|
Przez ostatnie dwa lata obserwujemy wzrost zainteresowania przestrzenią miejską. Miejscy aktywiści, badacze społeczni, architekci, urbaniści organizują spotkania w kawiarniach, na uniwersytetach. Każda szanująca się instytucja zajmująca się życiem społecznym, od uniwersytetu, urzędu miasta przez muzea i kawiarnie, po dzienniki i opiniotwórcze portale ma swoją sekcję o mieście, rubrykę albo cykl spotkań. Nie ma tygodnia, żeby w każdym z większych polskich miast nie było debaty o mieście, a czasami są takie tygodnie, jak nieraz w Warszawie, kiedy odbywają się one dwa razy dziennie. Chętnie mówimy o mieście, śledzimy obszary i mechanizmy wykluczenia, debatujemy o prawie do miasta, odmieniamy przestrzeń miejską przez przypadki i spieramy się o jej definicje i realne istnienie. Przestrzeń miejska nas pociąga przez swoją namacalność i bliskość codziennemu doświadczeniu. Miasto tłumaczy się na przykładach, które nie wykluczają ze względu na wykształcenie czy pochodzenie klasowe. Dzięki temu lepiej niż jakikolwiek inny obszar społecznej refleksji daje nadzieje na zawieranie sojuszy wedle innego podziału niż wzdłuż politycznych sympatii. To w rozmowach o powszechnie dostępnej przestrzeni miejskiej mogą się spotkać lewicowe feministki i katolickie działaczki społeczne. Dyskusje o miejskich wspólnotach lokalnych umożliwiają merytoryczną rozmowę o solidarności społecznej, nawet z tymi, którzy zapominają o niej, gdy dyskusja schodzi na służbę zdrowia. Tak jak niegdyś hasło „prywatne jest polityczne” na trwałe przesunęło akcenty w dyskusjach, tak obecnie przekonania, że „miejskie jest polityczne” zmieniło strategie wielu społecznych aktywistów. Już nie tylko dyskurs jest tym, co chcemy odkrywać, przepisywać, tworzyć, ale również miasto i miejskie narracje. Mówienie o mieście jest jednym z kluczowych elementów miejskiego życia, stając się modną formą aktywizmu – atrakcyjną samą w sobie niezależnie od realnych skutków dyskusji. Ostatnio nawet zaczęło przeszkadzać w działaniu. Ten nadmiar gadania względem robienia odnalazł swoje ironiczne odbicie w cyklu Archigadanin, rozpoczętych przez Michała Murawskiego, który wraz z Maciejem Czeredysem prowadzi cykl spotkań dotyczących już nie miasta, ale miejskich dyskursów. Pierwsze spotkanie – Gadanie o Archigadaniu odnosiło się do ogromnego zainteresowania warszawiaków i warszawianek ich miastem oraz do nieproporcjonalnej ilości mówienia i czytania o mieście względem działania. Murawski i Czeredys zaprosili 11 gości i gościń, którzy mieli wytłumaczyć fenomen i podzielić się z obecnymi swoją wizją rosnącego zainteresowania miastem. Prezentacje miały zakończyć się plebiscytem na najciekawszy temat miejskiego „archigadania” i głosowaniem w kwestii, czy gadanie o Warszawie sprzyja rozwojowi architektonicznego miasta. Zarówno paneliści, jak i uczestnicy byli zadowoleni ze spotkania w miłym otoczeniu Baru Powiśle, a ci pierwsi również z własnych prezentacji. Spotkanie odbywało się w luźnej atmosferze, która pozwalała pierwszej turze „archigadaczy” swobodnie poruszać się miedzy krzesłem panelisty, barem i toaletą, odbywać luźne rozmowy i niekoniecznie słuchać siebie nawzajem. Pierwsza „archigadanina” obnażyła wielość narracji, które w większości nie przekładają się na działania. Obnażyła też ogólne zadowolenie z nadprodukcji miejskich dyskursów i braku możliwości wypracowania nowej wiedzy, która byłaby wynikiem dyskusji. Kolejne „archigadania”: Marazm na Placu Defilad: mecz czynników sprawczych oraz Architargowisko - Sknocona Archigadanina w Pałacyku Konopackiego, były symptomem kolejnych niedociągnięć i zaniechać w dyskusjach o mieście. Marazm na Placu Defilad, którego założeniem było zachęcenie uczestników i uczestniczek do wcielenia się w wybrany czynnik odpowiedzialny za obecny brak życia miejskiego na Pl. Defilad, zamiast stać się meczem, grą zespołową, której uczestnicy/czynniki podają sobie piłkę i współpracują ze sobą, aby