|
„Smok jeszcze żył, lecz śmierć była już blisko. Oczy całego świata wpatrywały się w jego agonię… Zwykli ludzie patrzyli ze smutkiem na wielką tragedię mieszkańców tonącego kraju, ale i dla nich był to wyjątkowo fascynujący widok. Tonął przecież nie tylko zwykły cień legendarnej Atlantydy, tonął współczesny kraj, uprzemysłowiony, bogaty i silny, a co więcej mający długą historię i barwną kulturę”[1]. Już 40 lat temu w swoim arcydziele Zatonięcie Japonii Sakyo Komatsu pisał o kataklizmie, jaki spotyka Japonię, jako o „śmierci smoka”. Przypominający kształtem smoka Archipelag Japoński w ciągu roku tonie wskutek gigantycznych trzęsień ziemi i tsunami. Opowiadanie kończy się dramatycznym zniknięciem Wysp Japońskich pod wodami oceanu. Po serii wybuchów wulkanów powstaje ogromna chmura pyłów, która przykrywa cały świat, co wywołuje zmianę klimatu i dramatyczne zmniejszenie plonów, sami zaś Japończycy zostają zmuszeni zasmakować goryczy życia na obczyźnie.
Japońska fantastyka naukowa wielokrotnie dawała nam przeczucie katastrofalnej przyszłości. Przewidywano nie tylko trzęsienia ziemi o sile dziewięciu stopni w skali Richtera czy trzydziestometrowe fale tsunami, ale i katastrofy nuklearne. Znanym przykładem urzeczywistniającej się po wojnie jądrowej antyutopii jest świat filmu Nausicaä z Doliny Wiatru Hayao Miyazakiego, gdzie przedstawia on koegzystencję ludzi z „Morzem Zgniłym” (po japońsku Hukai), w którym żyją olbrzymie owady i rozprzestrzeniające „miazmaty” i „zarodniki” trujące rośliny. Już kilkanaście dni po pierwszym wstrząsie i katastrofie jądrowej w Fukushimie, na Twitterze ludzie zaczęli używać właśnie słów „miazmaty” czy „zarodniki” jako synonimu radioaktywności. Może dzięki identyfikacji z bohaterami postapokaliptycznej opowieści łatwiej było zaakceptować straszną rzeczywistość[2].
Być może również czytelnicy Wojen klimatycznych Haralda Welzera przypomną sobie kiedyś o jego proroczych wizjach. A może już się w nich znajdujemy? Według Welzera, bogate przemysłowe państwa Północy, które spowodowały zmiany klimatu, same korzystają z bogactw naturalnych kosztem ludzi z Południa. Jednak w XXI wieku nie mogą uniknąć skutków wywołanego przez siebie globalnego ocieplenia i, jako mieszkańcy tego samego globu, nie są w stanie uciec od ponoszenia kosztów dotychczasowego wygodnego życia. Proroctwa Welzera już niestety częściowo realizują się w Fukushimie.
Elektrownia jądrowa Fukushima I znajduje się na pograniczu dwóch miast: Hutaba-machi i Okuma-machi. TEPCO (skrót pochodzi od Tokyo Electric Power Company) rozpoczęło budowę elektrowni jądrowej w tym miejscu w 1967 roku w odpowiedzi na 7 lat natarczywej kampanii promocyjnej ze strony samorządów lokalnych. W latach 60. ubiegłego wieku Hutaba-machi było typowym słabo zaludnionym miastem zmagającym się z deficytem. Nie było tam ani przemysłu, ani żadnego ośrodka kulturalnego. Jedyne, co mieszkańcy mogli robić, to Dekasegi (wewnątrzkrajowa emigracja w poszukiwaniu prac) do stolicy. Gdy w latach 70. zaczęły pracować elektrownie jądrowe, sytuacja w mieście uległa znaczącej poprawie. Finansowy deficyt zniknął dzięki podatkowi od nieruchomości i podatkowi dochodowemu od osób prawnych. Ponadto, miasto otrzymało od rządu japońskiego dodatkowe pieniądze na budowę kolejnych reaktorów. Hutaba-machi zmieniła się w „bogatą społeczność lokalną”. Zbudowano pierwszą bibliotekę, drogi, bazę rekreacyjną itd. Dzięki tym przemianom mieszkańcy nie musieli już wyjeżdżać z miasta w poszukiwaniu pracy, którą teraz oferowały firmy związane z elektrowniami jądrowymi. Co ciekawe, reaktory produkowały energię wyłącznie dla Tokio. Ponieważ dystrykt Fukushimy przydzielono nie Tokyo a Tohoku Electric Power Company, mieszkańcy Hutaba-machi nigdy sami nie korzystali energii, którą produkowali[3].
