|
Podobno nie ma sensu obierać za przedmiot zainteresowania sztuki rzeczy, które są dla nas oczywiste i zrozumiałe. Praca, w szerokim rozumieniu, jest integralną częścią naszego życia codziennego. Czy artysta może powiedzieć o niej coś nowego? Wystawa Robotnicy opuszczają miejsca pracy w Muzeum Sztuki w Łodzi pokazuje, że jest to możliwe. Zwłaszcza, kiedy weźmiemy pod uwagę współczesne zjawiska, takie jak globalizacja, przyspieszenie technologiczne czy transformacja w krajach Europy Środkowo-Wschodniej, które wpływają na przemiany także w sferze pracy.
Lewicowi krytycy kultury, neomarksiści i postmoderniści w ciągu ostatnich kilkudziesięciu lat wielokrotnie próbowali zwrócić naszą uwagę na zagrożenia płynące z nowych form produkcji i konsumpcji. Wzrastające znaczenie sektora usług kosztem tradycyjnego przemysłu, rozwój przemysłów kreatywnych oraz propagowanie idei tzw. społeczeństwa opartego na wiedzy powoduje, że coraz trudniej jasno oddzielić czas pracy od innych ludzkich aktywności. Czas wolny oraz to, jak go spędzamy, jest poddany zasadom nowej ekonomii – rozrywka czy branża turystyczna to wielomiliardowe gałęzie przemysłu. Odpoczywając, nadal znajdujemy się w gospodarczym obiegu, a więc pracujemy – generujemy popyt na dane produkty (np. programy telewizyjne, wycieczki zagraniczne, filmy 3D), ale także sami je tworzymy (np. zakładając grupy na Facebook’u, których popularność bezpośrednio przekłada się na zysk ze sprzedaży spersonalizowanych reklam). Innymi słowy, praca zarządza naszym życiem, wszelkimi jego aspektami. Decyduje o naszych preferencjach i sposobie myślenia, niezależnie, czy tego chcemy czy nie. Dlatego również dla sztuki praca przestaje być tematem samym w sobie – jest opowieścią o współczesności z wszystkimi jej niepokojami i kryzysami, ale także próbami ich przezwyciężenia. Do tych ostatnich odnosi się chociażby instalacja Piotra Jarosa pt. Made in China. Jest to witryna wypełniona obiektami, które z pozoru nie spełniają żadnej funkcji, są przeciwstawieniem taniej, masowej produkcji miernej jakości, za symbol czego uchodzi tytułowa produkcja chińska. Przedmioty w witrynie są oryginalnymi, misternie wykonanymi pracami, które stanowią alternatywę dla powszechnej nijakości, która w dodatku okupiona jest cierpieniem pracujących po kilkanaście godzin dziennie, często nieletnich pracowników fabryk. Artysta podkreśla w ten sposób problem coraz mniejszej wartości pracy ludzkich rąk. Dziś otaczamy się ogromną ilością podobnych rzeczy, które nie mają dla nas głębszego znaczenia. Służą jedynie zaspokojeniu potrzeby konsumpcji. Kolejne alternatywy dla dominującego modelu gospodarki prezentuje Janek Simon. W kontekście roli, jaką odgrywa przemysł rozrywkowy dla współczesnej gospodarki, szczególnie ciekawa jest historia Surulere. Jak pisze sam autor: „Położone na stałym lądzie Surulere jest od połowy lat dziewięćdziesiątych głównym ośrodkiem Nollywood – nigeryjskiego przemysłu filmowego. W Nigerii powstaje kilkadziesiąt nowych filmów miesięcznie, najczęściej odwołujących się do ważnych tutaj wartości takich, jak rodzina, ale też do czarnej magii i wpływu sił nadprzyrodzonych na życie codzienne. Sercem przemysłu jest Winnies – trzypiętrowy hotel na niepozornej, błotnistej ulicy w Surulere. Tutaj zawierane są kontrakty, aktorzy i reżyserzy angażowani do produkcji. Grupy bezrobotnych artystów oczekują na swoją szansę w okolicznych barach. Produkcja jednego tytułu trwa kilka dni, filmy są następnie kopiowane na DVD i rozprowadzane po całej Nigerii. Płyta kosztuje około półtora dolara”. Tutaj to nie przychody producentów i przestrzeganie prawa autorskiego są priorytetami, ale powszechna dostępność wytworów kultury. Jeżeli spojrzymy na globalną gospodarkę oczami Simona i potraktujemy ją jako swoisty łańcuch pokarmowy, ostatnie