osiągnąć zwycięstwo, zamienił się w serię solówek i osobistych przytyków dawnych i byłych architektów. Walczyliśmy nie o lepsze miasto, ale ze sobą i o czas do prezentacji swoich idei. Mecz czynników sprawczych zamiast pchnąć nas do przodu, uwięził nas w jałowej wymianie argumentów i okopaniu się na stanowiskach w rytualnie odbywanej dyskusji o tym, czy planowanie powinno być oddolne czy odgórne (nawet jeśli większość z nas zgadza się, że i takie, i takie). Zmarnowaliśmy szansę na wypracowanie nowej struktury relacji pomiędzy przedstawicielami władzy, architektami/architektkami oraz aktywistkami/aktywistami, która pozwoliłaby wyrwać się impasu. Z kolei, odbywająca się w zeszły weekend Sknocona Archigadanina w Pałacyku Konopackiego na warszawskiej Pradze Północ początkowo miała być trzydniowym warsztatem opartym na cielesnej obecności uczestników i uczestniczek, którzy za pomocą budowanych przez siebie modeli mieli tłumaczyć założenia konkursowe lokalnym mieszkańcom. Nagrodą w konkursie miało być przekazanie najlepszego projektu wybranego zgodnie przez obecnych podczas prezentacji pokonkursowych. Jednak już na etapie zapraszania gości uległa skróceniu do półtora dnia: piątku na rozpoznanie i sobotniego popołudnia na przygotowania modeli lub innej formy prezentacji. Element partycypacyjny w postaci rozmowy z mieszkańcami zniknął z braku czasu, wpędzając nas po raz kolejny w typowy system przygotowania projektów symulujących projekty partycypacyjne. Tym razem musieliśmy zmierzyć się z koniecznością wypracowania projektu rewitalizacji Pałacyku Konopackiego, operując na swoim wcześniejszym mglistym rozpoznaniu i intuicjach odnośnie preferencji lokalnych mieszkańców, których nie mieliśmy czasu zweryfikować. Architargowisko - Sknocona Archigadanina balansowała pomiędzy targowiskiem próżności a targowiskiem pomysłów na włączanie wiedzy mieszkańców w proces projektowania; pomiędzy towarzyskim spotkaniem w grupie znanych nam nawzajem osób i kilku nowych, gdzie można zobaczyć swoje nazwisko na plakacie i trenować się w sztuce „archigadania”- tym razem nie tylko słowem, ale również za pomocą modeli – a warsztatem myślenia o mieście jako formie otwartej, która opiera się na ciągłej weryfikacji odnośnie zapotrzebowania na funkcje proponowane przez architektów i naukowców społecznych. Doprowadzanie warsztatów z partycypacji do absurdu przez skrócenie ich do minimum obnażyło niemożliwość działania za pomocą narzędzi, jakie wcześniej jako aktywiści uznawaliśmy wprawdzie nie za najlepsze, ale jednak zasadne. Uświadomiło to uczestnikom i uczestniczkom, że nie tylko podczas tych warsztatów, ale bardzo często również przy innych projektach dotyczących zagospodarowania przestrzeni miejskiej, działamy w sytuacji niewiedzy, albo wiedzy opartej na pobieżnym rozpoznaniu, która powinna być źródłem podejrzeń i krytycznej analizy pod względem klasowych uprzedzeń albo romantyzacji dzielnicy nieraz piętnowanej jako patologiczna. Jednocześnie powstałe w krótkim czasie projekty były świadomego tego ograniczenia i popychały nasze myślenie o projekcie przyjaznego miasta w stronę myślenia nie o projektach jako takich, ale tworzeniu modeli zagospodarowania przestrzeni, które będą opierały się na idei tworzenia przestrzeni otwartej na eksperymenty z wprowadzaniem różnych funkcji. Sknocona Archigadanina w Pałacyku Konopackiego i poprzednie Archigadaniny ujawniły konieczność zrobienia przez miejskich aktywistów kroku w stronę ograniczenia jałowego „archigadania” i spędzania czasu na dyskusjach, krążących wokół tych samych tematów, służących głównie integracji środowiska i poznawaniu siebie nawzajem, i przejścia w stronę długoterminowej współpracy z mieszkańcami, których zaczęliśmy zauważać nie tylko jako informatorów, lokalnych ekspertów, ale również jako partnerów w tworzeniu utopijnej wizji miasta.
Na podobny temat
|
Krytyka jest prosta jak budowa cepa :...
Dlaczego seria KP dotycząca kobiet na...