NOWOŚĆ W SKLEPIE KP

Partycypacja_okladka_150px.jpg

>>Już jest: KP30!

kp30_okladka_300px.jpg

Komentarze

CYTAT DNIA

Nie możemy tworzyć idei, które będą łączyć ludzi, jeśli stracimy kontakt z tym, jakie jest ich życie. Jeśli nie wiemy, jak uznać sposób, w jaki ludzie obserwują świat, odczuwają go i doświadczają, nigdy nie będziemy w stanie pomóc im w uznaniu samych siebie albo zmianie świata na lepsze.
Marshall Berman, Przygody z marksizmem

Katalog Książek KP

Książki w sklepie KP

Advertisement
Order software online
Majmurek: Bunt made in Poland Drukuj
Jakub Majmurek   
25.03.2011

made_in_poland.jpgNa ekrany kin w tym tygodniu wchodzi w końcu, krążące od ponad roku w obiegu festiwalowym, Made in Poland Przemysława Wojcieszka. Film jest spóźniony jednak znacznie bardziej niż o rok – mniej więcej o dekadę. Dziesięć lat temu byłby filmową bombą. Portret młodego człowieka z wielkiego blokowiska, proletariusza bez szans na pracę w stabilnych strukturach społeczeństwa przemysłowego, skazanego na wieczne poszukiwanie pracy i pogardzającego samym sobą członka podklasy byłby w kinie czymś nowym, doniosłym i ważnym. Bohater rzucający wyzwanie całej rzeczywistości wokół niego, a przy tym pozbawiony języka, by choćby wyrazić swoją niezgodę inaczej niż nieartykułowanym krzykiem, dokładnie oddawałby sytuację w Polsce po pierwszej dekadzie transformacji. Wtedy właśnie w wielu z nas zaczęła narastać wściekłość na kształt, jaki przyjmuje „wolna Polska”, ale ciągle byliśmy pozbawieni krytycznych języków do tego, by właściwie opisać nasz stan, pojąć jego przyczyny, ukierunkować ten gniew politycznie.


W ciągu tych dziesięciu lat polska teoria społeczna, teatr, literatura czy sztuki wizualne wykonały jednak w tej dziedzinie olbrzymią pracę. Made in Poland zupełnie jej nie zauważa. Bohater snujący się w glanach i obcisłych spodniach z „Fuck off” wydzierganym na czole, wykrzykujący i wymachujący pięścią przeciw „skurwionemu” światu wygląda dziś jak widmo z czasów, gdy Jerzy Buzek był jeszcze znienawidzonym przez większość społeczeństwa premierem, a nie cieszącym się dużym zaufaniem społecznym przewodniczącym Parlamentu Europejskiego. Nie zaskakuje także forma filmu, której nowatorstwo reżyser podkreśla w wywiadach. Przemysław Wojcieszek definiuje swoje najnowsze dzieło jako „esej filmowy”, trudno jednak wskazać, na czym miałaby polegać jego eseistyczność. Made in Poland nie jest filmem, który używałby obrazów do wyartykułowania jakiejś teorii, sformułowania wypowiedzi o charakterze poznawczym. To dość klasyczna fabuła, z wyraźnie zarysowanymi (nawet jeśli nie do końca budowanymi na zasadzie realistycznej motywacji) postaciami, akcją podzieloną na akty etc. „Styl zerowy” łamią jedynie czarno-białe zdjęcia i animowane wstawki ilustrowane wypowiedziami słuchaczy dzwoniących do Radia Maryja.

Film ratuje tylko jedna, prześwitująca gdzieś w tle, obserwacja. Bunt bohatera jest skierowany przeciw światu pozbawionemu funkcji ojcowskiej. Władza (czy nawet nie tyle władza, ile sama niedająca się znieść przemoc rzeczywistości) nie ma w nim imienia, twarzy, ciała, którym można by się przeciwstawić, z jakimi dałoby się zmierzyć. Zniekształca to pole, w jakim mógłby się artykułować bunt i napędzana przez niego zmiana społeczna. W takich warunkach trudno rozliczać pokolenie ojców. W Made in Poland wszystkie „ojcowskie” postacie zostają skompromitowane – nie pokonane czy przezwyciężone, ale właśnie skompromitowane. Ich kompromitacja jednak paradoksalnie budzi litość i jeszcze bardziej wzmacnia ich panowanie.

