NOWOŚĆ W SKLEPIE KP

Partycypacja_okladka_150px.jpg

>>Już jest: KP30!

kp30_okladka_300px.jpg

Komentarze

CYTAT DNIA

Nie możemy tworzyć idei, które będą łączyć ludzi, jeśli stracimy kontakt z tym, jakie jest ich życie. Jeśli nie wiemy, jak uznać sposób, w jaki ludzie obserwują świat, odczuwają go i doświadczają, nigdy nie będziemy w stanie pomóc im w uznaniu samych siebie albo zmianie świata na lepsze.
Marshall Berman, Przygody z marksizmem

Katalog Książek KP

Książki w sklepie KP

Advertisement
Order software online
Erbel: Lokalność to mieszkańcy, a nie NGO-sy Drukuj
Joanna Erbel   
03.02.2011

Przez ostatnie dwa lata w Warszawie pojawia się coraz więcej inicjatyw lokalnych. Co roku swoje święto ma kilka kolejnych warszawskich ulic, powstają nowe kawiarnie. Pojawia się lokalny dzielnicowy patriotyzm, który sprawia, że specyficzną sympatią darzymy tych znajomych, którzy mieszkają w sąsiedztwie. Większa ilość lokali gastronomicznych i miejsc związanych z kulturą sprawia, że można prowadzić bogate życie towarzysko-kulturalne bez opuszczania swojej dzielnicy. Ten nowy trend ma szansę doprowadzić do powstania silnych lokalnych centrów i sprawić, że - tak jak w Berlinie czy w innych policentrycznych miastach - narzekanie na brak jednego centrum przestanie być powszechnym i uznanym głosem na temat przestrzeni miejskiej Warszawy.

 

fot. www.obserwatorium.org.pl

Warszawska lokalność pod koniec 2010 doczeła się badania. Niedawno został opubliczniony raport z badania przeprowadzonego w stolicy w okresie od 1 lipca do 15 grudnia 2010 roku przez Fundację Obserwatorium pt. Warszawa lokalna. Jego głównym celem była ewaluacja polityki kulturalnej oraz działań podejmowanych w obszarze kultury przez urzędy dzielnic z szczególnym uwzględnieniem współpracy z organizacjami pozarządowymi. 

 

Raport Fundację Obserwatorium jest o tyle ważny, co problematyczny. Rozbija wizję Warszawy jako całości, ale w większości rozdziałów nie dotyka realnej tkanki miasta i jego mieszkanek i mieszkańców. Koncentruje się na rozmowach z naczelnikami/naczelniczkami oraz urzędniczkami/urzędnikami, ale nie pokazuje ludzi. Czy myśląc o lokalności, myślą o urzędzie? Czy szukają tam informacji, czy wręcz przeciwnie - działając lokalnie, omiją urząd z daleka, żeby nie mieszać życia codziennego i walki z biurokratyczną strukturą? Wyniki badań Warszawy lokalnej pokazują nie tyle to, co się dzieje w dzielnicach, ile to, jak administracja miejska widzi sama siebie i obszar, którym zarządza. Dowiadujemy się, że urzędniczki i urzędnicy są przeciążeni, że narzekają na nadmiar biurokracji, która zabija pasję, zabiera czas na merytoryczne dyskusje i na pracę w terenie. Podobne priorytety i ograniczenia mają chyba autorzy i autorki raportu.


Z Warszawy lokalnej można się dowiedzieć, jakie są budżety poszczególnych dzielnic: która wydaje najwięcej na kulturę (Mokotów 28 mln złotych w 2010 roku), a która najmniej (Wesoła 2,3 mln złotych w 2010 roku). Ile dzielnicowych stron ma zakładkę „kultura” (16 z 18), oraz ile ze stron www uwzględnia niepełnosprawnych odbiorców i odbiorczynie (11 z 18). Które dzielnice więcej uwagi skupiają na wydarzeniach kulturalnych, a dla który kultura nie jest priorytetem. Czy można urząd dzielnicy polubić na Facebooku albo wejść na niego przez naszą-klasę? Ile jest serwisów kulturalnych i lokalnych gazetek. Jakie książki można przeczytać o dzielnicy? Nie pojawia się jednak pytanie, kto z nich korzysta i w jakim zakresie? Czy dzielnicowe portale są traktowane jako źródło informacji przez mieszkańców i mieszkanki, a może w ogóle tam nie zaglądają? Czy jest sens drukować ulotki, które nie trafiają do skrzynek, ale są umieszczone jedynie w urzędzie, czy nie? 

