|
Paweł Pieniążek
|
|
13.01.2010 |
Podczas pomarańczowej rewolucji Wiktor Janukowycz był „człowiekiem Rosji”. Popierały go rosyjskie media, administracja byłego prezydenta Leonida Kuczmy, pomagał mu także Kreml.
Kto by pomyślał w 2004 roku, że „niebieski” Janukowycz porówna „pomarańczową” Julię Tymoszenko do Putina za chęć sprawowania rządów „silnej ręki”? Jakby tego było mało, zarzucił też Tymoszenko, że podpisany przez nią kontrakt w sprawie przesyłu gazu jest „niewolniczy”. Natomiast Wiktorowi Juszczence, który pozbawił go prezydentury w 2004 roku, Janukowycz życzy trzeciego miejsca. Dużo większe szanse na zdobycie ostatniego miejsca na podium ma jednak prorosyjski kandydat Serhij Tyhipko, zamierzający stosunkom z Moskwą nadać priorytetową rolę, choć nie cieszy się on poparciem dawnego elektoratu Janukowycza.
Ekscentryczna kampania Janukowycza nie pozbawia go szans na wygraną, wręcz przeciwnie. W ostatnio publikowanych sondażach ma ok. 10 procent przewagi nad Julią Tymoszenko. Skutecznie pozyskuje elektorat, który w bratobójczej walce traci obóz pomarańczowych. Janukowycz dostrzegł, że mityczny podział Ukrainy na wschodnią i zachodnią już nie istnieje. Ludność rosyjskojęzyczna wcale nie popiera prorosyjskości. Wystarczy spojrzeć na pozycję w sondażach Serhija Tyhipki (szansa na trzecią lokatę w jego przypadku to wynik nieudolności Arsenija Jaceniuka, którego jeszcze na początku zeszłego roku widziano w drugiej turze wyborów).
Gdy czytamy doniesienia z polskich gazet – o „prorosyjskiej Partii Regionów” i „proeuropejskim Juszczence” – to widzimy, że Ukrainę podzieliły europejskie media i politycy, którzy nie rozumieją, że kultura może być dwujęzyczna.
Na podobny temat
|
|
Aktualizacja ( 13.01.2010 )
|
Krytyka jest prosta jak budowa cepa :...
Dlaczego seria KP dotycząca kobiet na...