|
Błażej Dzikowski debiutował powieścią Pies, kiedy chodziłem jeszcze do liceum. Pewnie bym zresztą o tym nie wiedział, gdybym nie uczęszczał na warsztaty literackie do Staromiejskiego Domu Kultury. Na którychś z zajęć prowadząca Maria Cyranowicz postanowiła nam udowodnić, że jeśli wydaje nam się, że coś wiemy o najnowszej literaturze, to się nam wydaje. I jako przykład padła powieść Pies, o której – rzeczywiście nikt z nas nie słyszał. A przecież dostała ona jakieś nagrody i nawet Michał Witkowski ją chwalił. (W „Nowych Książkach” co prawda, więc cóż, ale zawsze.) Dzikowski miał wtedy dwadzieścia sześć lat, czyli tyle, co ja teraz i niezbyt wiele szczęścia. Rok 2002 był rokiem debiutu Masłowskiej, która za jednym zamachem zgarnęła cała uwagę, jaką mainstreamowi recenzenci byli gotowi poświęcić młodej prozie. Jednocześnie do pewnego stopnia przeczyściła złącza i sprawiła, że w ogóle zaczęli się młodą prozą interesować, ale dla Dzikowskiego było już za późno. Witkowski chwalący go w „Nowy książkach” nie mógł równać się z Pilchem i Świetlickim. Był przecież wtedy skromnym doktorantem na Uniwersytecie Wrocławskim, autorem niewielkiego zbiorku zgrabnych opowiadanek pt. Copyright. Prawie nikt o nim nie słyszał.
Minęło osiem długich latach – długich przynajmniej dla mnie, choć dla Dzikowskiego pewnie też – i oto po tomie opowiadań i powieści Brokat w oku ma on szansę dotrzeć ze swoją prozą do tzw. szerokiego grona. Książka Strażnik parku ma wiele przesłanek, żeby stać się popularnym czytadłem i młodzieżowym bestsellerem. Tytułowy bohater jest domorosłym superbohaterem i jego właśnie historię całkiem sprawnie opowiada Dzikowski. Któż nie kocha superbohaterów? Kto w szkole nie marzył, że któregoś dnia rozprawi się ze wszystkimi niegodziwcami, ten zapewne nie ma potrzeby czytania o tym w książkach. Ale, ci którzy marzyli, zapewne chętnie to zrobią. A jest ich milion. Czy taki będzie również nakład Strażnika…? Nie sądzę. Nie sądzę tak z kilku powodów i większość z nich nosi znamiona złośliwości. Nie da się ukryć, że Dzikowski potrafi pisać. Nie ma też powodu tego ukrywać. I nie zamierzam tego robić. A jednak powieść Dzikowskiego spłynęła po mnie jak przysłowiowa woda po kaczce. Być może jest to wyłącznie moja, i tylko moja, wina. Ale zanim nastąpi ten akt ekspiacji pozwolę sobie jeszcze na słów parę. Książką zaczyna się od brawurowego motta Strażnika Parku: „Mam takie marzenie. Śnię taki sen. Dobrzy ludzie złapią wszystkich złych ludzi i zamkną ich w sali tortur. I dobrzy ludzie będą skakali złym po karkach, będą ich bili metalowymi pałkami, będą ich gazowali, razili prądem. A potem dobrzy ludzie zabiją wszystkich złych ludzi. Jakąś brutalną metodą, na przykład w wielkiej kuchence mikrofalowej. Źli będą umierali w męczarniach, gotując się żywcem, od środka. I na świecie zostaną tylko dobrzy ludzie. I będzie spokój.” Piękny cytat, czyż nie? Osobiście byłem zachwycony. Ale potem było już tylko gorzej. To znaczy lepiej. Pojawił się optymizm. Pojawił się już na samym początku i mimo kilku sinusoid trwał aż do szczęśliwego końca. Dobrzy ludzie nie zabili złych ludzi w męczarniach. Choć Strażnik Parku trochę próbował i nawet zdarzały mu się prawie faszystowskie momenty. Przez chwilę był nawet prawicowcem. A przynajmniej głosił prawicowe argumenty, jakoby zabijanie dzieci nienarodzonych było złe. No, jeśli chcieliście wiedzieć, co polski Batman sądzi o aborcji, to już wiecie. Choć nie jest co do tego do końca przekonany. I ten brak przekonania niestety widać. I rynek książki niestety również. Być może jestem zboczony, że bardziej niż sama książka, interesuje mnie rynek. Ale tak już mam. Mam też wrażenie, że rynek ma z tą książką więcej wspólnego, niż mogłoby się na pierwszy rzut oka wydawać. A wydaje mi się tak zapewne dlatego, że przeczytałem na blogu Dzikowskiego: „Podpisałem umowę z wydawnictwem Świat