Pierwszy ojciec bohatera, ten biologiczny, jest po prostu fizycznie nieobecny. Wychowuje go matka. Dwóch ojców duchowych – ksiądz i wyrzucony z pracy nauczyciel-alkoholik – to postacie słabe, żałosne, niebędące w stanie unieść ciężaru tradycji i języków, którymi przemawiają (odpowiednio chrześcijaństwa i tradycji polskiej inteligencji zaangażowanej, radykalnego przesłania ewangelii Jezusa z Nazaretu i poezji Władysława Broniewskiego). Jest jeszcze czwarty, obsceniczny ojciec – szef lokalnego gangu terroryzującego osiedle. On jest postacią silną, ale nie reprezentuje żadnej zasady (imienia, prawa), któremu można by się przeciwstawić w imię innej. Pokoleniu ‘68 w zachodniej Europie, dzieciom prawdziwych burżujów i faszystów (ojców z klasyków włoskiego kina kontestacji: Teorematu, Chlewu, Dziękuję, ciociu!), było łatwiej. Mając takich ojców, z czystym sumieniem można śnić o ojcobójstwie (dla uspokojenia prawicowych publicystów drżących przed widmem lewackiego terroru krążącym po Nowym Wspaniałym Świecie podkreślmy z całą mocą, że chodzi o ojcostwo symboliczne). Ale co w sytuacji, gdy symbolicznym ojcem jest recytujący Broniewskiego zdeklasowany inteligent, który żałośnie się upija w obskurnych osiedlowych barach, albo safandułowaty ksiądz wypełniający pracowicie kupony multilotka? Adaś Miauczyński albo Ferdynand Kiepski?

W poprzednich filmach Wojcieszka także powraca ten sam problem. W Doskonałym popołudniu (2005) na ślub Mikołaja (Michał Czernecki) przyjeżdża jego ojciec - dawny robotniczy działacz pierwszej „Solidarności”, legendarna postać opozycji demokratycznej, a dziś drobny przedsiębiorca prowadzący jakiś mały biznes w branży transportowej. Miał szansę na wielką karierę w polityce; jego żona, wywodząca się z zaangażowanej inteligencji, była blisko tego nurtu opozycji, który politycznie najlepiej wyszedł na transformacji. Czy spotkanie syna z ojcem nie powinno być okazją do rozliczeń, do zadania pytania o to, czy walczył o taką właśnie Polskę, o to, dlaczego uciekł „na swoje” przed działalnością polityczną i odpowiedzialnością za losy wspólnoty? Takie pytania jednak nie padają. Ojciec, wcielenie niewinnej dobroci, nie jest w stanie wyzwolić agresji, każdym gestem przeprasza, że żyje; nie sposób sobie wyobrazić, by można było gniewnym tonem postawić mu jakiekolwiek zarzuty.

Zresztą bohaterowie wcześniejszych filmów Wojcieszka nie chcą takich zarzutów stawiać. W niedoskonałej, często zdegradowanej, mniej lub bardziej prowincjonalnej rzeczywistości dawnych przemysłowych miasteczek starają się wykroić dla siebie swoje miejsce, zbudować sensowne życie. Mikołaj marzy o założeniu małego niezależnego wydawnictwa, Marcin z Głośniej od bomb (2001) decyduje się, wbrew wszystkiemu, przejąć po zmarłym ojcu mały warsztat samochodowy (by nie oddać dorobku poprzedniego pokolenia „w obce ręce”). Marcin i Mikołaj są w tym samym momencie życiowym: usamodzielniają się ekonomicznie i życiowo („zakładają rodzinę”). Obaj reprezentują nowoczesny typ patriotyzmu: uważają, że mają prawo do poszukiwać szczęścia w tym kraju, nie chcą wyjeżdżać, uciekać. Wojcieszek przedstawia ich postawę jako formę buntu przeciw beznadziei otaczającego ich świata, buntu, który posługuje się „romantyczną” ikonografią (Marcin jest zapatrzony w Jamesa Deana), ale przybiera raczej „pozytywistyczną” formę.

