|
W amerykańskim kinie niezależnym prezentowanym na tegorocznym Festiwalu Filmów Amerykańskich we Wrocławiu trudno było się dopatrzyć optymizmu. Pokazywana na ekranie Ameryka pierwszej kadencji Obamy wydaje się bardzo daleka od entuzjazmu, jaki wyzwolił wybór obecnego prezydenta – dominuje poczucie klęski, rozczarowania, ciągłej ekonomicznej, społecznej i życiowej niepewności.
Festiwal rozpoczął się we Wrocławiu mniej więcej w momencie, gdy nowojorska policja usuwała siłą okupujących Wall Street. W większości filmów, nawet nie zamierzonych jako „kino społeczne” czy „polityczne”, doskonale widać było problemy, o których do niedawna amerykańscy oburzeni krzyczeli w Zuccotti Park.
Najlepiej pokazała to retrospektywa Joe Swanberga, wyrastającego pomału na klasyka kina niezależnego. Choć Swanberg w tym roku skończył dopiero trzydzieści lat, ma już na koncie trzydzieści filmów. Zadebiutował w 2005 roku, więc, jak łatwo policzyć, kręci około pięciu rocznie. Koszty filmów Swanberga wahają się od 800 do kilkudziesięciu tysięcy dolarów – nawet jak na standardy kina niezależnego (gdzie budżety także zaczynają sięgać milionów) to w zasadzie darmo.
Swanberg na planie praktycznie wszystko robi sam: reżyseruje, pisze, fotografuje (tanią cyfrową kamerą, bez sztucznego oświetlenia), montuje, gra jako aktor. Jego filmy to kameralne dramaty o problemach współczesnych dwudziestolatków walczących o utrzymanie się w klasie średniej. Są nieźle wykształceni, ale nie mogą znaleźć pracy innej niż śmieciowa, potwornie zadłużeni (kredyty studenckie, karty kredytowe) i nie mają szans na kupno własnego domu. Miotają się od jednego krótkotrwałego związku do drugiego, coraz więcej relacji międzyludzkich (od przyjaźni do seksu) przenosząc zresztą do internetu, na portale społecznościowe, randkowe itd. Rozmawiają przede wszystkim przez Skype’a, z przyjaciółmi kontakty utrzymują przez Facebooka, partnerów seksualnych szukają na Craigslist. Seksualne kontakty często także odbywają za pośrednictwem sieci – w filmach Swanberga ciągle powtarza się scena, w której bohaterowie masturbują się, patrząc na robiącego/robiącą to samo partnera/partnerkę po drugiej stronie kamery internetowej.
Wszystko rozgrywa się w kameralnej, domowej przestrzeni. Aktorzy są fotografowani w zbliżeniach; to na ich grze spoczywa cały film. Nie są zawodowcami: zdradzają to ich ciała, ukształtowane przez
zupełnie inny „reżim atletyczno-kosmetyczny” niż ten, jakiemu poddawane
są ciała zwykle pokazywane na ekranie. Kamera Swanberga głęboko wnika w intymność postaci, pokazując je w
trakcie czynności seksualnych inscenizowanych tak naturalistycznie, że
czasem ma się wrażenie, że obcuje się z amatorską pornografią.
Swanberg kręci bez scenariusza, aktorzy współtworzą postacie, a film rodzi się w ramach dynamicznej interakcji ekipy. Dlatego też często okazuje się, że jest o czymś zupełnie innym, niż zakładano, przystępując do zdjęć.
Nietrudno zgadnąć, że taki model produkcji niespecjalnie pozwala się utrzymać z kręcenia filmów. We Wrocławiu prowadziłem dyskusję zatytułowaną „Small Budgets – Big Opportunities?” z udziałem Swanberga i Micheala Tully’ego. Tworzą w podobny sposób: większość ekipy to znajomi i przyjaciele pracujący za darmo w czasie wolnym; sprzęt też pożycza się od przyjaciół czy zaprzyjaźnionych instytucji, które chwilowo go nie potrzebują. Swanberg chwalił ten model – przy dużym budżecie nikt nie pozwoliłby mu kręcić bez scenariusza czy nagle całkowicie zmienić temat filmu.
