|
Jakiś czas temu przez polskie media przetoczyła się sensacyjna wieść: Krzysztof Kolumb był Polakiem. Był albo nie był. Nawet jeśli był synem Władysława Warneńczyka, jak chce portugalski uczony, to nie urodził się w Polsce, prawdopodobnie nigdy w niej nie był i nie ma żadnych dowodów, żeby mówił po polsku. Ale czy mało mamy takich Polaków? Na szczęście coraz więcej. Ciekawsze jednak niż to, jakiej Kolumb był narodowości, wydaje mi się to, jakim był człowiekiem. A źródła wskazują, że nawet jak na niezbyt wygórowane szesnastowieczne standardy był wyjątkowym okrutnikiem. Dowodzą tego zeznania świadków z procesu, jaki miał już jako hiszpański gubernator Haiti. Nawet dzisiaj rzadko się zdarza, żeby osoby o takiej pozycji były podawane do sądu za tortury. Fakt, że Kolumb został, każe podejrzewać, że skala jego okrucieństw musiała być spora. Popierał również niewolnictwo, także wobec chrześcijan, czego zabraniało hiszpańskie prawo. Co zapewne tłumaczy, dlaczego nie chciał go przyjąć na audiencji król Ferdynand. W którymś momencie Kolumb zażyczył sobie, że należy mu się dziesięć procent bogactw sprowadzanych z Ameryki. Oczywiście nikt się jego żądaniami nie przejął, ale świadczą one o jego chciwości. To by tłumaczyło, czemu był „opuszczony, zgorzkniały i rozgoryczony”, jak podaje Wikipedia.
Polskie media chętnie podchwyciły temat jego domniemanego polskiego pochodzenia, ale jakoś nie przypomniały przy tej okazji, jak upadały inne mity na temat wielkiego odkrywcy. Nie widziałem tytułów: „Krzysztof Kolumb, który stosował tortury i wspierał niewolnictwo, był Polakiem”. A szkoda. Piszę o tym wszystkim przy okazji lektury książki Jeana Zieglera Nienawiść do Zachodu. Lubimy się chwalić, że ktoś był Polakiem, ale że był jednocześnie potworem, już nam się nie chce przypominać. Zresztą już samo stwierdzenie, że Kolumb odkrył Amerykę, zakrawa na ponury żart. Jeśli w ogóle ktokolwiek odkrył Amerykę, to ludy azjatyckie, w ramach kolejnego ponurego żartu ochrzczone Indianami, które przybyły do niej jakieś dwadzieścia czy trzydzieści tysięcy lat przed Kolumbem. Kolumb nie odkrył Ameryki. On ją jedynie najechał, aby następnie, razem z kolegami, doprowadzić do holocaustu miejscowej ludności. Liczebność ludów prekolumbijskich przed ich „odkryciem” ocenia się na około osiemdziesiąt milionów. Sto pięćdziesiąt lat później było to zaledwie trzy i pół miliona. Czy ktoś naprawdę wie, co się stało z resztą?
Żywoty milionów giną w pomroce dziejów, ale o śmierci niektórych trochę wiadomo. Ktoś na przykład musiał wydobywać srebro. Polowano więc na niewolników, którym kazano schodzić do kopalni. Nie mogli z nich wyjść, dopóki nie uzbierali dziennej porcji kruszcu. W ten sam sposób traktowano mężczyzn, kobiety i dzieci - oczywiście te, które mogły chodzić, czy przynajmniej się czołgać. „Niekiedy chwytają dzieci za nogi i roztrzaskują im czaszki o skały”, relacjonuje Las Casas, a za nim Ziegler. Las Casas został wyznaczony na obrońcę Indian podczas debaty naukowej zorganizowanej przez papieża Juliusza III i cesarza Karola V. Debata miała odpowiedzieć na wielce interesujące i ważkie pytania: „Czy niedawno odkryte ludy są częścią gatunku ludzkiego? Czy Indianie są objęci boskim planem zbawienia?” itd. Po dyskusjach uznano, że nie. Uznanie człowieka za człowieka sugerowałoby, że należy go jako takiego traktować. Wymagałoby też porzucenia różnych interesujących rozrywek: „Niekiedy Indian zgrupowanych po trzynastu nabijają na pal, otaczają suchą słomą i podkładają ogień. Innym razem obcinają im dłonie i zostawiają w środku lasu”. Las Casas, zapytany, dlaczego akurat trzynastu, wyjaśniał: „Na pamiątkę Chrystusa i dwunastu apostołów”. Czy w tej sytuacji można się dziwić papieżowi Bendyktowi XVI, gdy podczas spotkania z przedstawicielami ludów prekolumbijskich pytał: „Czym dla ludów Ameryki Łacińskiej i Karaibów było przyjęcie wiary chrześcijańskiej?”, aby następnie samemu sobie odpowiedzieć: „Oznaczało ono dla nich poznanie i przyjęcie Chrystusa, nieznanego Boga, którego poszukiwali – wprawdzie nieświadomie – w swej bogatej tradycji religijnej ich przodkowie. Chrystus był Zbawicielem, którego przyjścia wyczekiwali w głębi serca”. Trudno bardziej trafnie to wyrazić. Choć może by to ująć jeszcze inaczej: Chrystus był palem, którego przyjęcia wyczekiwali w głębi swoich odbytów.
Ale przecież my nie jesteśmy Zachodem i nawet jeśli Kolumb był Polakiem, to nie do końca, więc nas to nie dotyczy, ktoś mógłby powiedzieć. Nie mordowaliśmy żadnych Indian ani nawet czarnych. Była, co prawda, w Polsce pańszczyzna, ale już nie ma. Gdzieś w Afryce ludzie się mordują i głodują, ale to nie nasza wina, mógłby ktoś pomysleć, jeśli w ogóle by się nad tym zastanawiał.
Ale może jednak trochę nasza? Może trochę nasza dlatego, że kupujemy benzynę na Shellu albo w Orlenie, którego z Shellem wiążą różne kontrakty? O Shellu jest w Nienawiści do Zachodu cały rozdział. To znaczy o Nigerii. A konkretnie o tym, jakim cudem dziewiąty kraj na świecie pod względem ilości wydobywanej ropy jest na sto czterdziestym drugim miejscu według Wskaźnika Rozwoju Ludzkiego (HDI). Czyżby całą wydobytą ropę Nigeryjczycy wylewali od razu do morza? Nie do końca. Faktem jest, że nie ma w Nigerii żadnych rafinerii, więc są zmuszeni ropę sprzedawać. Zmuszeni? Dzięki Wikileaks wiemy, że Shell ma ludzi w każdym nigeryjskim ministerstwie, więc może robią to ze zwykłego poczucia lojalności wobec pracodawcy. Ostatnio w Holandii zaczął się proces przeciwko Shellowi. Od dawna istnieją podejrzenia, że firma jest odpowiedzialna za przynajmniej część wycieków ropy, które powodują skażenia. Shell wie, że jest niewinny. Za wycieki odpowiedzialni są złodzieje ropy. Shell nie ma z tym nic wspólnego. Czy z tym stanowiskiem zgodzi się holenderski sąd, pokaże czas. Ale my nie musimy czekać, żeby wiedzieć, że coś jest nie w porządku. Na szczęście arogancja ludzi Zachodu jest na tyle duża, że nie musimy się tymi rzeczami przejmować. Poza tym jesteśmy ze Wschodu.

Jean Ziegler, Nienawiść do Zachodu, Książka i Prasa, Warszawa 2010.
Na podobny temat
|
@Spokojny "Overall proponuje...
Pomysł, żeby na każdą parę przypadało...