|
Kiedy oglądałem Wszystko, co kocham Jacka Borcucha, pomyślałem: oto w polskim kinie – od zawsze zajętym historycznymi rozliczeniami, jakże często składającym prywatność na ołtarzu polityki – pojawił się kolejny filmowiec, który uprawia prywatną mitologię. Dla Borcucha historia i polityka są ważne tylko dlatego, że zmuszają jego młodych bohaterów do wejścia w dorosłość, która niesie ze sobą nie tylko dojrzałość emocjonalną, lecz również świadomość uwikłania w procesy większe niż jednostka. Jednym z niewielu poprzedników autora Tulipanów który znakomicie potrafił ukazać prywatność szarganą przez świat zewnętrzny, był zmarły wczoraj w wieku 89 lat Janusz Morgenstern.
Spośród bohaterów Morgensterna w najbardziej oczywisty sposób uwikłany w politykę (albo też system) jest Kamil – goniący za sukcesem peerelowski „człowiek bez właściwości” z Mniejszego zła, ostatniego filmu reżysera. Wzajemne powiązania historii wielkiej i tych o wiele mniejszych tropił jednak Morgenstern od samego początku kariery, odkąd asystował Andrzejowi Wajdzie przy Popiele i diamencie (była to asystentura twórcza, Morgenstern wymyślił słynną scenę z płonącymi kieliszkami bimbru). Autor Do widzenia, do jutra swoje samodzielne filmy poświęcał przede wszystkim opowieściom prywatnym i codziennym. Problemom uniwersalnym jak namiętność, oraz lokalnym, skrzeczącej za oknem rzeczywistości.
Jeśli przychodzi mi do głowy słowo najlepiej pasujące do twórczości Morgensterna, jest to flirt. Nie tylko dlatego, że flirtują jego bohaterowie – Jacek i Margueritte z Do widzenia, do jutra, Marek i Agnieszka z Jowity, Andrzej i Magda z Trzeba zabić tę miłość. Flirt jest bowiem świetną metaforą kina Morgensterna – to forma otwarta i skodyfikowana zarazem; jednocześnie znajoma i nieprzewidywalna, zawierająca obietnicę, która może, ale nie musi się spełnić. Czy Do widzenia, do jutra - skonstruowana na wzór spaceru damsko-męska przechadzka przez miłosne fantazje i marzenia - nie jest właśnie flirtem z przyczonowo-skutkową strukturą filmowej opowieści? Czy poszukiwanie przez Marka w Jowicie zobaczonej, a może raczej wyśnionej kobiety, nie jest spontaniczną, a jednocześnie zafiksowaną na obiekcie fantazji pogonią za ideałem kobiecości?
Obietnica flirtu to obietnica erotyczna i uczuciowa. Intymna i prywatna. Bardzo bliska Morgensternowi, który o miłości umiał mówić delikatnie i cicho, bez naiwnych klisz ani nihilistycznego cynizmu. Zgodnie z najlepszą tradycją melodramatyczną pokazywał jej nieprzystawalność do rzeczywistości, ale zamiast kiwać głową w pouczającym geście wszechwiedzącego mędrca – głęboko ubolewał nad przegraną miłości jako absolutnego partnerstwa dwojga ludzi.
Chyba w żadnym innym polskim filmie porażka miłości nie była tak dotkliwa jak w Trzeba zabić tę miłość. W swoim arcydziele Morgenstern pomieścił ironiczne społeczne obserwacje i cierpki humor scenarzysty Janusza Głowackiego oraz historię zakochanej pary, dla której chęć zaspokojenia podstawowych potrzeb okaże się zabójcza w świecie przesiąkniętym cynizmem i zinstrumentalizowanym seksem. Do dziś imponuje realizacyjna wirtuozeria tego filmu (przywodząca na myśl dokonania Grzegorza Królikiewicza) – łapczywa kamera co rusz chwyta błyski rzeczywistości, dźwięki zewnętrzne zakłócają słowa bohaterów, dialogi sprytnie przerabiają oficjalny język ideologii (komunistycznej i katolickiej) na potoczną mowę. W krótkich przebłyskach Morgenstern zapowiada sceny, które mają nadejść, rozrywając tkankę filmu, jakby wieszcząc zbliżającą się katastrofę. Patrząc na finałowy wybuch, trudno nie pomyśleć: klęska bohaterów jest tak przejmująca i bolesna, że świat przedstawiony musiał eksplodować.
To za sprawą tego le grand finale porównywano Trzeba zabić tę miłość do Zabriskie Point Michelangelo Antonioniego, gdzie w końcówce eksplodują konsumpcyjne fetysze (lodówki, pralki, telewizory). Skojarzenie nie tak odległe jak mogłoby się zdawać. W latach 60. i 70. kino – w dużej mierze pod wpływem rewolucji seksualnej – szukało nowego języka, aby inaczej opowiedzieć o miłości, uczuciach, seksualności. Znajdowali go Antonioni, Andrzej Żuławski, Bernardo Bertolucci, znalazł nieco wcześniej Eric Rohmer (być może Morgensternowi z jego ironią zabarwioną empatią i zrozumieniem najbliżej właśnie do niego, choć formalnie wiele ich dzieli). Najlepsze filmy Morgensterna w niczym od dzieł wymienionych twórców nie odstają. Chociaż nigdy nie był tak rozpoznawalny jak Wajda, Andrzej Munk czy Wojciech J. Has, Janusz Morgenstern udowadniał, że polskie kino nie musi być zapleczem światowej ekstraklasy. I za to powinniśmy mu być dozgonnie wdzięczni.
Na podobny temat
|
@Spokojny "Overall proponuje...
Pomysł, żeby na każdą parę przypadało...