|
Każdy ma swoją piosenkę – miejsce w muzyce, w którym czuje się bezpiecznie; utwór, którym potrafi się opisać. Zarówno ruchy społeczne, jak i pokolenia, kontr- i subkultury, miasta czy osiedla mają własne piosenki. Chociaż „własny” nie jest tutaj zbyt szczęśliwym słowem: melodie pieśni mogą być zawłaszczane, piosenka może zostać przejęta przez kogoś, komu obce są jej wartości. Na szczęście, jeśli okazuje się tego warta, zawsze można ją odzyskać, chociaż czasami wydaje się to trudne. W przestrzeni miejskiej piosenki konkurują z muzycznymi przebojami, którymi bombardowani jesteśmy z radia, telewizji, głośników w sklepach i wyskakujących reklam internetowych. Piosenki z rzadka są dziś przebojami.
W pewnym momencie niektóre piosenki stają się „pieśniami” (nie ma to nic wspólnego z ich formą muzyczną), zaczynają wtedy funkcjonować w świecie idei i wykraczają poza uniwersum zwyczajnych utworów muzycznych. Dzieje się to, gdy odpowiednio dużo ludzi potrafi piosenkę zanucić, zaśpiewać i się z nią utożsamić. Pieśni kojarzą się z wzniosłością, powagą i „bardami” – a szkoda, bo to bardzo ładne określenie. Oprócz Warszawianki, Roty i Murów, spokojnie można by je nadać takim utworom jak Jestem Bogiem Paktofoniki czy Anarchy in the UK Sex Pistols.
Bez znajomości piosenek trudno pojąć współczesność i naszą wspólną przeszłość. Tworzą popularną wykładnię wielkich książek i idei, są zapisem nastrojów społecznych. Bywa, że uważne słuchanie i lektura pieśni oraz piosenek daje więcej niż opasłe tomy.
W kolejnych tekstach będziemy przyglądać się pieśniom i piosenkom rewolucyjnym, wolnościowym i partyzanckim. Dzisiaj będzie o Warszawiance, po odśpiewaniu której przez uczestników Kolorowej Niepodległej, policja poprosiła, żeby nie wykonywać więcej piosenek nawołujących do przemocy.
***
Warszawianka została napisana pod koniec XIX wieku, a nazywana jest zwyczajowo Warszawianką 1905 roku, bo to podczas wystąpień rewolucji 1905 roku zdobyła rozgłos. Od tego czasu towarzyszyła ruchom robotniczym, rewolucyjnym i wolnościowym – przede wszystkim w Polsce, w Hiszpanii (przetłumaczona na hiszpański w 1936 roku, dzisiaj jest oficjalnym hymnem CNT – Krajowej Konfederacji Pracy) i w Rosji (przetłumaczona na rosyjski w 1900 roku).
Polakom Warszawiankę na kilkadziesiąt lat obrzydzono – była ona obowiązkowym punktem wszystkich szkolnych akademii i imprez na cześć partii. Podobnie było w Związku Radzieckim, wyraz buntu przeciw opresji caratu stał się symbolem tyranii nowego typu. We wzruszającym filmie Młodość Maksima z 1936 roku Grigorijowi Kozincewowi i Leonidowi Traubergowi udało się pokazać, że pieśń może być ostatnim możliwym sposobem na wykrzyczenie swoich racji (i siebie), a także to, jak bardzo przeszkadza ona władzy. Jeśli piosenki nie da się zniszczyć, trzeba ją wówczas przechwycić i wykorzystać po swojemu – i właśnie to zrobili pośrednio reżyserzy filmowej trylogii o idealnym, nieistniejącym rewolucjoniście Maksimie. Sowieci byli mistrzami w przejmowaniu na własny użytek melodii – w chwilach, w których potrzebna była mobilizacja narodu, radzieccy inżynierowie kultury brali na warsztat piosenki z dawnych czasów, nawet te najbardziej reakcyjne. Stare, dobrze znane piosenki (czasami zmieniano cały tekst, czasami wystarczyła kosmetyczna zmiana „russkij” na „sowietskij”) służyły jako katalizator i bezpiecznie oswajały nostalgię za dawnymi czasami.
