|

Zapraszamy do lektury pierwszej części podsumowania festiwalu Plus Camerimage Najciekawsze filmy były poza konkursem. W gronie niepełnych, niekiedy pękniętych, w czymś zawodzących filmów z konkursu głównego znalazło się wiele takich, w których dobra robota operatorska ilustruje banalne historie i problemy.
Last Night O filmie Last Night, gdzie świetne zdjęcia Petera Deminga wydają się przerastać opowiadaną historię, pisała tu już Agnieszka Wiśniewska. Film rzeczywiście jest dość banalny: realizuje znany wielokrotnie z kina schemat filmu o ponownym zawarciu małżeństwa przez zdradę (czy jej pokusę). W filmach tego podgatunku przeżywające kryzys małżeństwo, w chwili pozamałżeńskiego romansu (czy jego pokusy) potwierdza swoją trwałość i ważność – z natury rzeczy jest to schemat dość konserwatywny, co wcale nie znaczy, że nie może prowadzić do powstawania ciekawych, a nawet wybitnych filmów, czego przykładem może być choćby Miłość po południu Rohmera. Last Night realizuje ten schemat w dość banalny sposób, broniłbym go jednak trochę przed zarzutami Agnieszki Wiśniewskiej.
To, co autorka pisze o stereotypowych obrazach kobiecości i męskości jest jak najbardziej prawdziwe w odniesieniu do pierwszej pary bohaterów: małżeństwa Reedów (Sam Worthington i Keira Knightley). Ale ich partnerzy, z którymi dochodzi/nie dochodzi do zdrady: Laura (Eva Mendes) i Alex (Guillaume Canet, najlepszy aktorsko z tej czwórki) nie pasują już do opisanego przez Wiśniewską schematu. W filmie Massy Tadjedin męskość i kobiecość są bowiem nie tyle faktami biologicznymi, czy wzorami kulturowymi, co pozycjami, jakie podmiot (którego biologiczna, czy społeczna płeć nie odgrywa tu żadnej roli) zajmuje wobec prawa, czy miłości. Joanna Reed i Alex zajmują tu stronę „kobiecą”, Laura i Michael Reed „męską”. W takim ukazaniu różnicy płci (niestety nie do końca rozwijanej przez film) tkwi największa zaleta debiutu Tadjedin.
Somewhere
Poza konkursem pokazywany był najnowszy film Sofii Coppoli Somewhere. Gdy oglądałem ten film, byłem nim zachwycony, im dłużej o nim myślę, tym bardziej się zastanawiam, czy ten zachwyt nie był większy niż film na to zasługiwał. Wszystko to już było, w prozie Ellisa, czy choćby w poprzednich filmach reżyserki. Coppola znów wraca do tematyki i estetyki (nieruchoma kamera, minimalizm, szczątkowe dialogi, film jako zbiór luźno powiązanych scen) z Między słowami. Somewhere to portret Johny’ego Marco, gwiazdy Hollywood, chwilowo chyba między filmami. Marco mieszka w apartamencie w hotelu Chateau Marmont, całymi dniami leży znudzony w łóżku, pije piwo, czasem zamawia do pokoju striptizerki, czasem spędza noc z jakąś fanką, jego obowiązki zawodowe na razie sprowadzają się do udzielania wywiadów, pozowania do sesji fotograficznych i uczęszczania na uroczyste premiery. Marco jest rozwiedziony, ma 11-letnią córkę, która zakłóca tę codzienną rutynę gwiazdy, gdy jej matka postanawia odpocząć od dziecka i zostawia je nagle Johny’emu. Ale obecność córki, choć Marco wyraźnie chciałby nawiązać z nią głębszy kontakt, niczego nie zmienia, po kilku wspólnie spędzonych szczęśliwych dniach, córka wyjeżdża na zaplanowany i opłacony wcześniej obóz i Marco znów zostaje sam.
