NOWOŚĆ W SKLEPIE KP

Partycypacja_okladka_150px.jpg

>>Już jest: KP30!

kp30_okladka_300px.jpg

Komentarze

CYTAT DNIA

Nie możemy tworzyć idei, które będą łączyć ludzi, jeśli stracimy kontakt z tym, jakie jest ich życie. Jeśli nie wiemy, jak uznać sposób, w jaki ludzie obserwują świat, odczuwają go i doświadczają, nigdy nie będziemy w stanie pomóc im w uznaniu samych siebie albo zmianie świata na lepsze.
Marshall Berman, Przygody z marksizmem

Katalog Książek KP

Książki w sklepie KP

Advertisement
Order software online
Kapela: Młodzi, piękni, wykluczeni Drukuj
Jaś Kapela   
20.01.2012

Wyświetlany tuż po Kabaretowym Klubie Dwójki serial Głęboka woda robi szczególne wrażenie. Widz, przyzwyczajony do biesiadnego poziomu programów, może przeżyć szok kulturowy albo pomyśleć, że kot mu siadł na pilocie i przełączył kanał. Czy Głęboka woda dowodzi, że zrobienie solidnego i misyjnego serialu jest w Polsce możliwe?

gleboka-woda.jpgSerial zwyciężył konkurs zorganizowany przez Ministerstwo Pracy i jest współfinansowany ze środków Unii Europejskiej w ramach Europejskiego Funduszu Społecznego. Gdyby nie te środki, pewnie nigdy by nie powstał. Możemy mieć w telewizji misję tylko wtedy, gdy zapłaci nam za nią Unia?

Producenci telewizyjni (choćby Ilona Łepkowska) lubią tłumaczyć poziom polskich seriali strukturą rynku medialnego. TVP nie może sobie pozwolić na zbyt wygórowany poziom, bo musi zadowolić siedem milionów widzów żądnych przygód rodziny Mostowiaków i ścigać się z TVN-em. Z kolej TVN nie ma żadnego obowiązku misyjnego, więc może (i musi) się ścigać z całym światem. Z takiego wyścigu telewizja nie ma prawa wyjść zwycięsko.

Głęboka woda przełamuje ten impas, ale tylko częściowo. W końcu trudno sobie wyobrazić, że Ministerstwo Pracy ogłosi konkurs na kolejne sezony. Niekoniecznie też jest to instytucja, która powinna finansować polską produkcję telewizyjną. Sytuację może zmienić zapowiadana przez prezesa KRRiT nowelizacja ustawy medialnej, zgodnie z którą każde gospodarstwo z podłączoną elektrycznością będzie miało obowiązek płacić abonament. Obowiązek, co prawda, jest już teraz, jeśli posiada się telewizor, ale brakuje sankcji za unikanie opłat, więc ich ściągalność nie sięga nawet czterdziestu procent. Co więcej, po nowelizacji państwo ma płacić abonament za osoby z tego obowiązku zwolnione. Da to mediom publicznym około 600 milionów rocznie. Czy dzięki tym pieniądzom telewizja stanie się bardziej misyjna? Czy raczej pozostanie nam jedynie radość, że gwiazdy tańczą na lodzie za nasze pieniądze?

Głęboko woda jest poniekąd sprawdzianem misyjnych możliwości mediów publicznych. Sprawdzianem zdanym jedynie połowicznie. Producent twierdzi, że główny bohater Wiktor, grany przez Marcina Dorocińskiego, ma być trochę jak doktor House, ale po kilku odcinkach szybko się orientujemy, że „trochę” czyni różnicę. Wiktor ma w sobie z doktora House może tyle, że też robi smutne miny. Więcej podobieństw nie zauważyłem.

Różnic między Głęboką wodą a podobnymi w założeniach serialami zagranicznymi jest więcej. W samej strukturze być może najbliżej byłoby mu do The Wire. Podobnie jak on próbuje przedstawiać wiarygodny obraz instytucji, w tym przypadku ośrodka opieki społecznej, i uwikłanych w jej działalność ludzi. W oddawaniu realiów Głęboka woda nie przeszła jednak wymyślonego przez Marka Raczkowskiego testu „pizda-chuj”. Na obrazku Raczkowskiego widzimy prezentera telewizyjnego, który ogłasza: „Korzystam z wolności słowa. Mogę powiedzieć «dupa» i nic się nie dzieje”, na co siedzący przed odbiornikiem mężczyzna odpowiada: „Spróbuj powiedzieć «pizda» albo «chuj», cwaniaczku”.