„Warszawianka” najbardziej popularna jest w Hiszpanii, gdzie jako „A las barricadas” jest wykonywana do dzisiaj. Jej notowania nigdy nie spadły i od momentu powstania jest otoczona swoistym kultem. Piosenki z hiszpańskiej wojny domowej szczególnie chętnie grają zespoły zgromadzone wokół sceny punk-rockowej.
Takie przejęcie niesie jednak ze sobą ryzyko radykalnego zawężenia grona odbiorców i wykonawców pieśni. Od całego społeczeństwa do jednorazowego wystąpienia w przyjaznym gronie, od wyzwolenia mieszkańców całego świata do zniewolenia jego wybranej części. I nie chodzi tu o dosyć bezpieczne przekształcenia, jak w przypadku polskich klonów Warszawianki – Łodzianki i Na dzień 1 Maja. Sprawa jest poważna.
W ten sposób rodzą się tutaj dwie bardzo istotne kwestie – do kogo śpiewać i jak się do tego kogoś zwracać, by zrozumiał.
Kto jest adresatem pieśni Wacława Święcickiego? Kto właściwie ma wznieść sztandar całej ludzkości? Kim są owi „my”? Gdzie dzisiaj stoi „szafot”? Gdzie „plutokraci”?
Apel Warszawianki kierowany jest do całego świata, a wyśpiewanie go naprzeciw Marszu Niepodległości, jakkolwiek niedorzecznie to zabrzmi, nie miało charakteru konfrontacyjnego. Czasami jedynymi odbiorcami są osoby, które wykonują pieśń – śpiewając Warszawiankę odwołują się do samych siebie, przywołując swoją tradycję. W stosunku do walecznej pieśni, taka postawa wydaje się bierna, ale bycie i działanie w grupie jest już jakimś oporem. Takie wykonanie nie jest agresywne i wymierzone przeciwko komukolwiek, pieśń nie wznieca zamieszek – stanowi jedynie ujście emocji i niewypowiedzianych postulatów1. Ludzie pragnący dzisiaj zmian, nie mogą ze stanowczością buntowników poprzednich epok wskazać tych, przeciwko którym występują. Dawne piosenki miały siłę personalnego oskarżenia. Dzisiaj mogą wyrażać tylko tęsknotę za realnymi, namacalnymi przeciwnikami. Zniknęły też szafoty, przynajmniej w bezpiecznym świecie zachodnich demokracji. Karą za walkę z wykluczeniem i naznaczeniem może być tylko ich większe natężenie; w skrajnych przypadkach można pójść do więzienia – ale nawet terroryści z RAF-u mogą zostać wypuszczeni na wolność. Może w takim wypadku, słowa Warszawianki trzeba napisać od nowa?
Nie. Warszawianka jest echem czasów, w których pieśń była sztandarem – transparentem, którego nie trzeba malować. Przez pierwsze słowa Warszawianki czy przez cały Czerwony sztandar (pieśni te mają wspólny rodowód) przebija duma, jaka wynika z manifestowania, wpychania treści w obojętną lub niechętną przestrzeń publiczną. Warszawianka jest pieśnią wyrażającą socjalistyczne ideały, a przy tym nie odwołuje się do obcych tradycji. Maria Janion zalicza ją w Reducie do trzech najważniejszych pieśni dla nowożytnego polskiego patriotyzmu (obok… Jeszcze Polska nie zginęła i Boże! coś Polskę). Pieśń ta jest ubitą ziemią, na której konfrontujemy się z obcymi, wrogimi siłami, na której jednocześnie obiecujemy sobie tryumf pracy, sprawiedliwości i „wszystkich ludów zbratanie”. Zamiast operowania prostą bolszewicką symboliką, tłumaczy ona, dlaczego czerwień łączy się z ruchem socjalistycznym. Pieśni tej nie umieścisz na błyszczącej koszulce obok Che Guevary, nie wpleciesz w krótki dialog między politycznymi przeciwnikami. Trzeba ją zaśpiewać, przeżyć – to w pieśni zaczyna się zmiana. Od jej interpretacji i od tego, czy ktoś z nami zaśpiewa i podobnie ją zrozumie, zależy to, dokąd pójdziemy dalej.