 

Nie dowiadujemy się, czy sposób, w jaki dzielnica się komunikuje, jest skuteczny i odpowiedni dla zwykłych mieszkańców - takich, co nie pracują w urzędzie ani w jednej z organizacji pozarządowej. Przecież nie każdy, kto chce być aktywny musi mieć swojego NGO-sa. Nie wiemy, jak mieszkańcy widzą swoją dzielnicę? Czego im brakuje? Czy czują się związani z miejscem i jak postrzegają tożsamość miejsca, w którym żyją. Znacznie ważniejsze okazało się to, jakie projekty zostały zrealizowane (i czy miały materiały promocyjne) oraz jakie gadżety produkują poszczególne dzielnice. Czy są to t-shirty, smycze, pendrivy czy inne - nawet jeśli, co autorzy zauważają, mało kto je dostaje. Gadżety, lepsze materiały promocyjne są przeznaczone dla specjalnych gości, czasowych współpracowników czy innych VIP-ów. Lokalność jest marką na eksport, a nie czymś, z czego mają korzystać mieszkańcy. Z raportu można się dowiedzieć, czego się nie dostanie w prezencie od swojej dzielnicy, ale nie jak skutecznie się z nią komunikować jako mieszkanka czy mieszkaniec.


Co więcej, mimo że mowa o lokalności w raporcie nie ma miejsca na relacje sąsiedzkie. Tym, co głównie interesuje autorów i autorki badania, oraz co według nich powinno interesować również urzędników, to nie relacje z mieszkańcami i mieszkankami, ale z organizacjami pozarządowymi. Wyjątkiem jest rozdział Aleksandry Litowicz i Elżbiety Anny Sekuły „Przestrzeń publiczna przeznaczona na działania kulturalne i artystyczne”. Autorki piszą o przestrzeni publicznej dobrej jakości jako potencjalnej sferze komunikacji i wymiany między mieszkańcami i władzą. Ale nawet tutaj przestrzeń publiczna, mimo że się pojawia jako ważny temat jest głównie tłem, na którym odbywają się inicjatywy przeprowadzane przez różne organizacje pozarządowe. Wprawdzie raport kończy się wezwaniem do dalszych badań na temat aktywności kulturalnej warszawiaków, ale na obecnym etapie pozwala o nich zapomnieć. Badanie zamiast pokazywać naczelniczkom i pracownikom Wydziałów Kultury Urzędów Dzielnic, kogo nie widzą jest cennym źródłem wiedzy na mieszkańców i mieszkanek miasta o tym, jak bardzo są dla administracji niewidzialni póki nie założą własnego NGO-sa.


Traktowanie organizacji pozarządowych jako głosu mieszkańców i mieszkanek miasta jest wygodnym rozwiązaniem dla administracji miejskiej, która chcąc uchwycić kulturalny potencjał miasta, komunikuje się głównie za pomocą systemu grantowego. Osoba reprezentująca organizację jest potencjalnym współpracownikiem, grantobiorcą. Osoba przychodząca z prośbą i po radę do urzędu - jest niewygodnym petentem, z którym nie wiadomo, co zrobić. Chociaż od 2010 roku dzięki powołaniu nowej formy realizacji zadań pożytku publicznego, inicjatywy lokalnej, grupa mieszkańców nie musi już zakładać organizacji pozarządowej, żeby otrzymywać dotacje od miasta, to wciąż głównymi partnerami miasta są NGO-sy. Jeśli chcemy myśleć o dobrej współpracy dzielnic z mieszkańcami i mieszkankami, nie możemy skupiać się na relacji między miastem a organizacjami pozarządowymi, bo te mają się coraz lepiej, ale uwrażliwić urzędników i urzędniczki na to, że dzielnice są zamieszkiwane przez sąsiadów/sąsiadki i lokalne wspólnoty, a nie przez stowarzyszenia czy fundacje. 

 

Komentarze
Dodaj nowy
WSW  - Gratulacje   |03.02.2011 14:29:10
Brawo. Napisać tekst o trzecim sektorze, zająć się tematami zastępczymi i
całkowicie pominąć najważniejsze problemy komunikacji i współpracy władzy
samorządowej z mieszkańcami. To jest wyczyn.
breblebrox  - Zgadzam się w 100%.   |06.02.2011 02:01:42
Jako społecznik, który jak do tej pory nie dał się wciągnąć do żadnego ngo
:)
P.S. Korekta! Bo kilka błędów ma tekst, choćby w ostatnim zdaniu
("uwrażliwić urzędników i urzędniczek" - powinno być urzędniczki)!
Napisz komentarz
Nick:
E-mail:
 
Strona www:
Tytu?:
UBBCode:
[b] [i] [u] [url] [quote] [code] [img] 
 
Prosz? wpisa? kod antyspamowy widoczny na obrazku.

3.26 Copyright (C) 2008 Compojoom.com / Copyright (C) 2007 Alain Georgette / Copyright (C) 2006 Frantisek Hliva. All rights reserved.”


Na podobny temat

Aktualizacja    ( 07.02.2011 )
 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »
Generated in 0.99195 Seconds