Zostałem bowiem wychowany w religijnie dość obojętnej, ale jednak katolickiej rodzinie. Choć nigdy szczególnie silnie nie odczuwałem rodzinnej czy środowiskowej presji na uczestnictwo w życiu religijnym, tym nie mniej odebrałem katolickie wychowanie, sakramenty (chrzest, komunia, a nawet bierzmowanie), przeszedłem też przez całą kościelną „rytualną musztrę” – trening ciała nauczonego w odpowiednich momentach wstawać, klękać, żegnać się, składać ręce. Nie należy lekceważyć tego treningu, wiara zaczyna się na poziomie ciała wdrożonego w rytuał (jak pisał Pascal: „módl się, składaj ręce, a wiara przyjdzie sama”). Odszedłem później i od wiary katolickiej (jestem ateistą), i od Kościoła, ale ślad tego treningu pozostał.

  

Patrząc na Mszę, czułem jak spektakl odwołuje się do tego śladu, do tych wszystkich doświadczeń z dzieciństwa, od których – jako dorosły człowiek – postanowiłem się odciąć, uciec, zapomnieć. Cały czas zastanawiałem się, co z tym wezwaniem zrobić, jak zachować się wobec niego, co bardziej podkreśli moją podmiotowość (czując się jak były żołnierz-pacyfista na pokazie paradnych manewrów wojskowych). Czy włączyć się w rytuał, zacząć śpiewać kościelne pieśni, przystąpić do teatralnej komunii (mimo że ponad wszelką wątpliwość nie pozostaję w stanie łaski uświęcającej), pokazując, że katolicki rytuał jest dla mnie tylko zbiorem pewnych pustych nic nie znaczących form, którymi mogę się swobodnie bawić, żonglować, przetwarzać je na swój własny użytek? Czy też wręcz przeciwnie, mam zaznaczyć swój dystans wobec formy, w którą kiedyś zostałem (bez pytania mnie o zdanie) wtłoczony, wchodząc w rolę zdystansowanego obserwatora? Większość ludzi na widowni (wśród niej wielu bliższych i dalszych znajomych o podobnej do mojej drodze od Kościoła) wybrała tą drugą opcję.

Teatr ostatnich dekad nie raz sięgał po religijne teksty różnych tradycji duchowych, wpisując to w poszukiwania własnych, sakralnych źródeł. Tu na szczęście mamy do czynienia z czymś odwrotnym, sięgnięcie po religijną formułę nie sakralizuje teatru, ale pokazuje społeczny, teatralny, immanentny wymiar religijnego przeżycia i rytuału. Nie chodzi tu jednak o naiwnie oświeceniową krytykę religii w duchu portalu racjonalista.pl czy innych współczesnych wcieleń aptekarza Homais – perspektywa Mszy jest raczej postsekularna i to w politycznym wymiarze tego nurtu myśli. Pytanie o to, co zrobić z katolicką formą, katolickim treningiem, przez który większość z nas przeszła, nie jest skierowane tylko do każdego z widzów, ale także do polskiej wspólnoty, która jako całość znajduje się w podobnej sytuacji. Wypowiedź autorów z programu spektaklu wyraźnie to sugeruje, umieszczając dodatkowo spektakl w kontekście posmoleńskim - w kontekście postawionego nam przez to wszystko co się po Smoleńsku wydarzyło zadania znalezienia nie-wykluczającego (jak partykularny z samej swojej natury język katolicki), uniwersalnego języka zdolnego wyrazić emocje wspólnoty.

Jak pokazuje reakcja widowni na sobotnim spektaklu, próba wyartykułowania takiego języka nie może polegać na samym przechwytywaniu katolickiego rytuału. Patrząc na Mszę, mamy bowiem jednocześnie poczucie, że nie możemy się w niego zaangażować oraz że wycofując się na bezpieczną pozycję „oświeconego” widza, odmawiając zaangażowania, także ponosimy klęskę. Nie tylko dlatego, że nie tego „oczekuje” od nas spektakl, ale także dlatego, że taka postawa jest solipsystyczna, uniemożliwia zbudowanie wspólnoty, więzi, wyklucza wspólne działanie, jako zdystansowani widzowie siedzimy wszyscy na widowni osobno, nie tworzymy wspólnoty.

Nadzieję pozostawia jednak liturgia słowa. Czytania nie są dobrane przez autorów, odpowiadają one temu, co w ostatnią niedzielę października będzie czytane w każdym z kościołów na całym katolickim świecie. Nie mając tej wiedzy, można by pomyśleć, że autorzy spektaklu specjalnie tak dobrali biblijne teksty, by ułożyły się w mocny, antyklerykalny przekaz. Czytania otwiera fragment z księgi Malachiasza o zdradzie przez lewitów ich powołania i kapłańskich obowiązków, zamyka fragment Ewangelii św. Mateusza (tej samej, którą w rewolucyjnym duchu zekranizował Pasolini), gdzie Jezus przestrzega swoich uczniów przed tym, by wchodzili w rolę nauczycieli i mistrzów. W kazaniu ksiądz mówi, że „wbrew temu, co pisze pewien filozof marksista, to nie rewolucja, ale ewangelia jest u bram”.