Ale obaj twórcy mówili także o kosztach takiego stylu życia. Tully przyznał, że na swoich filmach nie zarobił nic, a po debiucie (Cocaine Angel) przez pięć lat nie mógł się wygrzebać z długów. Swanberg przez długi czas utrzymywał się, projektując strony internetowe, dopiero od niedawna zarabia na filmach. Z pięciu nakręconych rocznie sprzedaje dwa, co pozwala mu spłacić długi z poprzedniego roku i sfinansować pięć następnych produkcji – i tak w koło Macieju. Obaj przyznają, że mają już trochę dosyć. Gdyby tylko Hollywood chciało ich kupić, chętnie zrobiliby film za duże pieniądze, przy okazji normalnie płacąc ekipie.
Swanberg i Tully żyją tak, jak postacie, które portretują. Ten filmowy akt autoreprezentacji ma głęboko polityczny wymiar, zwłaszcza w kontekście tego, co niedawno działo się w Nowym Jorku i Oakland. Zapytany przeze mnie, czy uważa swoje kino za polityczne, Swanberg odpowiedział, że tak, choć nie w klasycznym sensie: jego postacie nie wykrzykują politycznych haseł, nie składają światopoglądowych deklaracji. Pokazywana w jego filmach w zasadzie wyłącznie biała klasa średnia – niepewna jutra, „niedorobiona” – i tak jest względnie uprzywilejowana na tle czarnej ludności z getta czy nielegalnych imigrantów z Meksyku. Swanberg często bywał zresztą krytykowany z lewej strony za to, że portretuje wyłącznie „białych heteroseksualistów z klasy średniej”. Jest to jednak jego świadomy wybór; jak mi wyjaśniał, rozwój technologii, niskie koszty i łatwość realizowania filmów sprawiają, że grupy wykluczone mogą same reprezentować siebie i swoje problemy na ekranie, nie potrzebują do tego wykształconych w szkołach filmowych filmowców z klasy średniej. Gdy każdy może w kinie mówić we własnym imieniu, arogancją byłoby przemawiać za niego.
Swanberg mówi więc w imieniu grupy społecznej, do której sam należy – pierwszego pokolenia Amerykanów z dolnych warstw klasy średniej, które nie załapie się na amerykański sen, w większości skazanego na życie w znacznie gorszych warunkach niż pokolenie ich rodziców.
Ponura wizja Ameryki wyłania się także z filmu innego weterana amerykańskiego offu – Kevina Smitha. Jego najnowszy film, Red State, to przepuszczony przez charakterystyczne dla Smitha wulgarne, obsceniczne poczucie humoru horror gore. Tytuł (czerwonymi nazywa się w Ameryce stany głosujące na republikanów) wskazuje, że akcja filmu będzie się rozgrywać w Ameryce, gdzie duchową władzę sprawują telewizyjni ewangeliści i konserwatywni spikerzy radiowi. Trzech nastolatków z zamożnej klasy średniej skuszonych internetowym ogłoszeniem kobiety szukającej młodych partnerów do czworokąta trafia w pułapkę zastawioną przez polujących na grzeszników wiernych skrajnie fundamentalistycznego kościoła prowadzonego przez pastora Abina Coopera. Wierni pastora to partyzanci w amerykańskiej „wojnie kulturowej” – protestują na pogrzebach gejów, pikietują gejowskie kluby. To partyzantka w najbardziej dosłownym sensie: przekonani o zbliżającym się armageddonie wierni gromadzą w swoim kościele arsenał wystarczający do uzbrojenia przynajmniej jednej wojskowej kompanii.
Z filmu Smitha wyłania się bardzo pesymistyczny obraz Ameryki: z jednej strony niewinna i otwarta, ale zupełnie skretyniała młodzież; z drugiej religijny fundamentalizm, który nie cofa się przed przemocą, dając rządowi pretekst do autorytarnych działań. Wygląda tak, jakby nic się nie zmieniło w Ameryce od czasów prezydentury Busha jr.
