|
Politycy mają to do siebie, że działają cyklicznie. Istnieje zestaw tematów, o których można pogadać w radiu bądź telewizji. Nawrzucać przeciwnikowi, podlizać się szefowi, zrobić ferment, a przy tym nic nie zmieniać. Ważniejsze jest jednak budowanie własnej postideologicznej tożsamości. Ma to tyle związanego z prawdziwymi ideami, co Jarosław Kaczyński z Tomaszem Piątkiem. Władza przechodzi z rąk do rąk, a politycznie nic się nie zmienia. Jednakże u nas w Polsce jest jeszcze takie romantyczne coś, o które warto walczyć – patriotyzm. Cóż to właściwie jest? Sprawa wygląda trochę tak jak w tym powiedzeniu – gdzie dwóch Polaków, tam trzy partie. Dodać wypada – i trzynaście definicji patriotyzmu. Rozumieć to pojęcie można zarówno jako uwielbienie dla ruskich pierogów, jak i płacenie podatków. Wyłożę własny pogląd, zaczynając w iście politykierski sposób, od tych co się w mojej definicji nie mieszczą. A nie mieści się prawie żaden polityk, w tym wielu samorządowców. Niewidoczny minister środowiska także. Czemu nawet on? Patrioci, obnoszący się ze swą miłością do kraju, są dla mnie tak samo prawdziwi, jak ich łatki polityczne. Jeśli uznaliście mój pogląd za odchylenie prawicowo-nacjonalistyczne, to muszę was zmartwić, bo mam na niego konkretny dowód - raport Greenpeace o Puszczy Białowieskiej.
Być może niesłusznie wyszczególniłem ministra środowiska, ale to on posiada zwierzchnictwo nad Dyrekcją Lasów Państwowych, której nazwa nie oddaje pełnej prawdy, bo powinna być Dyrekcją Wycinki Państwowej Na Rzecz Komercji. Głównie dlatego, że na niechronionych terenach Puszczy Białowieskiej (stanowią one aż 84 proc. całości) dochodzi do konsekwentnego wycinania drzewostanów. Granice wyznaczane przez zarządzających lasami nie istnieją dla zwierząt i drzew. Nie znają przecież granicy między terenem pod jurysdykcją rządu polskiego a miejscem wycinki. O ile jest to całkowicie zrozumiałe, to że Lasy Państwowe nie znają podstaw ekologii już dziwi – by zachować charakterystyczną specyfikę wschodniej prapuszczy nie można jej nadmiernie wycinać i przerabiać na meble lub zapałki. Nabijanie kabzy odbywa się kosztem zniszczenia środowiska żubra, rysia, wilka i 20 tysięcy innych zwierząt.
Ktoś może pomyśleć, że ekoterroryści znów ruszyli na wojnę z ludźmi, nie mającymi czym ogrzać domu. Nic bardziej mylnego. W raporcie Greenpeace podane są wyliczenia sporządzone dla Kancelarii Prezydenta RP, wedle których mieszkańcy powiatu hajnowskiego zużywają około 30-40 tysięcy metrów sześciennych drewna. Mimo to w 2009 roku wycięto i wyprzedano aż 103 tysiące. Powstają w ten sposób miejsca, w których zaburzona jest ciągłość procesów ekologicznych. Najczęściej ma to zabójcze skutki dla zwierząt. Według naukowców populacja leśnych ptaków i ssaków zaczyna wymierać, kiedy „ilość odpowiednich siedlisk spada poniżej 10-20% całkowitej powierzchni danego obszaru”. Choć wydaje się, że to czysta teoria, przepaść między terenami niechronionymi a będącymi parkiem narodowym powiększa się z dnia na dzień – populacja dzięcioła białogrzbietowego w Białowieskim Parku Narodowym utrzymuje się na stabilnym i naturalnym poziomie, zaś po przekroczeniu jego granic liczebność tego gatunku wciąż spada. A skoro nie da się przenieść zwierząt na część strzeżoną, to należałoby rozszerzyć granice parku narodowego.
W polskiej rzeczywistości okazuje się jednak, że pomysł z rozszerzaniem granic jest wręcz nierealny Nawet jeśli zaczniemy okupować biuro ministra środowiska, to i tak nic nie wskóramy. Dlatego, że w świetle obecnego prawa jest bezsilny. Stąd moje wątpliwości, co do pełnej odpowiedzialności pana Kraszewskiego. Sam mówi, że się stara. Jednak niewiele to zmienia. I nie zmieni, dopóki z jednej strony będą ograniczały go samorządy terytorialne, a z drugiej ustawa o ochronie przyrody. Na jej mocy lokalni zarządcy mogą powiedzieć „nie” rozszerzeniu, choć takiego prawa nie mają wobec żadnej innej własności skarbu państwa. Wetują to pod różnymi pretekstami, ale tak naprawdę chodzi o ochronę interesów Lasów Państwowych, organizacji sprzedającej każdego roku drewno za 5 miliardów złotych, z czego 200 milionów stanowi zysk.
Dopóki nie dojdzie do zmiany prawa, nie powstrzymamy wycinki Puszczy Białowieskiej. Stąd też Greenpeace Polska przygotowała projekt zmian w ustawie o ochronie przyrody. A dokładniej dwie zmiany. Pierwsza zakłada, że samorządy lokalne, Państwowa Rada Ochrony Przyrody oraz organizacje pozarządowe mogą w ciągu trzydziestu dni zgłosić swoje uwagi co do ministerialnego rozporządzenia w kwestiach takich, jak rozszerzenie parku narodowego bądź utworzenie nowego. Samorządy utracą dotychczasowe prawo weta, co sprawi że rozszerzenie granic parku narodowego stanie się łatwiejsze. Odpowiedzialności nie będzie dało się już przerzucać z instytucji na instytucję. Druga poprawka stanowi, że minister środowiska nie może odwołać dyrektora jakiegokolwiek parku narodowego, dopóki nie skonsultuje swojego zdania z tą samą Radą Ochrony Przyrody. Zwolnienie z pracy trzeba będzie dobrze uzasadnić – ta zmiana wymusi wyłącznie merytoryczne decyzje kadrowe Ministerstwa Środowiska, a przy tym w przyszłości nie pozwoli na samowolę i obsadzanie tych stanowisk przez kumpli z partii.
Tak to się mniej więcej przedstawia. Ot taka zagwozdka, której nie da się jej rozgryźć cyklicznymi pyskówkami o to, kto jest bardziej nadmuchanym patriotą. Można udowodnić to wyłącznie w działaniu. Został ponad miesiąc, aby zebrać 100 tysięcy podpisów pod projektem ustawy, która rozwiązałaby ręce ministrowi środowiska w sprawie parków narodowych. Nigdy nie chcielibyśmy przerobić Kmicica i Wołodyjowskiego na zapałki, więc nie pozwólmy by tak zrobiono z naszą Puszczą! Do dzieła!
Na podobny temat
|
@Spokojny "Overall proponuje...
Pomysł, żeby na każdą parę przypadało...