|
„Archiwa SB nie są Biblią”, pisze Roman Graczyk w swojej książce Cena przetrwania? SB wobec Tygodnika Powszechnego, ale jednak coś mu każe je do Biblii porównywać. Co więcej, uważa, że obraz „rzeczywistości w świetle dokumentów operacyjnych jest w zasadzie nieideologiczny” oraz że istnieje „ogromna, widoczna już na pierwszy rzut oka, różnica w oglądzie rzeczywistości społecznej przez SB i przez inne instytucje komunistycznego państwa działające jawnie – na korzyść SB”. Tak więc archiwa nie są Biblią, ale wiedza z nich płynąca jest nie tylko pozbawiona szkodliwej ideologi – jest też po prostu zwyczajnie lepsza.
Dla kogo lepsza, dla tego lepsza. Dla niektórych z pewnością gorsza. Po lekturze książki Graczyka mam wrażenie, że na niego samego wpłynęła ona niezbyt dobrze. Zwyczajnie mu zaszkodziła. Zaszkodziła obiektywnie. Z dziennikarza „Tygodnika Powszechnego” i publicysty „Gazety Wyborczej” stał się współpracownikiem portalu Interia oraz politycznego brukowca wPolityce. Zapewne byłoby mu łatwiej żyć, gdyby nie wiedział, ile koniaków dostał Pszon od oficera Chmurzyńskiego. Ale nie o łatwe życie Graczykowi chodzi. A o co? Oczywiście o prawdę i możliwość zadawania pytań. To bardzo szlachetne intencje i trudno się z nimi nie zgodzić. A jednak czytając Cenę przetrwania? nietrudno zauważyć, że nie są to intencje jedyne. Za nimi stoi, niczym archanioł Michał z ognistym mieczem, radykalny zmysł moralny i każe wyciągać ostateczne wnioski. Lub przynajmniej je sugerować. Czy jeśli Mieczysław Pszon przyjął od SB koniak Istria, oznacza to, że jest donosicielem? Czy ktoś „udzielając SB banalnych informacji, np. o gustach kulinarnych (…) w istocie mu nie szkodzi”?
Graczyk nie tylko zadaje takie pytania, ale również odpowiada na nie twierdząco. Mimo całej mojej miłości do zadawania niewygodnych pytań taka odpowiedź wydaje mi się trochę przesadzona. Nie tylko dlatego, że skazany przez UB na karę śmierci Pszon mógł czuć przyjemną satysfakcję, gdy kilkadziesiąt lat później esbecy czuli się w obowiązku na każdym spotkaniu wręczać mu butelkę koniaku. Również dlatego, że nie wierzę, aby moralność była kwestią smaku, jak zdaje się sugerować Graczyk, strzegący gustów kulinarnych przez zazdrosnym spojrzeniem władzy.
Cena przetrwania? stara się zburzyć kryształowy obraz „Tygodnika Powszechnego” i trzeba temu zadaniu przyklasnąć, bo dawni i obecni redaktorzy „Tygodnika” potrafią być dość irytujący w kreowaniu i podtrzymywaniu legendy swojego środowiska. Do tego lansowany przez nich model Kościoła otwartego wydaje się szkodliwym oksymoronem. Rozumiem, że można mieć jakieś powody, żeby wierzyć w Boga, a Kościół uznawać za pożyteczną instytucję, ale mimo wszystko wydają mi się one niewystarczające. Dlatego zawsze ze smutkiem przyglądam się inteligentnym ludziom obstającym przy teoriach, przy których inteligentnym ludziom obstawać bym nie radził. Oni oczywiście nie muszą słuchać moich rad. I tak jest pięknie. Ucieszył mnie więc pomysł, żeby pokazać, iż „Tygodnik” wcale nie był taki święty, jak głosili to jego ludzie. Niestety, Graczykowi się to nie udaje.
