|
Odważyłem się mówić o wyborach prezydenckich w Ukrainie, występując jako obywatel tego kraju, a nie jako ekspert. Może też po troszę jako czytelnik polskiej prasy, zasmucony uproszczonym sposobem przedstawiania ukraińskich wydarzeń – „prorosyjski” Janukowycz versus „proeuropejska” Tymoszenko. Tym bardziej, że nie za bardzo wiadomo, jak rozumieć ową „prorosyjskość” i „proeuropejskość”. Nikt też nie zadaje sobie trudu, by postawić ten problem.
Wydaje mi się, że zagadnienia geopolityczne nie były aż tak istotne dla tej kampanii. Główni gracze światowej geopolityki (USA, Rosja, Unia Europejska) osiągnęli swego rodzaju zgodę co do podtrzymania buforowego stanu Ukrainy. Dlatego ciężko mi uwierzyć w histeryczne oświadczenie – „Kijów dalej od Europy” czy „Ukraina utraci niepodległość”. Przecież Janukowycz, na którego ze względów estetycznych nigdy nie głosowałem i głosować nie będę, nie „zjednoczy” Ukrainy z Rosją. Tak jak nie zrobił tego Kuczma w 1994 roku, który szedł na wybory z dużo bardziej prorosyjskimi hasłami.
Najsmutniejsze podczas kampanii jest to, że NIKT nie mówi o prawdziwych problemach Ukrainy i realistycznym sposobie ich rozwiązania. NIKT nie mówi o kosztach niezbędnych reform. System oświaty i nauki funkcjonuje w podobnych standardach i warunkach, jak za czasów Breżniewa. Do tego reforma służby zdrowia. Reforma systemu podatkowego. Realistyczna reforma systemu emerytalnego. Wszyscy kandydaci powtarzali: wszystkiemu winna dzisiejsza władza (czy pewien jej odłam). Nikt nie mówił o stanie społeczeństwa, o nieuniknionych kosztach niepopularnych przedsięwzięć, o poziomie życia Ukraińców, coraz bardziej odstającym od ich zachodnich sąsiadów (np. Polaków). Wydaje mi się, że to nie był po prostu populizm, ale zasadnicze niezrozumienie problemów, jaki stoją przed krajem. I to rzeczywiście mnie przeraża.
Okoliczność, na jaką chyba za mało zwraca się uwagę, to ogólna demokratyczność wyborów. Pierwsza tura pokazała, że w Ukrainie utrzymuje się jednak polityczny pluralizm (nie mylić z demokracją, ale i nie utożsamiać z chaosem czy pewnym bezładem). Koszty tego pluralizmu są dosyć wysokie. Przede wszystkim to brak konsolidacji woli politycznej oraz permanentne spory na różnych szczeblach władzy. Być może jednak warto otwarcie mówić także o kosztach tak pożądanej konsolidacji. Jednym z tych kosztów może być właśnie utrata pluralizmu, który na razie pozytywnie odróżnia Ukrainę od Rosji czy Białorusi.
Przełożył Paweł Pieniążek
Na podobny temat
|
Krytyka jest prosta jak budowa cepa :...
Dlaczego seria KP dotycząca kobiet na...