Oczywiście socjalizm socjalizmem, ale parę minut, w których zawieszamy czczą gadaninę nad degrengoladą moralną Ziemkiewicza oraz „łysych” i śpiewamy – my, dzieci iPodów i Nowego Wspaniałego Światu – o roboczym ludzie, który ginie za młodu, sprawia, że wchodzimy w rolę kogoś, kim nie jesteśmy. Trudno wykonać nam tę pieśń bez krytycznego osądu. Oczywiście tylko niektóre pieśni nadają się na takie chwile, w których łatwo o manipulację. Warszawianka jest „nasza” ( wolnościowa, antysystemowa, polska i zarazem niewykluczająca innych), a jedynym sposobem na to, by nie straciła ona swojego znaczenia, jest praktykowanie jej w odpowiednich okolicznościach.
Jak silnie, na dobre i na złe, Warszawianka i pokrewne jej pieśni mogą zaktywizować społeczeństwo, niech świadczy to, że w 1900 roku po powrocie z zesłania, Lenin stwierdził: „nie mamy własnych pieśni rewolucyjnych, ponieważ nasz ruch robotniczy jest zbyt młody i nie ma jeszcze masowych wystąpień politycznych, jak w Polsce czy na Zachodzie. Lecz takie pieśni powinny być, a dopóki się w toku walki nie pojawią, należy rozpowszechniać polskie przekłady oraz inne pieśni”.
Warszawianka jest jednak poniekąd zabezpieczona przed przypisaniem jej tendencji niezgodnych z intencjami śpiewających. Odnosi się do konkretnych wydarzeń historycznych (rewolucji 1905 roku); operuje w kontekście socjalistycznym – choć nie do końca określonym, wszakże „niepewne jutro niczyje”; jest jednocześnie pieśnią z nurtu narodowo-romantycznego („gdy ludy chodzą w koronie cierniowej”), odwołuje się także do kontekstu lokalnego – samej Warszawy, której nazwa pada po „Marsz, marsz”, a w tym miejscu wypadałoby przecież wymienić nazwisko Dąbrowskiego.
Z tych wszystkich powodów rozważanych z osobna, Warszawianki śpiewać nie można – łatwo tu znaleźć coś do nielubienia. Gdy jednak zbierzemy te powody wszystkie razem i świadomie odniesiemy się do słów pieśni, ukaże nam się pieśń, która obejmuje interesy najprzeróżniejszych grup, pieśń zdolna apelować i do uczestników marszu narodowców. Zatem wołamy: droga policjo! Nie przeszkadzaj nam w śpiewaniu!
Korzystaliśmy z Reduty (1979, Warszawa) Marii Janion i pracy Bogdana Zakrzewskiego Sztandar i krew: studia monograficzne o najgłośniejszych pieśniach Wielkiego Proletariatu (Wrocław 1982).
1Zauważmy, że ostatnie protesty wyrażane przemocą (bitwy z policją na przedmieściach Paryża w 2005 roku i tegoroczne zamieszki w Londynie) nie miały „swoich” pieśni – jedynym muzycznym po nich śladem są przeestetyzowane kawałki adresowane do klas wyższych – jak Stress zespołu Justice czy oswojony brytyjski grime.
Na podobny temat
|
@Spokojny "Overall proponuje...
Pomysł, żeby na każdą parę przypadało...