Podobnie jest w Głębokiej wodzie: serial osuwa się w idealizację. Niby pokazuje świat z bezdomnymi, ale ci bezdomni nie śmierdzą. W odcinku o bezdomności awanturujący się i każący nazywać „hrabią” mężczyzna okazuje się nim w rzeczywistości, a nielegalnie zamieszkiwany przez niego pałac naprawdę należał w przeszłości do jego rodziny.

Przecenia się też w Głębokiej wodzie rolę dziennikarstwa obywatelskiego, które jest jednym z pobocznych wątków serialu. Chłopak Miki pracującej w ośrodku prowadzi internetową telewizję. Po wyświetlonym przez nią reportażu rozwiązuje się problem pozbawionej domu rodziny powodzian. Tymczasem nawet najbardziej sprawnie działające obywatelskie media nie są w stanie zmienić polityki mieszkaniowej państwa. Gdyby głębiej poskrobać, mogłoby się okazać, że media obywatelskie często uwikłane są w liczne zależności, a obywatelscy dziennikarze nie mają czasu na pokazywanie problemów powodzian, bo muszą jakoś zarabiać na życie. Albo wolą się zajmować tropieniem spisku smoleńskiego.

Młodzi i piękni bohaterowie (Katarzyna Maciąg, Marcin Dorociński) raczej nie oddają wiarygodnie codziennego znoju pracy społecznej. W rzeczywistości nie byłoby ich pewnie stać na modne ubrania i samochody. Wiktor jeździ jeepem, a jego kolega heroinista (bohater jednego z odcinków) jest nie tylko przystojny, ale też zadbany i pięknie śpiewa. To oczywiście szczegóły, ale takie szczegóły budują prawdę opowiadanej historii. Dzięki takim szczegółom The Wire czy Bossa trudno oglądać bez napisów, bo można mieć problemy ze zrozumieniem branżowych slangów. W Głębokiej wodzie slangiem bohaterowie nawet nie próbują się posługiwać.

To wszystko nie przekreśla wartości serialu, który na tle telewizyjnych, rzekomo misyjnych produkcji pozytywnie się wyróżnia. „Nie zdziwiłabym się, gdyby serial został skrytykowany przez środowiska prawicowe, ponieważ on jest w najgłębszym sensie lewicowy” – mówiła Magdalena Łazarkiewicz „Gazecie Wyborczej”. Po emisji sześciu odcinków na razie takiej krytyki nie zauważyłem. Może nie jest on aż tak bardzo lewicowy? A może jednak trzeba powiedzieć „pizda”, jeśli się chce testować granice wolności słowa i tego, co można pokazać w publicznej TVP? Tutaj na przeszkodzie nie leżą pieniądze ani struktura rynku telewizyjnego, tylko mentalność. Pytanie tylko, czy nawet najbardziej publiczna i misyjna telewizja będzie chciała pokazywać rzeczy, których nie chce widzieć.

  

Komentarze
Dodaj nowy
ToMo  - Przytaczając   |22.01.2012 13:23:14
wypowiedź, zdaje się, Sandauera o twórczości Marka Hłaski: "Takiej Polski,
którą widzi mały Mareczek, nie ma" można powiedzieć, że (auto)cenzura
stosowana przez środki masowego przekazu dawno już przyćmiła dokonania Urzędu
ds. Kontroli z poprzedniego systemu. Systemu "onych", który nareszcie
stał się "nasz", przynajmniej na jakiś czas. Nasuwa się w takim razie
pytanie "czyj": "wolnych Polaków Prezesa i Dyrektora" czy
oportunistów Donalda a może nowej lewicy "KP". Reprezentanci każdej
opcji mają swoją wersję rzeczywistości, tymczasem ona, parafrazując Basię, lies
bleeding.
Napisz komentarz
Nick:
E-mail:
 
Strona www:
Tytu?:
UBBCode:
[b] [i] [u] [url] [quote] [code] [img] 
 
Prosz? wpisa? kod antyspamowy widoczny na obrazku.

3.26 Copyright (C) 2008 Compojoom.com / Copyright (C) 2007 Alain Georgette / Copyright (C) 2006 Frantisek Hliva. All rights reserved.”


Na podobny temat

Aktualizacja    ( 23.01.2012 )
 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »
Generated in 0.96614 Seconds