|
W latach 90. nie było lepszego brytyjskiego zespołu niż Pulp, ani lepszego tekściarza niż Jarvis Cocker. Właściwie to nawet zabawne, bo gdy słucham ich nagrań z lat 80. myślę, że wtedy nie było w Anglii zespołu gorszego niż Pulp. Po dziwacznym easy-listening z płyty It albo zmanierowanej i okropnie wyprodukowanej Freaks nikt nie przewidziałby, że muzyka Pulp kiedykolwiek będzie nadawała się do słuchania.
A przecież już kilka lat później zespół nagrywa His ’n’ Hers płytę, która rozpoczyna ich marsz na szczyt. Jak to się stało, że muzycy przeżyli tyle lat, grając badziewie? Owen Hatherley, brytyjski dziennikarz muzyczny i autor krótkiej książeczki o Pulp, Uncommon, pisze że było to możliwe dzięki sprzyjającym warunkom ekonomicznym i skromnym, ale pewnym zasiłkom z pomocy społecznej. To dzięki nim w Wielkiej Brytanii od lat 70. powstało mnóstwo dobrej muzyki tworzonej przez ludzi pochodzących z klasy robotniczej albo niższej średniej, uczących się w akademiach sztuk pięknych i mieszkających w niedrogich, gminnych kamienicach. Tak zaczynali: The Kinks, David Bowie, Roxy Music, Japan, Soft Cell, Kate Bush, The Fall, Pet Shop Boys, The Smiths. Łączyło ich sprawne mieszanie artystycznego eksperymentu i populistycznej przystępności, a przy okazji umiejętność pisania niebanalnych piosenek i inteligentnych tekstów. Tylko że nie było to wyłącznie kwestia indywidualnego talentu, równie ważne były odpowiednie warunki życia, dzięki którym można było eksperymentować, ponosić artystyczne porażki, grać słabe koncerty. Czasami do wielkości dochodzi się długo. Muzykom z Pulp zajęło to ponad 15 lat. Całe szczęście, że mieli tyle czasu.
W ciągu tych 15 lat u Jarvisa zdążyły rozwinąć się dwie obsesje – seks i klasa. Ten pierwszy temat poznał dość wcześnie, z drugim poznał się dopiero w St. Martin’s College, gdzie studiował sztuki wizualne. W jakimś wywiadzie powiedział nawet, że w St. Martin’s po raz pierwszy zorientował się, że coś takiego jak klasa w ogóle istnieje. W rodzinnym Sheffield nie miał o tym pojęcia, bo wszyscy jego znajomi żyli tym samym życiem, co on. Tymczasem w Londynie zobaczył, jak naprawdę żyje klasa średnia i chyba się wkurzył. Tym bardziej, że w latach 90. oficjalną narracją nowej lewicy był koniec walki klasowej. Nawet ludzie pracujący na słuchawkach w różnych call-centres mieli kwalifikować się do klasy średniej. Zarabiali tyle, co kot napłakał, i nie mieli ubezpieczenia, ale nosili białe kołnierzyki. Niektórzy dali się nabrać i uwierzyli, że klasę wybiera się, tak jak każdą inną tożsamość. Tymczasem większość nie miała żadnego wyboru i musiała zadowolić się nużącą pracą, byle jakim mieszkaniem, fajkami, alkoholem, bilardem i seksem. Nie było innego wyjścia – i właśnie o tym jest największy hit Pulp „Common People”.
To trochę dziwny hit, przede wszystkim dlatego, że nie jest to typowy stadionowy numer z wielkimi riffami gitarowymi. W zamian muzycy Pulp grają prawie jak krautrockowe Neu! Nie ma tam zwyczajnej struktury zwrotka-bridge-refren, zastępuje ją nieprzerwany puls, który wyrywa do przodu, jakby zespół chciał za wszelką cenę przebić ścianę nudy i beznadziei zwykłego życia. No i nie w każdym hicie jest tyle agresji skierowanej prosto w przedstawicieli klasy średniej. W czwartej minucie Jarvis zamienia zwykłych ludzi we wściekłe psy, które kąsają bez uprzedzenia i wyrywają flaki niczego niespodziewającym się (klasowym) turystom. Ta groźba była zaskakująca. Do tego stopnia, że prezenterzy radiowi wycinali ten fragment i puszczali ocenzurowaną wersję. W tym zaskoczeniu tkwiła też największa siła Pulp, zespół przypominał, że nawet jeśli póki co masy są uśpione i znudzone, nigdy nie wiadomo, kiedy zaczną gryźć. Zresztą jest to temat przewodni całej płyty Different Class.
