|
Bóg, kasa i rock’n’roll to tytuł wywiadu-rzeki, jakiego udzielili sobie Szymona Hołownia z Marcinem Prokopem, a także – jak rozumiem – trawestacja znanej dewizy Wojska Polskiego. Do tego, że w roli „honoru” występuje „kasa”, a zamiast „ojczyzny” jest „rock’n’roll”, zdążyliśmy się już chyba przyzwyczaić. Bardziej mogą dziwić Szymon Hołownia i Marcin Prokop jako wcielenie Wojska Polskiego, ale pamiętamy przecież z historii, że Jan Paderewski miał większe zasługi dla odzyskania niepodległości niż rzeczone wojsko, więc można zrozumieć, że w coraz mniej suwerennej ojczyźnie artyści powoli przejmują pewne funkcje armii.
Trójczłonowy tytuł może sugerować, że o kasie i rock’n’rollu będzie w książce tyle samo, ile o Bogu, ale im dalej w las, tym bardziej widzimy, że tytuł jest zwodniczy i miał służyć jedynie jako zachęta dla tych, którzy kasą i rock’n’rollem interesują się trochę bardziej niż Bogiem. Czyli generalnie dla – nie bójmy się tego słowa – młodzieży. A przecież wystarczy rzucić okiem na spis treści: Bóg, Kościół, Idole (z podtytułem: Jezus żyje. Elvis też?), Zakon, Modlitwa, Pieniądze, Bóg bawi się nami czy z nami?, żeby zrozumieć, że mamy w ręku raczej katechizm niż rzecz o kasie i rock’n’rollu. Oczywiście katechizm w wersji light, który babcia może kupić swoim wnukom oglądającym Mam talent.
To w końcu z tego show znany jest szerszej publiczności ten dziennikarski duet. Dziwi więc, gdy Hołownia porównuje szukanie autentycznego przeżycia w popkulturze do żywienia się na śmietniku (restauracją w tym porównaniu jest Kościół). Skoro popkultura jest śmietnikiem, to kim są w takim razie prowadzący program Mam talent? Czy aby nie śmieciarzami? Oczywiście Prokop nie pyta Hołowni o to, jak sobie radzi z codziennym buszowaniem w śmietniku, choć sam popkulturę ceni.
To nie jest jedyny fragment, gdzie dialog okazuje się pozorowany. Zresztą panowie wiedzą, jak do niego nie dopuścić. „Chcesz poważnie porozmawiać o tomizmie?”, atakuje w którymś momencie Hołownia. Po takim uderzeniu Prokopowi pozostaje już tylko porównać kolegę do Jaruzelskiego.
„Chciałbym wierzyć w Boga. Tylko głupiec by nie chciał”, przyznaje Marcin Prokop już na pierwszych stronach książki. Mniejsza z tym, że obraża w ten sposób wszystkich ateistów (dla przypomnienia: ateiści przeważnie nie chcą wierzyć w Boga, a znam nawet takich, którzy wręcz uważają wiarę w niego za szkodliwą). Ale co złego zrobili Prokopowi buddyści? Oni też jakoś nie chcą wierzyć w Boga. Co więcej: pojęcie Boga praktycznie nie ma w buddyzmie znaczenia. Co gorsza, w końcu sam stwierdza: „jestem buddystą, co właśnie mi uświadomiłeś”. Czy oznacza to, że jest głupcem?
Zależy, jak patrzeć. Na pewno według tej teorii, którą sam ukuł. Twierdzenie, że wiara jest łaską, która niektórym nie została dana, jest równie głupie, jak popularne w polskim dyskursie. Powody tej symbolicznej hegemonii są oczywiste. Od czasu chrztu Polski część poglądów katolików zdążyła się już tu zakorzenić. Ale czy to powód, żeby je powielać? Prokop, jako agnostyk, raczej nie ma takiego obowiązku. Rozumiem, że w Polsce może to być trudne do pojęcia, ale na świecie są dziesiątki tysięcy religii i naprawdę nie wszystkie z nich są monoteistyczne. Co więcej: istnieją badania, które wykazują, że ateiści są najinteligentniejszą grupą światopoglądową. Więc może jednak nie są głupcami?
Trochę się czepiam i pewnie Prokop by się ze mną zgodził, gdyby się nad tym zastanowił. Dlatego przerażające jest, że w rozmowie z Hołownią tak bardzo oddaje mu pole. Niby przyznaje, że z religią i Bogiem zawsze miał problem, ale zaraz dodaje: „Do momentu, aż poznałem Szymona Hołownię”. Zaprawdę wielka musi być charyzma dyrektora programowego Religii.tv, że nawet byli prezenterzy MTV stają się dzięki niemu mniej krytyczni wobec cywilizacji życia i prawie zaczynają akceptować zakład Pascala. Czy naprawdę trzeba przypominać, że wierząc w Boga, tracimy większość wina, kobiet i śpiewu tego świata?
Zapewne to bliska znajomość z Hołownią sprawia, że Prokop zaczyna się czuć ekspertem od Kościoła: „Wy, katolicy, zachowujecie się jak ciastkarnia, która w swoim mniemaniu piecze najlepsze babeczki w mieście i chciałaby je sprzedawać na całym świecie, przy czym jedyną reklamą, jaką uznaje, jest pordzewiały szyld zawieszony nad drzwiami pradziadka”. Swoją wiedzę na temat wykorzystywania popkultury w marketingu Kościoła ceni wysoko: „Niedrogo doradzę, jak to fachowo zrobić”. Ciekawe, czy Kościół przetrwałby tak długo, gdyby miał doradców w rodzaju Prokopa. I jak długo jeszcze będzie istniał, skoro od jakiegoś czasu rady Prokopa Hołownia wciela w życie.
Wejście Prokopa w katolickie buty prowadzi go różnych kuriozalnych stwierdzeń: „Wanną, w której kąpię swoją duszę, jest szeroko rozumiana popkultura”. O Nergalu: „Przypomina małego niegrzecznego chłopca, który wyrzucił zabawki na środek pokoju na złość wiecznie nieobecnemu ojcu (…) najbardziej by chciał, by tata, słysząc harmider rozrzucanych resoraków, wszedł do pokoju, przykucnął przy nim, przytulił, pogłaskał po policzku”. Albo: „Wołanie do Boga jest po prostu wpisane w naszą naturę”. Czy ci, którzy nie wołają, nawet ocierając się o śmierć, zamiast natury mają kulturę?
Czym jest ta książka, skoro nie jest ważkim dialogiem odmiennie myślących ludzi, jak to próbuje się nam sprzedać na okładce? Prokop przyznaje to bez skrępowania: „Robimy po prostu to samo, co taksówkarz wiozący pasażera na lotnisko, fryzjer zakręcający klientce loki, babcie gderające w kolejce do laryngologa czy kumple spotykający się po robocie przy piwie”. Niestety nie zastanawia go fakt, dlaczego żadna z wymienionych osób nie spisuje tych rozmów i nie wysyła ich do publikacji.
Na podobny temat
|
@Spokojny "Overall proponuje...
Pomysł, żeby na każdą parę przypadało...