Coppola w bardzo ciekawy sposób rozbija tu podstawową dla współczesnej kultury formę fantazji o „rozkoszy innego”, jaka ucieleśnia się w postaci „gwiazdy”. Czy „gwiazda” (filmu, czy muzyki) nie ma być właśnie w powszechnym wyobrażeniu „niewykastrowanym” podmiotem mającym dostęp do pełnej rozkoszy, do tego wszystkiego, czego uczy nas pragnąć cała maszyneria przemysłu kulturowego? Film Coppoli pokazuje gwiazdę zdającą się żyć w sercu globalnego snu o sławie, pieniądzach i wszystkich związanych z nimi rozkoszami, a mimo to całkowicie zblazowaną, znudzoną, wszystko przyjmującą z całkowitą obojętnością (Stephen Dorff doskonale potrafi odgrywać wszystkie te stany). Coppola pokazuje, że rozkosz zawsze jest „gdzieś”, ale też zawsze gdzie indziej.
Duszka O podobnym problemie traktuje świetna komedia Duszka Josa Stellinga pokazywana w ramach retrospektywy, jaką ten holenderski reżyser (i stale współpracujący z nim operator, Goert Giltay) mieli na festiwalu. Bohaterem filmu jest Bob, krytyk filmowy w mocno średnim wieku (Gene Bervoets), zakochany w dużo młodszej od niego, pięknej bileterce z kina, mieszczącego się naprzeciw jego mieszkania (w tej roli Sylvia Hoeks). We wszystkich wprowadzających ujęciach Bob widzi dziewczynę w przestrzeni oddzielonej szybą i ujętej w ramę (okno kasy, zza którego sprzedaje bilety; okno restauracji, przez które mężczyzna obserwuje spotkanie dziewczyny z chłopakiem itp.), przypominającej kinowy ekran, czy ekran pragnienia. Sama dziewczyna (w filmie ani razu nie pada jej imię) ma fantazmatyczny status. Jednak pewnego dnia, po kolejnej kłótni z chłopakiem dziewczyna wsiada do samochodu Boba i jedzie z nim do jego mieszkania. Gdy siedzą w nim sami, późnym wieczorem, rozlega się dzwonek do drzwi i w mieszkaniu pojawia się tytułowy Duszka (w cudowny sposób odgrywający przerysowaną rosyjskość Siergiej Makowiecki), Rosjanin, którego Bob poznał kiedyś na jakimś festiwalu w Moskwie i zaprosił niezobowiązująco do siebie. Duszka, na dobre wpraszający się do Boba uniemożliwia skonsumowanie związku z dziewczyną jego marzeń. Wraz z rozwojem filmu (który z każdą minutą staje się coraz bardziej odrealniony i surrealistyczny) widz zaczyna się zastanawiać, czy Duszka w ogóle istnieje, czy przeszkoda oddzielająca Boba od obiektu jego pragnień jest nie tyle empirycznej, co strukturalnej natury, a sam Duszka nie jest po prostu emblematem braku dostępu podmiotu do rozkoszy.
Kino Austrii
Najciekawsze filmy obejrzałem jednak w sekcji austriackiej, to tu można było znaleźć najwybitniejsze filmy festiwalu. Kino Austrii od lat znane jest z podejmowania niełatwej tematyki społecznej i politycznej, dalekiej od efekciarstwa, precyzyjnej formy, zakorzenionej w tradycji filmowego modernizmu, zdolności do bezlitosnego, bezkompromisowego mierzenia się z demonami rzeczywistości „Republiki Alpejskiej”. W Bydgoszczy przypomniano znane już wcześniej w Polsce klasyki kina austriackiego, takie jak Ukryte Michaela Haneke (Haneke był także bohaterem prezentowanego na festiwalu dokumentu), Free Rainer Hansa Weingartena, czy Śmierć człowieka pracy Michaela Glawoggera. Na festiwalu można było zobaczyć także zeszłoroczną fabułę tego ostatniego, Grę w ojca.
