|
Ken Hillman jest pierwszym Australijczykiem, który ukończył specjalizację w zakresie intensywnej terapii. Jest również pomysłodawcą zespołów urazowych, które zrewolucjonizowały pracę OIOM-ów. Mimo tego – a może właśnie z tego powodu – napisał książkę, w której intensywna terapia poddana jest nawet nie krytyce, ale wręcz dekonstrukcji. Hillman pokazuje, że lekarze pracujący na OIOM-ach nie zajmują się tak naprawdę leczeniem – czyli tym, czym powinni się zajmować, jak sama nazwa wskazuje – lecz podtrzymywaniem życia.
Cóż złego jest w podtrzymywaniu życia, mógłby ktoś zapytać. Czy nie po to zostały OIOM-y wymyślone, aby podtrzymywać funkcje życiowe tak długo, aż uda się pacjenta wyleczyć? Oczywiście, że tak – brzmi odpowiedź. I wraz z tą odpowiedzią zaczyna się problem. Podtrzymywać życie można również w przypadkach, gdy o żadnym wyleczeniu nie może być już mowy. Albo dokładniej: gdy szanse wyleczenia zbliżają się do zera. Tutaj rodzi się jeden z problemów, na który nie mamy dobrej odpowiedzi: Nikt nie jest w stanie przewidzieć z dokładnością 100%, że pacjent umrze. Cuda nie istnieją, ale cudowne wyleczenia się zdarzają. Czy w związku z tym 99,99 procent tych, którzy cudom nie podlegają, ma leżeć i czekać na taką ewentualność? Bo a nuż jutro albo jeszcze w tym tygodniu ktoś w końcu wynajdzie lekarstwo na raka. Nie można przecież tego wykluczyć.
W Polsce jest nawet jeszcze gorzej. Co bardzie radykalni publicyści sprzeciwiają się również definicji śmierci mózgowej. Czy w związku z tym pacjent powinien leżeć podłączony do respiratora, aż do momentu, gdy zacznie gnić? Czy OIOM-y powinny być zamienione we współczesne cmentarzyska, bo przecież nie wiem, czym jest śmierć – a przynajmniej nie wie tego Wildstein – więc zawsze może się okazać, że pacjent-trup wróci do życia. Zważywszy, że dzień pobytu na OIOM-ie kosztuje społeczeństwo polskie około 4,5 tys złotych, to rozumiem, że koszta te będą refundować osoby podważające definicje śmierci mózgowej. Oczywiście to fantastyka, która nam raczej nie grozi, ale istnieje też problem prawdziwy. A w swej prawdziwości banalny: Nie chcemy i nie potrafimy umierać.
Dlaczego mielibyśmy chcieć? Skąd mielibyśmy potrafić? W końcu nigdy wcześniej tego nie robiliśmy, ale jeśli naprawdę chcielibyśmy umrzeć, to szansa, że wylądujemy na OIOM-ie, nie jest aż tak znowu duża. Nasza nieumiejętność i niechęć są więc poniekąd naturalne. Tylko do jeszcze niedawna nie miały żadnego znacznie. Mogliśmy sobie nie chcieć i nie umieć, ale co z tego. Nikt nas nie pytał o zdanie. Po prostu umieraliśmy. A potem powstały OIOM-y. Dzięki nim możemy podtrzymywać czynności życiowe przez całe dni, tygodnie, miesiące. A pytanie: czy życzy pan/pani sobie umrzeć, staje się coraz bardziej realne i zasadne. Ale i tutaj jest mały haczyk. Większość pacjentów OIOM-ów pozostaje nieprzytomna. Więc pytanie to, kieruje się nie do nich samych, lecz do krewnych czy bliskich.
Oczywiście zdarzają się tacy krewni i tacy bliscy, którym nie wystarczy nasz ciężki wypadek, ale po prostu pragną naszej śmierci. Ale nawet oni rzadko opowiedzą pozytywnie na tak postawione pytanie. Skoro mamy umrzeć, to lepiej, żebyśmy zrobili to „naturalnie”. Przynajmniej nikt nie będzie podejrzewał bliskich. Lekarze potwierdzą, że ci prosili, aby zrobić wszystko, co się da. A społeczeństwo niech płaci. Służba zdrowia jest ciągle prawem, a nie towarem. Nawet, jeśli przestaje być służbą zdrowia, a staje się służbą podtrzymywania życia.