Książki. Wynika z niej, że do końca stycznia roku 2010 muszę napisać nową powieść, więc piszę.” Ale nie tylko. W ogóle mam dość podłe wrażenie, że poprzednie książki Dzikowskiego były lepsze (z wcześniejszego Dzikowskiego czytałem tylko opowiadania), ale one nie nadawały się do Świata Książki. Dwie zostały wydane w Zielonej Sowie, specjalizującej się w niszowej poezji i lekturach szkolnych, a trzecia w wydawnictwie „Rzeczpospolitej”. Tak, tej „Rzeczpospolitej”. A jeśli nie wiedzieliście, że ma ona wydawnictwo książkowe, to nie wiedzieliście tak samo jak ja jeszcze niedawno. Otóż ma i publikują tam tak sławetni autorzy jak Jerzy Edigey, czy Karol Majcher twórca pamiętnej monografii pt. Bobowa. Historia, ludzie, zabytki. Czy można się dziwić, że będąc w tym towarzystwie pisarz nie przebił się do szerszej świadomości? Oczywiście mogę się mylić, ale mam wrażenie, że Strażnik… jest wyrazem rozczarowania. Nie chcecie czytać tego, co piszę, to napiszę tak, żebyście czytać chcieli, bo przecież potrafię. Dzikowski potrafi. I co z tego? Dla mnie niewiele. Choć należę do licznego grona targetu marzącego w młodości o byciu superbohaterem, to Strażnik parku mnie nie przekonuje. Nie tylko dlatego, że nie jest wystarczającym faszystą, jak to superbohaterowi przystoi. Ale może właśnie dlatego, że nie może się zdecydować, czy ma być faszystą, czy nie. I dlatego, że wszystko kończy się dobrze. A te dobre zakończenie widać już na pierwszych stronach. To chyba się nazywa schematyczność. Teoretycznie nie można się niczego innego po superbohaterach spodziewać. Ale to tylko teoretycznie. Praktycznie popkultura pełna jest dzieł o superbohaterem niejednoznacznych. Postmodernizm mamy już od jakiegoś czasu. Byli już nie tylko superbohaterowie, ale i antybohaterowie i antysuperbohaterowie. Więc, choć chętnie pochwalę Dzikowskiego za styl, temat, tło socjologiczne, to już nie za książkę. Bo te wszystkie konieczne składniki nie złożyły się na dzieło. I pewnie nawet nie miały tego robić. Jest Strażnik… wielkim ukłonem w stronę mainstreamu, który w końcu ma doceniać zdolnego pisarza. I mam nadzieję, że to zrobi. Skoro góra nie przyszła do Mahometa, to Mahomet przyszedł do góry. Choć osobiście wolałbym, żeby Mahomet został w domu. Byłoby to chyba ciekawsze. Choć oczywiście również szkoda, że góra jest taka górna i chmurna. Gdyby pochyliła się czasem nad nami biednymi pszczółkami, to efekty naszej pracy zapewne byłyby lepsze. Wyszła mi socjalistyczna recenzja, a tak naprawdę nie jestem w stanie pojąć dlaczego Gabriel nie zadzwoni do swojej dziewczyny (cóż z tego, że pojechał do Gdańska, kursują tam pociągi, działają telefony), zamiast napieprzać się z dresiarzami, od których w prawdziwym świecie dostałby łomot, gdyby był taki bezczelny. Lubię superbohaterów, ale muszę im wierzyć. W Gabriela nie wierzę i nie wiem, czy ktokolwiek mógłby. A utożsamienie się jest kluczowe w tego rodzaju prozie. Mam wrażenie, że Dzikowski obciął pazury swojej prozie, by mogła trafić do tego mitycznego szerokiego odbiorcy i przy okazji obciął jej coś jeszcze. Pragnąc być przejrzysty i spójny niechcący ją wykastrował. Pisząc o Dzikowski nie mogę nie wspomnieć o żenującej recenzji Dariusz Nowackiego, który z książki zrozumiał tylko tyle, że dzisiejsza młodzież jest niegrzeczna, czego dowodem ma być zapytanie księdza prowadzącego religię: „Jak często Jezus wali konia?” Ciekawe, że krytyka nie dziwi, że lekcje religii odbywają się w teoretycznie państwowej szkole i dzieci muszą na nie chodzić, co może budzić w nich zrozumiałą frustrację, jeśli nie są wyznawcami tejże (religii, nie frustracji). Ale czemu nie chce wiedzieć, jak często Jezus wali konia? Przecież to naprawdę interesujące pytanie. Błażej Dzikowski, Strażnik parku, Świat Książki, Warszawa 2010.
Na podobny temat
|
@Spokojny "Overall proponuje...
Pomysł, żeby na każdą parę przypadało...