Cały problem z kinem Wojcieszka z tamtego okresu polega jednak na tym, że jest ono całkowicie przedpolityczne. „Patriotyzm” i walka o urządzenie sobie życia przybierają koniec końców kształt drobnomieszczańskiej fantazji: o własnym domku z ogródkiem, drobnym interesie dającym utrzymanie etc. Rodzina okazuje się jedynym horyzontem wspólnego działania i uspołecznienia, wszelkie strategie życiowe zostają sprywatyzowane w ramach tej instytucji.

Przedpolityczny charakter ma także bunt bohatera z Made in Poland. Jest on w takiej sytuacji, że nie może już nawet śnić drobnomieszczańskiego snu. Ale i tu mamy powidoki tego marzenia: nauczyciel-alkoholik wspomina „prawdziwy dom z ogrodem”, jaki utracił z powodu nałogu; dom ten jest w filmie jedyną utopią przeciwstawioną szarej pustyni blokowiska. Gdy sen o „rodzinie na swoim” jest już na zawsze stracony, pozostaje jedynie czysta agresja i nihilistyczny bluzg o „powszechnym skurwieniu”.

Gdyby Wojcieszek pokazał, jak drobnomieszczańska fantazja warunkuje nihilistyczną agresję (i na odwrót), mógłby powstać naprawdę ciekawy film. Made in Poland nawiązuje (tytułem, wizerunkiem głównego bohatera, kilkoma scenami) do Made in Britain, telewizyjnego filmu Alana Clarke’a z 1982 roku. U Clarke’a Anglia ery Thatcher pokazywana jest z punktu widzenia znajdującego się na samym dole systemu klasowego młodego proletariusza, skina, rasisty (genialna rola Tima Rotha). Buzuje on gniewem, który nie jest skierowany w żadną politycznie sensowną stronę, nie jest zdolny do jakiegokolwiek kolektywnego działania. Clarke nigdy nie traci z oczu tego, że ten wyrzutek jest produktem najbardziej centralnych instytucji i wartości thatcherowskiego społeczeństwa, strukturalnie koniecznym odpadem thatcherowskiej rewolucji. Wojcieszek nie potrafił pokazać tego związku w polskich warunkach, ująć przedpolityczności swojego bohatera jako problemu.

Dziesięć lat temu może by to wystarczyło. Dziś to stanowczo za mało.

  

Komentarze
Dodaj nowy
rh   |26.03.2011 01:47:20
> Marcin i Mikołaj
> Oboje

No kurwa litości, poprawcie to i skasujcie
komentarz. Również: drżącym -> drżących. A w ogóle to bardzo dobry felieton.
kot   |26.03.2011 18:41:15
Dobra definicja "podklasy":
"…pozbawieni krytycznych języków do
tego, by właściwie opisać nasz stan, pojąć jego przyczyny, ukierunkować .. gniew
politycznie".
Napisz komentarz
Nick:
E-mail:
 
Strona www:
Tytu?:
UBBCode:
[b] [i] [u] [url] [quote] [code] [img] 
 
Prosz? wpisa? kod antyspamowy widoczny na obrazku.

3.26 Copyright (C) 2008 Compojoom.com / Copyright (C) 2007 Alain Georgette / Copyright (C) 2006 Frantisek Hliva. All rights reserved.”


Na podobny temat

Aktualizacja    ( 26.03.2011 )
 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »
Generated in 1.00603 Seconds