Twierdzenie, że na podstawie przytoczonych przez niego dokumentów można uznać, że najważniejsi ludzie „Tygodnika” współpracowali z SB, wydaje się najnormalniej naciągane. Graczyk ich rozmowy z SB bardzo chce określić mianem współpracy, ale sam widzi, że trudno takiej tezy bronić. Nazwa więc ją więc współpracą inedite, cokolwiek miałoby to znaczyć. Największym dowodem na przekazywanie przez Pszona i Skwarnickiego cennych dla SB wiadomości ma być fragment korespondencji Wydziału IV, w których są wymienieni jako źródło informacji o głodówce Bohdana Cywińskiego. Nie jest to donos ani nawet zapis rozmowy, bo takie się nie zachowały, nie wiem więc, w jaki sposób te informacje zostały SB udzielone. Nie bardzo też rozumiem, dlaczego miałyby być dla SB tak cenne i kompromitować Skwarnickiego czy Pszona.
Warto dodać, że Cywiński jest autorem książki Rodowody niepokornych. Dzieło to dziś może się wydawać niewinnym przedstawieniem losów polskiej inteligencji sprzeciwiającej się wszelkiej obcej władzy, ale w roku 1971, gdy zostało wydane, mogło być odbierane jako policzek wymierzony w twarz „Tygodnika Powszechnego”. Zapewne Cywiński stawiał „Tygodnik” raczej po stronie Wielopolskiego niż powstańców styczniowych. Ludzie „Tygodnika” mieli prawo go nie lubić. Jednocześnie mieli prawo się obawiać, że udział naczelnego „Znaku” w głodówce odbije się negatywnie na możliwościach działania środowiska. Swojego czas przecież podpis Jerzego Turowicza pod Listem 34 w obronie wolności słowa sprawił, że „Tygodnikowi” ograniczono nakład. Mogli uważać działanie Cywińskiego za nieodpowiedzialne. I pewnie tak uważali. Nawet jeśli poinformowali o tym SB, a takiej pewności nie mamy, czy to czyni z nich współpracowników bezpieki? Jak dla mnie średnio.
Równie kontrowersyjne są inne przykłady rzekomej współpracy. O uległości wobec władz ma świadczyć to, że ludzie „Znaku” i „Tygodnika”, będąc w Rzymie na Trzecim Światowym Kongresie Apostolstwa Świeckich, poparli rezolucję potępiającą wojnę w Wietnamie. Rozumiem, że Graczyk by tak słusznej wojny nie potępił. Ale nawet jeśli było to zgodne z wolą władz PRL, a niezgodne z poglądami ludzi, którzy zgromadzili się w Krakowie, by wysłuchać relacji z kongresu, to nie wyciągałbym z tego daleko idących wniosków. W ogóle w przeciwieństwie do Graczyka mam problem z wyciąganiem daleko idących wniosków. Pisze na przykład Graczyk: „«Tygodnik» wchodząc w układ z włodarzami PRL-u, niewątpliwie legitymizował system”. Należałoby tu zapytać, co takiego, zdaniem Graczyka, systemu nie legitymizowało. Bo wygląda na to, że nie było niczego takiego. Nie wiem, jak sobie Graczyk wyobraża wydawanie gazety w PRL bez wchodzenia w układ z jego włodarzami. Ale wiem, że równie dobrze można by powiedzieć coś przeciwnego: włodarze PRL-u, wchodząc w układ z „Tygodnikiem”, legitymizowali jego działalność. To samo zresztą można powiedzieć o Kościele. Ale tego już Graczyk nie mówi. Fakt, że Gierek spotykał się z papieżem, nie znaczy dla niego, że Kościół legitymizował PRL. A wręcz przeciwnie – była to tylko perfidna gra włodarzy, którzy chcieli takie wrażenie stworzyć. Pytanie tylko, dlaczego chcieli. Dlaczego po prostu nie zlikwidowali Kościoła jak porządni komuniści? Na beatyfikację Kolbego pojechała cała delegacja włodarzy. PRL, wchodząc w układ z Kościołem, legitymizował katolicyzm. A przecież nie musiał.
