|
Jako użytkownik najpopularniejszego serwisu społecznościowego pisanego cyrylicą nie mogę od jakiegoś czasu pozbyć się trzech wrażeń. Pierwsze - trafiłem do czarno-białego telewizora z czasów zimnej wojny. Drugie - ratunek Ukrainy według części ukraińskich obywateli wiąże się tylko z „doprowadzeniem odpowiednich ludzi do władzy”. Trzecie - politykom i ich specjalistom udało się obrócić sprawę tak, że my sami siebie przekonaliśmy do tego, że nie oni nam są coś winni, tylko my im.
„Przeklęci przeciwnicy wszystkich - oni nie dali, nie puścili, nie pozwolili Jej i doprowadzili do władzy Jego. Ona - jasna sprawa, tylko Ona, a Ona, jak wiadomo, to Ukraina, która miała wygrać.” Nie mnie jednemu tak wmawiano przez całe wybory, a także po ich zakończeniu. Tam, za parawanem wyborczej kabiny, dla większości moich kolegów stała rozwarła się czarna dziura. Wszystko zmierzało do jednego katastrofalnego rezultatu: „jak nie Ona to koniec świata”. Tego, jak będzie funkcjonował kraj do 7 lutego i później, nie brało się pod uwagę.
Wszystko znowu, jak za starych radzieckich czasów, było pomalowane na czarno i biało. Patrzysz na pana iksińskiego, którego znałeś od lat jako człowieka spokojnego i zrównoważonego (nawet nie wątpiłeś w czystość jego liberalnych poglądów!), a on raptem nagle się zmienia. Gdzie podziała się jego tolerancja, poszanowanie opinii innych i prosta umiejętność racjonalnego myślenia?! Już ich nie ma, bo on teraz wie, kto wszystkiemu winien i kto naprawdę musi spłonąć w ognisku politycznych ambicji. To oni – głosujący „przeciw wszystkim” albo nieobecni, którzy po prostu wybory zignorowali.
Jeżeli zastanowić się chwilę, to zapewne dobrze im - tym „julofanom” i tym „januczarom”. Mają normalny zrozumiały dwubiegunowy świat, gdzie trzeci jest zbędny do walki Dobra z siłami Zła. Jasna sprawa, że jedni i drudzy niezależnie od strony zawsze uważają się za Dobro.
„Absolutne dobro” nazywa się Andrij Szkil, deputowany Bloku Julii Tymoszenko. Zaraz 7 lutego mówił w wywiadzie: „Musimy się przygotować do tego, że zamiast Jeszcze nie umarła Ukraina będzie Władymirska centrala ”. Boicie się? Ja tak. Po pierwsze, boję się Szkila, który pod noszoną z dumą wyszywaną koszulą ma bojaźliwe serce i jako człowiek władzy (tak, tak, jeszcze władzy) dopuszcza do takiej sytuacji. Po drugie, boję się ludzi, którzy Szkilowi uwierzyli. Nie dlatego, że nie można sobie wyobrazić „Władymirskiej centrali” w roli hymnu, ale dlatego, że oni dają się czymś takim zastraszyć.
Po ironicznej wypowiedzi Szkila kanał 1+1 pokazuje obrady Werchownej Rady. W Sali obrad „merytoryczny” spór parlamentarzystów Soboljewa i Azarowa. Nagle kamera nurkuje do foyer, gdzie w tle kłótni o uznanie-nieuznanie wyborów w tej samej koszuli ten sam Szkil wita się z deputowanym przez siły Zła Nestorem Szufryczem. Nie witają się po prostu - za chwilę obejmą się i pocałują.
W momencie ich pocałunku oprócz mnie nie było nikogo z „julofanów” i „januczarów”. Byłem jedynym w całym kraju świadkiem tego ciepłego ludzkiego pojednania. Przeciwnie. Kiedy kamera odjechała, zacząłem się domyślać. Po takim pocałunku ludzie biją jeden drugiego miotełką w łaźni, piją brudzia i odwiedzają się. Kim są po takich pocałunkach nie wiadomo, ale na pewno nie wrogami. Więc naród, który wybiera między Dobrem a Złem, Tymoszenko a Janukowyczem, musi także dokonać wyboru: Szkil czy Szufrycz. Więcej, wybierając między nimi, wybiera także ten ich wspólny pocałunek. Tak witają się mafiozi w amerykańskich filmach. Tak wita się „dobry” Szkil ze „złym” Szufryczem.
Siedząc jak odrętwiały przed telewizorem czekałem na Armagedon i myślałem: oni siebie całują, delektują się skąpym męskim zadowoleniem i im z tym dobrze. A ja jestem winny, bo nie wybrałem ani pierwszego, ani drugiego? Wmawiają mi, że jestem wrogiem Ukrainy, nieodpowiedzialną miernotą i moskiewskim zbirem, bo nie głosowałem na żadnego z nich. Czekajcie! Czy mi będzie gorzej od tych, którym tak dobrze? Nie, gorzej nie będzie.
Naprawdę złe jest to, że nie będzie lepiej. Jednak, z drugiej strony jest jedno „ale”. Teraz wiem, że my wtedy (w 2004 roku) nie pomyliliśmy się - była rewolucja. Przecież wszystkie historyczne prawa mówią, że rewolucja powinna zjeść swoje dzieci i zrodzić kontrrewolucję. Tak więc Juszczenko zrodził Janukowycza. Ale to nie katastrofa i nie koniec świata.
Tekst ukazał się na Zaxid.net
Przełożył Paweł Pieniążek
Na podobny temat
|
Krytyka jest prosta jak budowa cepa :...
Dlaczego seria KP dotycząca kobiet na...