|
Na ekrany kin w tym tygodniu wchodzi w końcu, krążące od ponad roku w obiegu festiwalowym, Made in Poland Przemysława
Wojcieszka. Film jest spóźniony jednak znacznie bardziej niż o rok – mniej więcej o dekadę. Dziesięć lat temu byłby filmową bombą. Portret
młodego człowieka z wielkiego blokowiska, proletariusza bez szans na
pracę w stabilnych strukturach społeczeństwa przemysłowego, skazanego na
wieczne poszukiwanie pracy i pogardzającego samym sobą członka podklasy
byłby w kinie czymś nowym, doniosłym i ważnym. Bohater rzucający
wyzwanie całej rzeczywistości wokół niego, a przy tym pozbawiony języka,
by choćby wyrazić swoją niezgodę inaczej niż nieartykułowanym krzykiem,
dokładnie oddawałby sytuację w Polsce po pierwszej dekadzie
transformacji. Wtedy właśnie w wielu z nas zaczęła narastać wściekłość
na kształt, jaki przyjmuje „wolna Polska”, ale ciągle byliśmy pozbawieni
krytycznych języków do tego, by właściwie opisać nasz stan, pojąć jego
przyczyny, ukierunkować ten gniew politycznie.
W ciągu tych dziesięciu lat polska teoria społeczna, teatr, literatura
czy sztuki wizualne wykonały jednak w tej dziedzinie olbrzymią pracę. Made in Poland
zupełnie jej nie zauważa. Bohater snujący się w glanach i obcisłych
spodniach z „Fuck off” wydzierganym na czole, wykrzykujący i wymachujący
pięścią przeciw „skurwionemu” światu wygląda dziś jak widmo z czasów,
gdy Jerzy Buzek był jeszcze znienawidzonym przez większość społeczeństwa
premierem, a nie cieszącym się dużym zaufaniem społecznym
przewodniczącym Parlamentu Europejskiego. Nie zaskakuje także forma
filmu, której nowatorstwo reżyser podkreśla w wywiadach. Przemysław
Wojcieszek definiuje swoje najnowsze dzieło jako „esej filmowy”, trudno
jednak wskazać, na czym miałaby polegać jego eseistyczność. Made in Poland nie
jest filmem, który używałby obrazów do wyartykułowania jakiejś teorii,
sformułowania wypowiedzi o charakterze poznawczym. To dość klasyczna
fabuła, z wyraźnie zarysowanymi (nawet jeśli nie do końca budowanymi na
zasadzie realistycznej motywacji) postaciami, akcją podzieloną na akty
etc. „Styl zerowy” łamią jedynie czarno-białe zdjęcia i animowane
wstawki ilustrowane wypowiedziami słuchaczy dzwoniących do Radia Maryja.
Film ratuje tylko jedna, prześwitująca gdzieś w tle, obserwacja. Bunt
bohatera jest skierowany przeciw światu pozbawionemu funkcji ojcowskiej.
Władza (czy nawet nie tyle władza, ile sama niedająca się znieść
przemoc rzeczywistości) nie ma w nim imienia, twarzy, ciała, którym
można by się przeciwstawić, z jakimi dałoby się zmierzyć. Zniekształca
to pole, w jakim mógłby się artykułować bunt i napędzana przez niego
zmiana społeczna. W takich warunkach trudno rozliczać pokolenie ojców. W Made in Poland wszystkie
„ojcowskie” postacie zostają skompromitowane – nie pokonane czy
przezwyciężone, ale właśnie skompromitowane. Ich kompromitacja jednak
paradoksalnie budzi litość i jeszcze bardziej wzmacnia ich panowanie.
Pierwszy ojciec bohatera, ten biologiczny, jest po prostu fizycznie
nieobecny. Wychowuje go matka. Dwóch ojców duchowych – ksiądz i
wyrzucony z pracy nauczyciel-alkoholik – to postacie słabe, żałosne,
niebędące w stanie unieść ciężaru tradycji i języków, którymi
przemawiają (odpowiednio chrześcijaństwa i tradycji polskiej
inteligencji zaangażowanej, radykalnego przesłania ewangelii Jezusa z
Nazaretu i poezji Władysława Broniewskiego). Jest jeszcze czwarty,
obsceniczny ojciec – szef lokalnego gangu terroryzującego osiedle. On
jest postacią silną, ale nie reprezentuje żadnej zasady (imienia,
prawa), któremu można by się przeciwstawić w imię innej. Pokoleniu ‘68 w
zachodniej Europie, dzieciom prawdziwych burżujów i faszystów (ojców z
klasyków włoskiego kina kontestacji: Teorematu, Chlewu, Dziękuję, ciociu!),
było łatwiej. Mając takich ojców, z czystym sumieniem można śnić o
ojcobójstwie (dla uspokojenia prawicowych publicystów drżących przed
widmem lewackiego terroru krążącym po Nowym Wspaniałym Świecie
podkreślmy z całą mocą, że chodzi o ojcostwo symboliczne). Ale co w
sytuacji, gdy symbolicznym ojcem jest recytujący Broniewskiego
zdeklasowany inteligent, który żałośnie się upija w obskurnych
osiedlowych barach, albo safandułowaty ksiądz wypełniający pracowicie
kupony multilotka? Adaś Miauczyński albo Ferdynand Kiepski?
