|
Paweł Pieniążek
|
|
25.01.2010 |
Nie tylko na Ukrainie kampania wyborcza to okres informacyjnego zamętu. Wszyscy oczekujemy sensacji. Przede wszystkim politycy, którzy dzięki niej chcą zdobyć zaszczytne pierwsze miejsce w wyborczym wyścigu, ale również my. Jednak nie zawsze możemy się jej doczekać.
Wtedy politycy muszą obudzić swoją kreatywność – przeważnie to jej wyżyny, bo do następnych wyborów nie ma o czym myśleć – muszą powalić opinię publiczną jakimś sensacyjnym wydarzeniem. Niestety nie zawsze biorą pod uwagę, że odgrzebywanie tego samego problemu od początku istnienia niepodległej Ukrainy w pewnym momencie zaczyna nudzić. Nad Dnieprem coraz rzadziej emocjonują wyborców kwestie statusu języka ukraińskiego. Podobnie, jak kwestia orientacji na Wschód bądź Zachód. Zagadnienia istotne, lecz polityczna machina zrobiła z nich bezwartościową papkę.
I tak nadeszła druga tura, kwestie istotne stanowią tu tylko zawadę. Dlatego Wiktor Janukowycz, długo nie czekając, usunął ze swojego programu zapisy o „przeprowadzeniu Ukrainy europejskim szlakiem i odnowieniu stosunków z Rosją”, aby nikogo przypadkiem nie zniechęcić. Problem zażegnany, więc mógł spokojnie ogłosić, że chce ze wszystkimi chętnymi „budować silną i niezależną Ukrainę”. Tymoszenko niczego nie usunęła, po prostu przestała o tych problemach mówić.
Zaczęła się gra w „Co mam Ci dać, aby twój elektorat był moim?”. Lawina ruszyła. Z godziny na godzinę czytamy o coraz to nowszych ofertach oraz ekspresowych dementi. Ostatnio Julia Tymoszenko stwierdziła, że Tyhipko dogadał się z Janukowyczem i przyjął jego ofertę – będzie premierem. Za jakiś czas ma jednak zostać prezesem Narodowego Banku Ukrainy, tylko po to, żeby znowu swoją propozycję złożyła Tymoszenko. Mało? Lider Partii Regionów obiecuje, że da ludziom Tyhipki dwa ministerstwa i przeprowadzi wcześniejsze wybory parlamentarne (20 kwietnia wraz z wyborami samorządowymi). Jak na człowieka, którego nie było w polityce od 5 lat i dopiero tworzy zaplecze polityczne, to całkiem sporo propozycji.
Wypadałoby, żeby wywoływany w końcu się odezwał. Wszyscy się niecierpliwią – a jemu się nie spieszy, bo i do czego? Wybory przyzwyczajają nas do błyskawicznych wymian, więc każda godzina oczekiwania wydłuża się niemiłosiernie. I wreszcie:
„Opowiedzenie się za Wiktorem Janukowyczem czy Julią Tymoszenko, to obraza moich wyborców”.
Pełni nadziei natrafiamy na rozczarowanie, bo znowu musimy wrócić do wyborczego ping-ponga i patrzeć, kto teraz odbije piłeczkę.
Na podobny temat
|
|
Aktualizacja ( 25.01.2010 )
|
A jakie to ma znaczenie, czy dane dzi...
Postaram się. To będzie wymagało chwi...