miejsce zajmuje w nim bez wątpienia Afryka. Między Europą, USA, Japonią czy Chinami dokonuje się wzajemna wymiana towarów. Afryka jest jedynie odbiorcą, jednak nie towarów, a odpadów. Tę niesymetryczną relację obrazuje Alaba International Market – największy w Afryce targ, na który trafiają zużyte sprzęty elektroniczne z Europy. Artysta przywiózł do Łodzi sprzęt zakupiony tam oraz na pobliskim Lagos Yaba Market, gdzie sprzedawane są tanie chińskie towary produkowane specjalnie na rynek afrykański. W lipcową sobotę na Rynku Bałuckim próbował handlować zgromadzonymi w trakcie wyprawy przedmiotami metodą handlu walizkowego, stanowiącą ważną, choć nieformalną gałąź gospodarki polskiej w latach 80. i na początku transformacji. W ten sposób hierarchia w „łańcuchu pokarmowym” zostaje zerwana. Doskonałym rozwinięciem zasygnalizowanych na wystawie projektów dotyczących przemian pracy i gospodarki rynkowej był poprzedzający wernisaż cykl wykładów zorganizowany przy udziale Klubu Krytyki Politycznej w Łodzi. Na jednym z nich Krystian Szadkowski przedstawił współczesny uniwersytet ze swoim przedsiębiorczym modelem zarządzania jako współczesną fabrykę: „W momencie, gdy w dużych polskich miastach uniwersytety zajęły miejsce dużych zakładów przemysłowych, pod względem zatrudniania największej ilości pracowników, powiązane z nimi rzesze studentów przekształciły się w «rezerwową armię pracy»”. Inną perspektywę przyjęła Ewa Charkiewicz, która omówiła wpływ przemian pracy na miejsce kobiet w społeczeństwie i w relacjach prywatnych. Nie trudno zauważyć, że świat akademicki o wiele częściej podejmuje tę tematykę. Niemiecki artysta Harun Farocki uczynił przedmiotem swojej instalacji, zatytułowanej Robotnicy opuszczają fabrykę w trakcie jedenastu dekad, stopniowe zanikanie zagadnień pracy z pola zainteresowania sztuki. Jedenaście umieszczonych obok siebie telewizorów, na których pokazywane są fragmenty filmów – od znanych Metropolis czy Modern Times do chociażbyLa Reprise du travail aux usines Wonder z maja 1968 roku. Choć pierwsza kamera w historii filmu została skierowana na fabrykę (mowa tu oczywiście o Wyjściu robotników z fabryki braci Lumière), to z biegiem czasu motyw ten staje się jedynie tłem dla fabuły dotyczącej prywatnego życia bohaterów. Temat pracy znika także z polskiej sfery publicznej. Pojawia się tylko przy okazji krytyki „roszczeniowej” postawy górników, kolejarzy, pracowników stoczni (będących, jak relacjonują media, reliktami PRL) oraz wtedy, kiedy mowa jest o braku pracy – bezrobociu kojarzonym z biedą, nieporadnością, niewykorzystanymi szansami. Podobnie jak w wielu innych krajach Europy Środkowo-Wschodniej (skąd pochodzi duża część artystów prezentowanych na wystawie), na pierwszym planie pojawia się odnosząca sukces autonomiczna, „kreatywna” jednostka sprawnie poruszająca się w mechanizmach „społeczeństwa opartego na wiedzy”. Kobieta z filmu Artura Żmijewskiego pt. Świecie mówi: „Słowo robotnik oznaczało przynależność do klasy robotniczej. Dziś ludzie pracują w sektorze usług, nikt już nie określa się jako robotnik”. Sami robotnicy wolą określać się mianem specjalistów. Dokument Żmijewskiego jest zapisem projektu polegającego na współpracy artystów z robotnikami zakładów metalowych w Świeciu. Obie grupy spotykają się, tworzą i instalują rzeźby publiczne, korzystając z hal i urządzeń fabrycznych. Autor nawiązuje do podobnych akcji artystów i robotników inicjowanych w końcu lat 60., m.in. w Elblągu, którym przyświecały utopijne idee społeczeństwa bezklasowego. Podobna sytuacja kilkadziesiąt lat później wydaje się tak samo sztuczna, wyreżyserowana, co skłania do zastanowienia nad możliwościami przezwyciężenia społecznych i politycznych różnic między dwoma grupami. Uwypuklone przez Żmijewskiego stereotypy, dotyczące