W poprzednich filmach Wojcieszka także powraca ten sam problem. W Doskonałym popołudniu
(2005) na ślub Mikołaja (Michał Czernecki) przyjeżdża jego ojciec -
dawny robotniczy działacz pierwszej „Solidarności”, legendarna postać
opozycji demokratycznej, a dziś drobny przedsiębiorca prowadzący jakiś
mały biznes w branży transportowej. Miał szansę na wielką karierę w
polityce; jego żona, wywodząca się z zaangażowanej inteligencji, była
blisko tego nurtu opozycji, który politycznie najlepiej wyszedł na
transformacji. Czy spotkanie syna z ojcem nie powinno być okazją do
rozliczeń, do zadania pytania o to, czy walczył o taką właśnie Polskę, o
to, dlaczego uciekł „na swoje” przed działalnością polityczną i
odpowiedzialnością za losy wspólnoty? Takie pytania jednak nie padają.
Ojciec, wcielenie niewinnej dobroci, nie jest w stanie wyzwolić agresji,
każdym gestem przeprasza, że żyje; nie sposób sobie wyobrazić, by można
było gniewnym tonem postawić mu jakiekolwiek zarzuty.
Zresztą bohaterowie wcześniejszych filmów Wojcieszka nie chcą takich
zarzutów stawiać. W niedoskonałej, często zdegradowanej, mniej lub
bardziej prowincjonalnej rzeczywistości dawnych przemysłowych miasteczek
starają się wykroić dla siebie swoje miejsce, zbudować sensowne życie.
Mikołaj marzy o założeniu małego niezależnego wydawnictwa, Marcin z Głośniej od bomb
(2001) decyduje się, wbrew wszystkiemu, przejąć po zmarłym ojcu mały
warsztat samochodowy (by nie oddać dorobku poprzedniego pokolenia „w
obce ręce”). Marcin i Mikołaj są w tym samym momencie życiowym:
usamodzielniają się ekonomicznie i życiowo („zakładają rodzinę”). Obaj
reprezentują nowoczesny typ patriotyzmu: uważają, że mają prawo do
poszukiwać szczęścia w tym kraju, nie chcą wyjeżdżać, uciekać.
Wojcieszek przedstawia ich postawę jako formę buntu przeciw beznadziei
otaczającego ich świata, buntu, który posługuje się „romantyczną”
ikonografią (Marcin jest zapatrzony w Jamesa Deana), ale przybiera
raczej „pozytywistyczną” formę.
Cały problem z kinem Wojcieszka z tamtego okresu polega jednak na tym,
że jest ono całkowicie przedpolityczne. „Patriotyzm” i walka o
urządzenie sobie życia przybierają koniec końców kształt
drobnomieszczańskiej fantazji: o własnym domku z ogródkiem, drobnym
interesie dającym utrzymanie etc. Rodzina okazuje się jedynym horyzontem
wspólnego działania i uspołecznienia, wszelkie strategie życiowe
zostają sprywatyzowane w ramach tej instytucji.
Przedpolityczny charakter ma także bunt bohatera z Made in Poland.
Jest on w takiej sytuacji, że nie może już nawet śnić
drobnomieszczańskiego snu. Ale i tu mamy powidoki tego marzenia:
nauczyciel-alkoholik wspomina „prawdziwy dom z ogrodem”, jaki utracił z
powodu nałogu; dom ten jest w filmie jedyną utopią przeciwstawioną
szarej pustyni blokowiska. Gdy sen o „rodzinie na swoim” jest już na
zawsze stracony, pozostaje jedynie czysta agresja i nihilistyczny bluzg o
„powszechnym skurwieniu”.
Gdyby Wojcieszek pokazał, jak drobnomieszczańska fantazja warunkuje
nihilistyczną agresję (i na odwrót), mógłby powstać naprawdę ciekawy
film. Made in Poland nawiązuje (tytułem, wizerunkiem głównego bohatera, kilkoma scenami) do Made in Britain,
telewizyjnego filmu Alana Clarke’a z 1982 roku. U Clarke’a Anglia ery
Thatcher pokazywana jest z punktu widzenia znajdującego się na samym
dole systemu klasowego młodego proletariusza, skina, rasisty (genialna
rola Tima Rotha). Buzuje on gniewem, który nie jest skierowany w żadną
politycznie sensowną stronę, nie jest zdolny do jakiegokolwiek
kolektywnego działania. Clarke nigdy nie traci z oczu tego, że ten wyrzutek jest produktem najbardziej centralnych instytucji i
wartości thatcherowskiego społeczeństwa, strukturalnie koniecznym
odpadem thatcherowskiej rewolucji. Wojcieszek nie potrafił
pokazać tego związku w polskich warunkach, ująć przedpolityczności
swojego bohatera jako problemu.
Dziesięć lat temu może by to wystarczyło.
Dziś to stanowczo za mało.
Na podobny temat
|
@Spokojny "Overall proponuje...
Pomysł, żeby na każdą parę przypadało...