Tylko, że jak pokazuje wcześniejsze czytanie, to ewangelia jest rewolucyjna, samo dziedzictwo chrześcijańskie zawiera w sobie wielkie społeczne, rewolucyjne energie, zbyt cenne by zostawić je prawicowym fundamentalistom. Na razie ujawniają się one w karykaturalnych formach – np. ludzi pod krzyżem pod Pałacem Prezydenckich wygrażającym biskupom, ale być może można rozbudzić je w inny sposób, może tu leży podstawowa prawda, jakiej moglibyśmy nauczyć się od religii, od katolickiej mszy? Być może między totalnością katolickiego rytuału zawłaszczającego całość przestrzeni publicznej, a pozycją solipsystycznego, indywidualnego wycofania na pozycje oświeceniowego podmiotu jest dla polskiej wspólnoty jakaś trzecia, postsekularna droga? Msza nie pokazuje, jak droga ta miałaby wyglądać, ale z wielką mocą stawia ten problem, w porządku sztuki i reprezentacji, jako palący problem polityczny, nie sakralizując teatru, ale radykalnie go upolityczniając, przenosząc go nie w sferę sacrum (czyli tego, co z samej definicji wydzielone z normalnego, codziennego, politycznego, obywatelskiego życia i zwykłego, demokratycznego użycia), na agorę.

  

  

Zobacz też: Fotorelacja: Msza w Teatrze Dramtycznym

  

 Msza

Teatr Dramatyczny w Warszawie

premiera: 29 października 2011

inscenizacja: Artur Żmijewski
współpraca inscenizacyjna: Igor Stokfiszewski
asystentka ds. scenograficznych i produkcyjnych: Magdalena Buczek
asystentka ds. literackich: Katarzyna Dudzińska
produkcja: Sławomir Adamko
inspicjent: Tomasz Karolak

występują:
Kapłan  –  Piotr Siwkiewicz
Kleryk  –  Krzysztof Ogłoza
Kościelny  –  Jacek Błażejewski
Chór  –  Kameralny Zespół Wokalny z Zespołu Państwowych Szkół Muzycznych nr 1 w Warszawie: Anna Bednarczuk, Dorota Braun, Zofia Kiniorska, Karolina Lizer, Katarzyna Mazurkiewicz, Wiktoria Ryńska, Aleksandra Szaniawska, Marta Urbanowicz, pod kierunkiem prof. Ewy Marchwickiej

„Bóg stworzył Teatr dla tych, którym nie wystarcza Kościół” powiedział klasyk polskiego teatru, Juliusz Osterwa. Jerzy Grotowski podjął się próby wykroczenia poza teatr, ku rytuałowi, ku współuczestnictwie we wspólnocie. Adam Mickiewicz poszukiwał sceny w pełni oddającej totalność metafizycznego doświadczenia, które znalazło swój literacki wyraz w scenie obrzędu dziadów. Ta długa, romantyczna tradycja łączenia teatralności z religijnością uległa w okresie żałoby po katastrofie smoleńskiej radykalnemu zawieszeniu. Na czas żałoby teatry zamknięto na głucho, a kościoły otwarto dla wiernych i niekończącej się modlitwy.


Wygląda na to, że wyłącznie religijny rytuał może wyrazić ból wspólnoty. Nie tylko ból, ale i wszelką zadumę i wszelką radość. A także wszelkie wołanie. Skoro jest tak ważny i uniwersalny, to teatrowi nie wolno tego rytuału przemilczeć. Przenosimy go więc z pietyzmem i szacunkiem na scenę. Robimy to z nadzieją, że nauczymy się, jak teatr może stać się jeszcze bardziej uniwersalnym medium, które w przypadku następnej żałoby będzie już mogło wyrażać troskę i żal wspólnoty. Inscenizujemy mszę, żeby stać się mądrzejszymi i światlejszymi niż jesteśmy  –    czerpiemy wiedzę z najlepszego wzoru. W tej samoedukacji i w przynoszeniu wiedzy naszym widzom, podążamy za słowami psalmu:


„Dajcie poznać Jego [Pana] dzieła między narodami,
przypominajcie, że wspaniałe jest imię Jego.
Śpiewajcie Panu, bo uczynił wzniosłe rzeczy,
niech to będzie wiadome po całej ziemi.” [Iz 12,2-5] 

  

Komentarze
Dodaj nowy
anuszka  - Odkrycie Ameryki, ale potrzebne   |31.10.2011 21:04:49
"Tylko, że jak pokazuje wcześniejsze czytanie, to ewangelia jest
rewolucyjna, samo dziedzictwo chrześcijańskie zawiera w sobie wielkie społeczne,
rewolucyjne energie, zbyt cenne by zostawić je prawicowym fundamentalistom. Na
razie ujawniają się one w karykaturalnych formach
Napisz komentarz
Nick:
E-mail:
 
Strona www:
Tytu?:
UBBCode:
[b] [i] [u] [url] [quote] [code] [img] 
 
Prosz? wpisa? kod antyspamowy widoczny na obrazku.

3.26 Copyright (C) 2008 Compojoom.com / Copyright (C) 2007 Alain Georgette / Copyright (C) 2006 Frantisek Hliva. All rights reserved.”


Na podobny temat

Aktualizacja    ( 31.10.2011 )
 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »
Generated in 0.99212 Seconds