|
Paweł Pieniążek
|
|
14.03.2010 |
W 2008 roku podjęto próbę zmiany regulaminu tworzenia koalicji. Obowiązująca ówcześnie ustawa zezwalała na tworzenie koalicji jedynie ugrupowaniom partyjnym, a poprawka miała umożliwić budowanie większości z pojedynczymi deputowanymi (wyłuskanymi z różnych frakcji i niepartyjnymi). Jednak Sąd Konstytucyjny uznał zmiany za niekonstytucyjne i kolejnych prób zaniechano.
Teraz mamy rok 2010, nowego prezydenta i konieczność stworzenia nowego rządu (wymóg konstytucji). Po wyborczej wojnie okazało się, że Wiktor Janukowycz (Partia Regionów) nie ma znaczącej przewagi nad Julią Tymoszenko (Blok Julii Tymoszenko). Postawiło go to w trudnej sytuacji – wybory parlamentarne, po których liczba deputowanych może się zmniejszyć, albo stworzenie koalicji z deputowanych obecnie zasiadających w Radzie Najwyższej. Prawie natychmiast zrezygnowano z niebezpiecznej pierwszej opcji i zaczęto dumać, jak stworzyć potrzebną większość. Nie trzeba jednak być matematykiem, aby zauważyć, że Partia Regionów nie miała szans na koalicję bez głosów jednej z „pomarańczowych” partii.
Agresywna kampania prezydencka, niezliczona liczba epitetów i zranione ego ekspremier Tymoszenko nie dały o sobie zapomnieć – BJuT widzi swoje miejsce wyłącznie w opozycji do Partii Regionów (choć ukraińscy politycy nie mają długiej pamięci, więc możemy się jeszcze spodziewać ich pojednania). Długo wahała się Nasza Ukraina-Ludowa Samoobrona, w której spierały się frakcje „za” i „przeciw” koalicji. Ostatecznie zwyciężyli przeciwnicy.
Nad Ukrainą zawisła więc groźba przedterminowych wyborów, które prawdopodobnie usunęłyby poza parlament Blok Łytywna, szybko więc przypomniano sobie o niekonstytucyjnych poprawkach i nie zastanawiając się długo, przegłosowano je. Nim upłynęła godzina od tej decyzji, 242 deputowanych (Partia Regionów, Komunistyczna Partia Ukrainy, Blok Łytwyna, ośmiu parlamentarzystów z NU-LS i jedenastu z BJuT) powołało nowego premiera – Mykołę Azarowa. Dwie godziny później był już rząd z siedmioma wicepremierami.
Tihipko, który podczas kampanii wyborczej odgrażał się, że nie poprze żadnego z kandydatów, zwietrzył swoją szansę i objął stanowisko wicepremiera odpowiedzialnego (według doniesień medialnych) za niepopularne decyzje rządu. Była to dla niego jedyna szansa, by nie pozostać zmarginalizowanym do następnych wyborów parlamentarnych.
Mimo wspaniałych zapowiedzi rządu, że „11 kwietnia będzie budżet” (na Ukrainie do tej pory nie zaproponowano projektu budżetu na rok 2010) czy „nasz rząd będzie robił wszystko, żeby ciężar wychodzenia z kryzysu nie spadł na biednych”, martwi fakt traktowania demokracji jako zbędnego ciężaru. Coraz częściej słychać głosy mówiące o powrocie kuczmizmu.
Przeglądam ukraińską prasą i nie znajduję głosów oburzenia z powodu zmiany terminu wyborów samorządowych (a właściwie ich zniesienia, gdyż nowej daty nie zaproponowano). Podobna sytuacja miała miejsce w przypadku świeżo uchwalonych niekonstytucyjnych poprawek, czemu nieznacznie sprzeciwił się opozycyjny BJuT. Media wyglądały na niezainteresowane tematem.
Miejmy jednak nadzieję, że poza polityką „wielowektorowości” Janukowycz nie będzie brał więcej przykładów z Leonida Kuczmy, którego prezydentura była utożsamiana z brakiem wolności słowa i swobód obywatelskich.
Na podobny temat
|
|
Aktualizacja ( 14.03.2010 )
|
A jakie to ma znaczenie, czy dane dzi...
Postaram się. To będzie wymagało chwi...