Już sama wyjściowa sytuacja fabularna Gry w ojca pokazuje, że film na pewno musi pochodzić z Austrii: młody mężczyzna, Rupert Krammer (Helmut Köpping), nienawidzi swojego ojca, ministra w austriackim rządzie federalnym (socjaldemokratę przeprowadzającego prywatyzację państwowych spółek i zatrudniającego na czarno sprzątaczkę z Bałkanów) i pragnie jego śmierci. Ponieważ nie ma odwagi samemu go zabić, tworzy grę komputerową, gdzie głównym celem jest zabicie ojca (każdy gracz może wgrywając zdjęcie zabić swojego tatę) i umieszcza ją w sieci. W tle pojawia się dodatkowo wątek nazistowskiego zbrodniarza ukrywającego się w piwnicy – dziadka dziewczyny, w której bez wzajemności zakochany jest Rupert. Ale choć bohater buntuje się przeciwko swojemu rzeczywistemu ojcu i samej zasadzie ojcowskiej, choć obie ojcowskie postacie (pełen hipokryzji socjaldemokrata-milioner i nazistowski zbrodniarz biorący udział w mordowaniu Żydów na Litwie) zostają skompromitowane, to prawdziwym tematem filmu (i dramatem jego bohaterów) jest pewna strukturalna (ontologiczna) niemożność ojcobójstwa. Im bardziej bohaterowie próbują zabić swoich ojców, im bardziej ojcowie są martwi, tym silniejsza ich władza.
Austriackie wyczucie społecznych napięć sprawdza się nie tylko w odniesieniu do austriackiej rzeczywistość, w Inside America debiutantka Barbara Eder w fascynujący sposób przedstawia rzeczywistość współczesnego amerykańskiego południa. Film rozgrywa się w Teksasie, w szkole średniej położonej tuż przy granicy z Meksykiem, gdzie większość uczniów to osoby pochodzenia latynoskiego. Młodzi, nastoletni niezawodowi aktorzy grają tu samych siebie. Szkoła jest miejscem, w którym amerykański sen realizuje się w swojej karykaturalnej formie. Eder bardzo ciekawie portretuje społeczność hispanoamerykanów, wydobywa dzielące ją klasowe i rasowe różnice. Dopiero w trakcie rozwoju filmu rozpoznajemy, że wszyscy bohaterowie mają w jakiejś części „meksykańskie” pochodzenie, część z nich – zwłaszcza ta należąca do klasy średniej – wygląda zupełnie jak nasze stereotypowe wyobrażenie o amerykańskich nastolatkach z klasy średniej (awans klasowy rodziców jest równoznaczny ze społecznym „wybieleniem” ich dzieci).
W filmie mamy kilka równolegle poprowadzonych historii przedstawiających losy różnych uczniów szkoły: chłopaka nie mającego zalegalizowanego w Stanach pobytu i próbującego, pracując na czarno, utrzymać siebie i uzależnioną od narkotyków matkę; dziewczyny, wychowanej przez dwie babcie, zdeterminowane by wydać ją za mąż za „mężczyznę z pieniędzmi” zanim skończy szkołę; młodocianych członków meksykańskiego gangu handlującego narkotykami; chłopaka z klasy średniej prowadzącego szkolny klub wojskowy i planującego zaciągnięcie się do marines; bogatej dziewczyny, która choć wygrywa konkurs na najpiękniejszą dziewczynę w szkole, to zaraz potem zostaje upokorzona przez główną konkurentkę, na której przyjęcie przychodzi więcej osób, co (w połączeniu z tym, że jej chłopak miał romans z jej pokojówką) skazuje ją na degradację na szkolnej drabinie społecznej. W ich historiach uwidaczniają się klasowe i rasowe podziały dzielące hispanoamerykańską społeczność: dwie ostatnie postacie do ostatnich chwil filmu mogłyby uchodzić za „białe”, dwie pierwsze wyglądają jak meksykańscy chłopi o indiańskich korzeniach. Eder nie moralizuje, jej kamera wiernie towarzyszy bohaterom, nie ma w jej filmie śladu protekcjonalnego stosunku wobec dramatów i problemów postaci, jakkolwiek nieprzyjemne, nieodpowiedzialne, czy niemądre mogłoby się one (a ich problemy banalne) wydawać. Pod tym względem to zupełne przeciwieństwo nieszczęsnych Galerianek Katarzyny Rosłaniec.
W środowisku filmowym często toczą się dyskusje skąd (Rumunia, Stany, Francja eitd) wzorce powinno czerpać polskie kino. Jeśli chodzi o odwagę i umiejętność krytycznego patrzenia na społeczną rzeczywistość na pewno z Austrii.
Na podobny temat
|
@Spokojny "Overall proponuje...
Pomysł, żeby na każdą parę przypadało...