Miodowy miesiąc Hutaba-machi i TEPCO trwał 15 lat. Przez te lata wartość budynków elektrowni spadła, zaś dochody rządu lokalnego znacznie się zmniejszyły. W dodatku miasto potrzebowało coraz więcej pieniędzy na fundusz remontowy dla wybudowanych obiektów (biblioteki, dróg itd.). Żeby utrzymać poziom życia w mieście, w 1991 roku Hutaba-machi rozpoczęło kampanię promocyjną na rzecz budowy nowej elektrowni jądrowej. Rozwiązania małżeństwa z TEPCO i powrotu do stanu słabo zaludnionego miasta z powiększającym się długiem nie brano pod uwagę. Trzeba było podjąć ryzyko dalszego życia w obecności kolejnych reaktorów jądrowych. Nie było innego wyjścia[4].
Przez cały ten czas firmy i mieszkańcy Tokio cieszyli się energią, nie myśląc zupełnie o tym, kto ponosi prawdziwe koszty takiego stanu rzeczy. Z odległości 220 km wszystko wyglądało bezpiecznie, nawet gdyby miał zdarzyć się jakiś „mały problem”. Według TEPCO nie istniało ryzyko żadnej poważnej awarii, której skutki mogłyby dosięgnąć Tokio.
1 marca 2011 skończyło się zarówno „lepsze życie z elektrownią” w Hutaba-machi, jak i „wygodne i bezpieczne życie” dla Tokio. Starsi mieszkańcy Hutaba-machi stracili swe ogniska domowe na zawsze. Większość z nich pracowała w elektrowni, dlatego teraz zdają sobie też sprawę z tego, jak poważne jest skażenie, i że w ich wieku nie mają już szans na doczekanie się powrotu do stanu promieniowania umożliwiającego jakiekolwiek normalne życie. Rząd lokalny i mieszkańcy Hutaba-machi przenieśli się zatem do miasta Saitama, Tokio cierpi z powodu przerw w dostawach prądu, a z wiatrem docierają „miazmaty” i „zarodniki” z Fukushimy, nazywanej przez wielu ludzi „Morzem Zgniłym”.
Zatonięcie Japonii Sakyo Komatsuego istnieje również w wersji komicznej, zatytułowanej Latająca Japonia, napisanej przez tego samego pisarza[5]. W Latającej Japonii trzęsienia ziemi i tsunami atakują kraj, ale Wyspy Japońskie nie toną, tylko zaczynają płynąć. Dopiero wtedy okazuje się, że Japonia leży na plecach wielkiego suma (po japońsku Namazu) nazywającego się Archi-ultra-giganto Namazaurus Nipponicus[6]. Japonia płynie przez Pacyfik na Ocean Indyjski, a następnie przez Atlantyk do cieśniny Beringa, gdzie się zatrzymuje. Z pewnościę większość Japończyków wolałaby taką wersję niż Zatonięcie Japonii, jednak również i w tym przypadku Japonia nie uniknęłaby katastrofy nuklearnej, ponieważ w chwili obecnej w Japonii znajduje się aż 17 elektrowni jądrowych. Płyniemy, płyniemy naszą Japonią, razem z „Morzem Zgniłym” na plecach smoka…
[1] Sakyo Komatsu, Zatonięcie Japonii, przeł. Mikołaj Melanowicz, Wydawnictwo Poznańskie, Poznań 1989, s. 353. [2] Go Koshino, Memory of War and Chernobyl in the Nation-building of Belarus, http://src-h.slav.hokudai.ac.jp/kokai/2007/koshino.pdf, s. 8 – 10 (dostępne tylko w języku japońskim). [3] W Japonii działa dziewięć spółek produkujących energię elektryczną. Każdej z nich podlega inny dystrykt. TEPCO jest znane z tego, że nigdy nie wybudowało elektrowni w żadnym z podlegających mu dystryktów. [4] Taro Hagami, Genpatsu danomi ha Issui no Yume ka, ”Sekai”, styczeń 2011, s. 185 – 193. [5] Opowiadanie to powstało przed Zatonięciem Japonii. [6] Istnieje legenda, powstała w epoce Edo, że pod Japonią mieszka ogromny sum, którego ruchy wywołują wstrząsy sejsmiczne. *Haruka Miyazaki – pracuje na Uniwersytecie Hokkaido w Sapporo, autorka m.in. pracy Sprawa polska a myśl Romana Dmowskiego.
Na podobny temat
|
@Spokojny "Overall proponuje...
Pomysł, żeby na każdą parę przypadało...