Zabawne, że Graczyk, rozpisując się na długie strony, jakimi wspaniałymi ludźmi byli lub są Pszon, Wilkanowicz, Bortnowska czy Skwarnicki, jednocześnie nie potrafi się powstrzymać przed podszczypywaniem ich w półdupek. Komentując podróże zagraniczne Skwarnickiego, stwierdza: „Czy warto było płacić taką cenę. Przecież w wyniku tych aktywności nie powstały ani ważne książki o Kościele na Zachodzie, które byłyby inspiracją do dyskusji o Kościele w Polsce, ani żaden związany z tym ferment umysłowy”. Nie wiem, dlaczego Graczyk jest przekonany, że żaden ferment nie powstał. Trudno mi sobie wyobrazić, żeby Skwarnicki po powrocie z Zachodu nie dzielił się swoimi wrażeniami o „cywilizacji śmierci” (która jeszcze wtedy wydawała się cywilizacją wolności i wspaniałości). Ale dla autora chyba każda aktywność, która nie kończy się ważną książką o Kościele, wydaje się podejrzana. I chyba już nic nie można na to poradzić. Skoro nie widzi Graczyk związku między wyjazdami na Zachód a pragnieniem zmiany ustroju w Polsce, to raczej już go nie zobaczy. Jak pewnie kilku innych rzeczy, na które już zawsze pozostanie ślepy w swej antykomunistycznej i moralistycznej furii ubranej w piórka głosu rozsądku.
Mimo wszystko jest to przyjemna i pożyteczna lektura. Liczne materiały źródłowe pokazują, że PRL był bardziej skomplikowanym systemem, niż to się dzisiaj przedstawia. Mnie na przykład zachwyca, że SB płaciło wykwalifikowanemu religioznawcy za pisanie recenzji „Znaku” i najważniejszych pozycji o tematyce religijnej. Podobno mamy teraz w Polsce jedenaście służb specjalnych, ale jakoś nie sądzę, żeby któraś przeznaczała pieniądze na taki cel. Pisano też dla SB opracowania religioznawcze, na przykład o mennonitach. Po co to było esbekom, Bóg jeden raczy wiedzieć. Najwyraźniej mieli szerokie zainteresowania. Można też z tej książki wyciągnąć wniosek, że przez długi czas SB rozgrywała Wojtyłę przeciwko Wyszyńskiemu, mając nadzieję, że jako bardziej „światły” i liberalny Wojtyła poprowadzi Kościół w słuszniejszym kierunku. Czy gdyby nie działalność SB, nie mielibyśmy papieża Polaka? Nie można tego wykluczyć. Z dzienników Stefana Kisielewskiego możemy się też dowiedzieć, że nominację na metropolitę krakowskiego Wojtyła zawdzięcza decyzji Kliszki, który wybrał go spośród siedmiu innych kandydatów. Jednocześnie nie da się ukryć, że Wojtyła zagrał służbom na nosie i z czasem stał się piewcą Wyszyńskiego. A Kościół poprowadził w zdecydowanie nielewicowym kierunku.
Na koniec mój ulubiony donos pióra TW Krzysztofa Nikiforowa: „Zbigniew Grochal nie jest absolutnie typem wichrzyciela i politykiera, owszem w okresie «wydarzeń marcowych» bardzo przejmował się wszystkimi przejawami czynów nieodpowiedzialnych, nierozważnych, mogących zaszkodzić dobru Polski, dobru Uniwersytetu, dobru młodzieży studenckiej. (…) We wszystkim, co on robił, miał najlepsze intencje. (…) przedłużenie okresu śledztwa i zbyt długi okres pobytu w areszcie może odbić się poważnie na jego zdrowiu”. To z takimi TW musiała SB współpracować. Czy można się dziwić jej oficerom, że mieli od czasu do czasu ochotę napić się koniaczku w towarzystwie wygadanych i sympatycznych redaktorów „Tygodnika”? Tym bardziej że firma stawiała.
Na podobny temat
|
@Spokojny "Overall proponuje...
Pomysł, żeby na każdą parę przypadało...