|
Wystarczy rzucić okiem na stronę Służby Bezpieczeństwa Ukrainy, aby zauważyć, że jej główną misją jest pisanie historii Ukrainy. SBU powinna być organem ścigania, a staje się organem historiograficznym. Do niej należą ogromne archiwa jeszcze z czasów radzieckich, nie będące powszechnie dostępne - nawet dla historyków.
SBU organizuje tematyczne wystawy historyczne, wydaje książki historyczne i kręci filmy dokumentalne na podstawie własnych archiwalnych dokumentów. Bardzo przypomina to działalność Instytutu Pamięci Narodowej, który prezydent Wiktor Juszczenko i inni urzędnicy stale wychwalają za wzorową politykę historyczną. IPN i SBU zawarły umowę o współpracę.
W Polsce wykorzystywanie esbeckich archiwów, jako symbolicznej władzy tzw. „historycznej prawdy”, w polityce ma dużo dłuższą historię, a także bardziej wpływa na społeczeństwo. Na Ukrainie zwrócenie do archiwów jako wcielenia kolektywnej pamięci, absolutnej wiedzy o kontrowersyjnej przeszłości, staje się coraz bardziej symptomatyczne - jednak wciąż jest raczej tylko pobocznym wątkiem historycznej dyskusji, niż stanowi realnego elementu w walkach o władzę i dyskredytacją politycznych przeciwników, jak np. w wypadku listy Wildsteina w Polsce.
We współczesnym polskim, jak i ukraińskim, publicznym dyskursie archiwum występuje jako straszne miejsce zachowanej prawdy i jej traumatycznych odkryć - pamięć jako odpowiedzialność. Oskarżenie i wina nierozerwalnie wiążą się z archiwum. Jego dokumenty zyskują status dowodów, tak jak w sądzie, stają się powodem oskarżenia złoczyńców.
Filmy o ukraińskich pisarzach, wydawanie książek i wystawy o działalności UPA i Hołodomoru - tym zajmują się „historycy z pagonami” na służbie państwa. Produkując pseudohistoryczne wymysły, na wzór uczestnictwa Żydów w UPA, co miał być dowodem brak powiązań z zabójstwami Żydów przez jej żołnierzy. Takie artykuły historyków SBU, przede wszystkim głowy departamentu zabezpieczenia archiwów Wołodymyra Wiatrowycza, pojawiają się w popularnej prasie i stronach internetowych. Fikcyjność archiwalnych danych i ich specyfika pomija jednak wiarygodność tych, którzy objawiają te prawdy. Archiwalna historyczna wiedza zastępuje refleksje nad przeszłością.
Stale nagłaśniając potrzebę dostępu do archiwów - produkując ciągle nowe i nowe pododdziały oraz struktury, które mają zabezpieczyć ten dostęp - ukraińska władza, na przekór a priori, przekazuje go swoim najbardziej zaufanym organom i w ten sposób jawi się gwarantem obrony swoich obywateli. Gdy ktoś pragnie zorientować się w radzieckiej przeszłości, to państwo wyznacza, kto i jaki ma dostęp do informacji, nie dając możliwości masowego korzystania z archiwów, jak w Polsce i innych krajach postsocjalistycznych.
Ukraińska władza, za Juszczenki i tym bardziej teraz za Janukowycza, nie planuje, żeby archiwum stało się martwą przeszłością - „zmumifikowanym” i wygodnym pretekstem do kolejnych rocznic – lecz raczej realnym instrumentem politycznej walki, które będzie piętnowało dawnych współpracowników KGB. W 1991 roku pobrzmiewały populistyczne apele ultraprawicowców o lustrację, ale logika państwowej władzy - większość przedstawicieli prawdopodobnie również znalazłaby się na tych listach - działa na korzyść tego, żeby radziecka przeszłość z archiwum nie stała się dodatkową dźwignią walki o władzę.
Archiwum tak, jak wcześniej chce wciąż być organem państwowej władzy, która odpowiednio narzuca sposób jego wykorzystania.
Przełożył Paweł Pieniążek
Na podobny temat
|
A jakie to ma znaczenie, czy dane dzi...
Postaram się. To będzie wymagało chwi...