Nawet pomyślany jako feel-good movie Do rana Conrada Jacksona ma dość pesymistyczny wydźwięk. Film realizuje dobrze znany schemat fabularny: chłopak spotyka dziewczynę, widać, że mają się ku sobie i że jest to raczej początek czegoś więcej niż przygoda na jedną noc. Okazuje się jednak, że bohater jest chory na raka, a noc, jaką spędza z dziewczyną, jest ostatnią przed poważną operacją mózgu. Może sobie na zresztą pozwolić na leczenie tylko dlatego, że stworzył jako bardzo młody człowiek portal internetowy, który sprzedał po dość korzystnej cenie. Choć ma pieniądze, jego jutro jest tak samo niepewne (nie tylko przez chorobę) jak jutro postaci z kina Swanberga.
Do rana, choć formalnie też jest „kinem niezależnym”, od filmów Swanberga dzieli przepaść. Nakręcono go profesjonalną kamerą, wszystko jest w nim piękne: Los Angeles nocą, hipsterski dom dziewczyny i oczywiście główni bohaterowi: on smukły blond-efeb (Parker Croft), ona ciemnooka, lekko egzotyczna piękność z burzą czarnych włosów (Emilia Zoryan). Do rana ma pewien urok, ale jest tak wykalkulowany, że nie potrafiłem mu się w ogóle poddać – zbyt wiele widziałem już na ekranie podobnych historii.
Na tle tego ponurego obrazu wyróżniał się tym bardziej nowy film Whita Stillmana Damsel in Distress. W latach 90. Stillman nakręcił trzy filmy: Metropolitan, Ostatnie dni disco i Barcelonę. Wszystkie bardzo podobne: wyrafinowane, erudycyjne, oparte na dialogu, rozgrywające się wśród dwudziestokilkulatków z wyższej klasy średniej, którzy odbijają się od klasy wyższej, czy świata konsekrowanej produkcji kulturowej, do którego aspirują. Kino to w równej mierze zadłużone było u Rohmera, co zanurzone w klasycznym Hollywood – przede wszystkim musicalu i screwball comedy.
Te musicalowe tropy szczególnie widoczne są w Damsel in Distress. Film rozgrywa się w typowym dla Stillmana otoczeniu społecznym: tym razem nie w wielkim mieście, ale w jednym z prestiżowych amerykańskich college’ów. Jest niezwykle formalny, przestylizowany, każda scena zagrana jest przesadnie, poza realistycznym kluczem; na tym samym (przesadzie, stylizacji) opiera się konstrukcja każdej postaci.
Bohaterowie filmu to zbiorowisko dziwaków: prowadząca Centrum Pomocy Potencjalnym Samobójcom (leczy ludzi z kliniczną depresją głównie za pomocą tańca) królowa kampusu, która marzy o wynalezienia nowego tańca na miarę charlestona czy walca, okazuje się ciężką neurotyczką skrywającą swoją prawdziwą tożsamość; chłopak studiujący przez ósmy rok pedagogikę udaje przed dziewczynami, które notorycznie podrywa, pracownika „sektora rozwoju strategicznego”; student z Francji przekonuje swoje dziewczyny, że jako „wyznawca religii katarów” może uprawiać tylko seks analny, gdyż tylko on jest dostatecznie oderwany od stanowczo potępianej przez katarów prokreacji itd. Wszystkie te postacie mistyfikują i demistyfikują swoje kolejne tożsamości, przybierają pozy, powtarzają komunały, a obok tego, niepostrzeżenie, dokonuje się w nich – jak w bohaterach wszystkich filmów Stillmana – proces „edukacji sentymentalnej”. Dawno nie bawiłem się tak dobrze w kinie.
Po seansie rozmawiałem o Damsel in Distress z młodym krytykiem uchodzącym za zdecydowanie mniej lewicowego niż ja. Z niesmakiem powiedział, że nie widzi żadnego powodu, dla którego ten film powstał. Ja też nie, ale jestem w stanie bronić znaczenia rzeczy tak rozkosznie bezużytecznych – jakkolwiek konserwatywne by to było i jakkolwiek słusznie oburzona byłaby rażąco nieprzystająca do tego filmu „prawdziwa Ameryka”.
Na podobny temat
|
@Spokojny "Overall proponuje...
Pomysł, żeby na każdą parę przypadało...