Obraz oddziałów intensywnej terapii, jaki wyłania się z książki Hillmana, jest dość przerażający. OIOM-y jawią się jako taśmociągi, na których zadawane są pacjentom przenajróżniejsze tortury, w nadziei, że któraś z nich a nuż uratuje im życie. W większości przypadków tak się nie dzieje. Wbrew temu, co oglądamy we wszystkich Hożych doktorach i Ostrych dyżurach tego świata, tylko piętnaście procent pacjentów z poddanych zabiegom resuscytacyjnym przeżywa. Większość z nich nie dłużej niż rok. Raz wciągnięci na OIOM-owy taśmociąg nie mają praktycznie możliwości się z niego wydostać. Nie wiem, jak to wygląda w Polsce, ale w Wielkiej Brytanii i Australii, o których pisze autor, brakuje nawet odpowiednich procedur. Np. ubezpieczenie może pokrywać przylot pacjenta na oddział. Ale nie ma możliwości, aby odwieźć go z powrotem, nawet jeśli lekarz uzna, że dalsze leczenie nie ma sensu, a rodzina się zgodzi i będzie chciała, aby ich np. dziecko mogło umrzeć w domu.
Samo przedłużanie życia potrafi być równie szkodliwe, jak zbawienne. Wkładane do ciała rurki mogą spowodować nie tylko zapalenia płuc czy posocznicę, ale również zespół stresu pourazowego. Zanik mięśni czy włosów, blizny, problemy z poruszaniem, poczucie osłabienia, bóle to właściwie standard, z którym pacjent musi nierzadko mierzyć się już do końca życia.
To oczywiście nie znaczy, że należy OIOM-y zlikwidować i pozwolić ludziom spokojnie umierać w łóżkach czy na miejscach wypadków. Choć może… Łóżko w domu wydaje się jednak bardziej komfortowym miejsce do umierania, niż oddział szpitalny, na którym czeka nas niezawodna rurka w nosie. Techniki medyczne ciągle się rozwijają, ale śmierć nie wydaje się przypadłością, z którą mogą dać sobie radę lekarze w możliwym do przewidzenia czasie. Wszystko wskazuje, że nadal będziemy umierać. Więc może przynajmniej powinniśmy mieć tyle wolności i wiedzy, aby móc wybrać rodzaj śmierci. Tym bardziej, że niemożliwość, nieumiejętność czy niechęć dokonania takiego wyboru wiąże się ze sporymi kosztami społecznymi. To nie tylko 4,5 tys za dobę, ale również tysiące, dziesiątki czy setki tysięcy złotych wydanych na zabiegi, które mogą przedłużyć życie o dni, czy tygodnie, ale wcale nie muszą. To okrutna matematyka, bo przecież życie jest bezcenne, ale możemy jedynie udawać, że taka matematyka nie istnieje. Strach czy nieumiejętność podjęcia decyzji powodują, że ograniczone zasoby są wydawane, aby przedłużyć czyjeś (najczęściej nieprzytomne) życie o kilka dni. Śmierć jest studnią, w którą możemy wrzucić dowolną ilość gotówki, ale przez to nie przestanie istnieć. Ciągle jednak są ludzie, którzy może nie potrzebują intensywnej terapii, ale każdy grosz mógłby odmienić ich życie na lepsze. Jest to debata, której raczej nie uda się nam uniknąć.
Potencjalnym wyjściem według Hillmana okazuje się – nienazwany tak wprost, ale jednak – socjalizm: „Zdrowie jednostek i społeczeństwa w dużej mierze zależy od czynników zewnętrznych, takich jak warunki mieszkaniowe, zatrudnienie, status socjoekonomiczny, wymiar sprawiedliwości i oświata. Każde z tych królestw, mimo dobrych chęci, zazdrośnie strzeże własnych źródeł finansowania, własnego etosu i wewnętrznej struktury zaspokajania osobistych ambicji. Władza koncentruje się w rękach dobrze opłacanych osób zamieszkujących eleganckie przedmieścia. System nagradza spojrzenie ograniczone do wewnątrz i koncentrację na wyizolowanym procesie zamiast potrzebach społeczności. Proces budowania systemów skoncentrowanych na pacjencie dopiero się rozpoczyna”.
I dopóki się nie zakończy, jak zobaczycie mnie nieprzytomnego, proszę, nie dzwońcie po karetkę.
Ken Hillman, Oznaki życia. Przypadki z intensywnej terapii, przeł. Urszula Jachimczak, Wydawnictwo Znak, Kraków 2011.
Na podobny temat
|
@Spokojny "Overall proponuje...
Pomysł, żeby na każdą parę przypadało...