Płyta zaczyna się od bezczelnie roszczeniowego „Mis-Shapes”. „Chcemy waszych samochodów, domów, rzeczy, na które nam nie pozwalacie” – wydawałoby się, że to idealny hymn dla rewolucji. Tylko że „Mis-Shapes” nie jest wyłącznie piosenką o walce klas. Nakłada się na nią jeszcze inna walka, a właściwie bójka między młodymi intelektualistami, hipsterami a chłopakami z miasta. Ci pierwsi wiedzą, że przyszłość, jaka ich czeka, nie jest zbyt radosna. Dlatego chcą o nią walczyć, ale nie przy pomocy bomb, tylko sprytu. Zawsze gdy słuchałem tej piosenki, zastanawiałem się, co to za broń ten spryt? Może i Dawid wykończył Goliata, bo miał więcej sprytu, ale miał też procę. Władza to władza, a spryt to spryt – ten ostatni nie może być żadną bronią wojenną, może co najwyżej pomóc w przetrwaniu bitwy i przedostaniu się na bezpieczne tyły frontu. Dlatego młodzi hipsterzy stojący u bram „klasy średniej” liczyli właśnie na niego – ostatecznie na niektórych z nich naprawdę czekały ładne domy i drogie samochody. A co z chłopakami z miasta? Oni zdaniem Cockera byli zbyt głupi, żeby cieszyć się dobrobytem. Aż dziwne, że Pulp nagrało tę piosenkę. Zresztą już kilka lat później Jarvis Cocker bardzo się za nią wstydził, a zespół właściwie przestał ją grać na koncertach.
„Mis-Shapes” jest mylące jeszcze z innego powodu. Dla Jarvisa spryt nie był przecież najważniejszą bronią w walce z uprzywilejowanymi, był nią seks. Seks z bogatymi, samotnymi (chociaż nadal zamężnymi) matkami to motyw przewodni płyty His ‘n’ Hers, na Different Class też go nie brakuje. I tak w „Acrylic Afternoons” mamy seks przerywany popołudniową herbatą z dziećmi, a w „Pink Glove” Jarvis oferuje seks dawnej dziewczynie, która teraz spotyka się z kimś bogatszym – wszystkiemu temu towarzyszy sztafaż różnych drobiazgów charakterystycznych dla klasy średniej (albo marzeń o niej): miękkie poduszki, duże telewizory, kuriozalna różowa pościel, akryle, herbata w porcelanowych filiżankach. Naprawdę radykalne rzeczy dzieją się w „I Spy” – Jarvis szpieguje małżeństwo z klasy średniej i powoli rozwala im życie: „Powinieneś mnie traktować poważnie, nawet bardzo poważnie. Bo od 16 tygodni śpię z twoją żoną, palę twoje papierosy, piję twoją brandy…”. I dalej: „To nie coś między mężczyzną a kobietą, bardziej coś między biednymi a bogatymi”. Owen Hatherley pisze, że piosenka brzmi jak dzienniki Aleksandra Hercena redagowane przez Adriana Mole’a i coś w tym jest, bo historia walki klas zderza się tutaj z megalomańską, indywidualną fantazją. To już nie walka, a terroryzm.
Nic jednak nie przebije mojego ulubionego „Cocaine Socialism”, który wypadł z płyty This is Hardcore, ale ukazał się kiedyś jako druga strona singla. Czy ktoś kiedykolwiek nagrał równie zabawną i ostrą krytykę lewicowej trzeciej drogi? Wszystko zaczęło się od tego, że Jarvis został zaproszony na jedno z przyjęć New Labour, gdzie bawiła się cała „Cool Brittania”: Alexander McQueen, Noel Gallagher, Damien Hirst, Graham Coxon. „Chciałbym się z tobą zobaczyć, żebyśmy mogli porozmawiać o twoim wkładzie w serce i ducha naszego narodu… Szósta, u mnie, w Whitehallu”. Gdy Jarvis przyjeżdża modnie spóźniony o godzinę słyszy: „Chciałem ci powiedzieć, że kocham wszystkie wasze piosenki […]. A teraz przejdźmy do sedna. Chcesz kreskę, czy jesteś (niuch) socjalistą?”.
New Labour likwidowało wtedy prawie wszystkie programy socjalne, na przykład skończono z bezpłatną edukacją uniwersytecką. Cięcia dotyczyły też programów dla samotnych rodziców i kobiet w ciąży. Ale impreza trwała, bo zabezpieczenia społeczne zastąpiono zupełnie innymi przyjemnościami: „Jedna kreska i czuję świetnie, popieram zabezpieczenia społeczne […]. Śpiewasz o zwykłych ludziach, o pomyłkach i wyrzutkach, czy możesz ściągnąć ich do naszej partii, żeby wszyscy mogli to wciągnąć?”. Naprawdę, nikt nie zrobił tego lepiej. Później też Pulp i Jarvis solo nagrywali kolejne świetne piosenki, w których bezceremonialnie wyśmiewali cynizm nowej lewicy. Wystarczy posłuchać „Last Day of the Miners Strike” albo „Cunts are Running the World ”, w którym zasłużone baty dostaje wreszcie Bono.
Teraz Pulp wróciło na scenę, i nawet jeśli tylko po to, by spłacić hipotekę, bardzo dobrze się stało. Moment jest wyśmienity, bo naprawdę już czas, by postraszyć elity przemianą nudy, apatii i hedonizmu w radykalne wkurwienie na rzeczywistość. Być może powrót Pulp sprawi też, że zamiast badziewiastego indie będziemy mieli wysyp zespołów, które naprawdę mają coś do powiedzenia? Pamiętacie „Andrew Lansley Rap”? Być może Nxtgen nie jest najbardziej oczywistym następcą Morrisseya i Cockera, ale od tego hitu z YouTube’a nie tak znowu daleko do „Margaret On The Guillotine ”.
A koncert na Openerze? Świetny. No i zagrali „Mile End ”!
Owen Hatherley, Uncommon, Zero Books, Alresford 2011.
Na podobny temat
|
@Spokojny "Overall proponuje...
Pomysł, żeby na każdą parę przypadało...