odwiecznych sprzeczności między nimi mają się całkiem dobrze. Także Miklós Erhardt porusza temat sensowności relacji artysty z otoczeniem. Jego film Havanna dokumentuje przeprowadzkę do dzielnicy Budapesztu, która w zamierzeniu komunistycznych władz miała być funkcjonalną jednostką urbanistyczną mieszczącą 6 tys. mieszkań w jedenastopiętrowych blokach. Jej nazwa powstała dla uczczenia 25. rocznicy kubańskiej rewolucji. Już w latach 80. Havanna stała się otoczonym złą sławą blokowiskiem. Po 1989 r. dominowała tam bieda, prostytucja i handel narkotykami. Podmiejskie hipermarkety uniemożliwiły rozwój lokalnego drobnego handlu, dlatego wokół pełno było pustych pawilonów. W jednym z nich Erhardt otworzył „Biuro dla poszukujących porad”. Niepowodzenie projektu, brak nawiązania znaczących więzi z mieszkańcami, skłania do refleksji nad rolą sztuki w społeczeństwie i możliwością aplikacji pewnych idei przez artystów na żywej tkance społecznej. Podobną próbę podejmuje również kuratorka wystawy Joanna Sokołowska. 22 lipca w Muzeum Sztuki w Łodzi zostały zorganizowane warsztaty dla dorosłych pt. Niech się święci 1 maja. Kilka dni po spotkaniu, oglądając jego efekty, można było zauważyć, że najprawdopodobniej uczestniczyli w nim jedynie pracownicy muzeum. Namalowane na ścianie kolorowe postaci kuratora, krytyka sztuki, pracownika działu edukacji i pilnowaczki (ciekawe, dlaczego tylko to stanowisko w rodzaju żeńskim brzmi śmiesznie? Swoją drogą, czy ktoś kiedyś widział „pilnowacza”?) otoczone są hasłami – przypisanymi do danego stanowiska aktywnościami. Rozłożenie własnych działań na czynniki pierwsze uwypukla najbardziej banalne czynności podczas pracy w tzw. „sektorze kreatywnym”. Kurator musi pamiętać o „powiększeniu podpisów”, „przemyśleniu kolejności” i „wentylacji”. Pilnowaczka ma trochę inne problemy: „żylaki”, „duszno”, „subtelne podpieranie ściany” i … „mało zwiedzających”. Na podłodze leżą rozłożone paski papieru z cytatami w sam raz dla muzealników, np. Roberta Shustermana: „Sztuka jest zamykana w muzeach, halach koncertowych, klasach szkolnych i teatrach, strzeże się jej przed swobodnym i przypadkowym dostępem w codziennym życiu”. Już ponad 30 lat minęło od emancypacyjnych wizji Josepha Beuysa, który wierzył, że każda praca może być twórcza, może wytwarzać ciepło międzyludzkie. Utopia artysty zakłada, że przedsiębiorstwa dbają o rozwój intelektualny pracowników, a ekonomia służy rozwojowi wartości duchowych. Dziś, kiedy takie koncepcje wydają nam się dziecinnie naiwne, a polityka – krajowa i globalna – nie jest w stanie poradzić sobie z coraz bardziej drastycznymi konsekwencjami szalejącego kapitalizmu, sztuka zaangażowana, podejmująca aktualne tematy, stara się je zrozumieć i uwypuklić. Projekt artysty – Pompa miodowa ma swoje współczesne odczytanie – Bombę miodową Romana Dziadkiewicza, gdzie nie ma mowy o współpracy, a praca tworzy wybuchową mieszankę z zabawą (czasem wolnym jako produktem/producentem) i walką (bezlitosną rywalizacją o rząd dusz). *Martyna Dominiak - doktorantka socjologii na Uniwersytecie Łódzkim, członkini Klubu Krytyki Politycznej w Łodzi __________________ Robotnicy opuszczają miejsca pracy, kuratorka – Joanna Sokołowska; artystki i artyści – Joseph Beuys, Rafał Bujnowski, Roman Dziadkiewicz, Miklós Erhardt, Harun Farocki, Aleksandar Battista Ilić (we współpracy z Ivaną Keser i Tomislavem Gotovac) Kristina Inčiūraitė, Piotr Jaros, Ali Kazma, Jean-Luc Moulène, Frédéric Moser & Philippe Schwinger, Peter Piller, Martha Rosler, Mika Rottenberg, Janek Simon, Škart, Mladen Stilinović, Mona Vătămanu & Florin Tudor, Ingo Vetter, Artur Żmijewski, Haegue Yang; Muzeum Sztuki w Łodzi; wystawa będzie czynna do 5 września 2010 r.
Na podobny temat
|
@Spokojny "Overall proponuje...
Pomysł, żeby na każdą parę przypadało...