|
Oleksij Radynski
|
|
08.01.2010 |
Dzisiaj na Facebooku zostałem zaproszony do znajomych Julii Tymoszenko. Odruchowo kliknąłem „zignoruj” – chyba pierwszy raz w życiu. Zaciekawiło mnie jednak, czy zobaczę falę powiadomień w stylu – Wanja Petrenko i Julia Tymoszenko są teraz znajomymi. O dziwo nie zobaczyłem żadnego. Jak się okazało, nie mam wspólnych znajomych z Tymoszenko. Przynajmniej na Facebooku.
Ukraińscy politycy niedawno zaczęli oswajać się z siecią. Przy czym robią to w typowy dla siebie sposób: najpierw kładą na to łapę, a potem myślą co z tym zrobić. Na jesieni deputowani przyjęli ustawę, która zobowiązuje dostawców internetu do pilnowania klientów i dostarczania informacji na temat bezprawnych działań (np. rozpowszechniania pornografii). Ironia losu, w pierwszym czytaniu głosowało na nią 404 deputowanych i jako „ustawa 404” przeszła do historii ukraińskiej cyberprzestrzeni.
Internetową kampanię wyborczą zapamiętamy dzięki wielu innowacjom, jakie w niej zastosowano – oczywiście jak na ukraińską politykę. Zaczęło się od niewielkiej cyberwojny. Najpierw nieznani sprawcy włamali się na oficjalną stronę kandydata na prezydenta, Aresnija Jaceniuka. Później obrażeni hakerzy, których nazwano zwolennikami Frontu Zmian Jaceniuka, włamali się na stronę Partii Regionów, oskarżając tę formację o poprzedni atak. Okazało się, że politykom internet potrzebny jest tylko po to, żeby wprowadzić swoje tradycyjne metody walki w wirtualną przestrzeń.
Jeszcze jedna nowość – politycy obiecali, że będą osobiście prowadzić swoje blogi i konta w serwisach społecznościowych. Najgłośniej mówił o tym wyszczekany Jaceniuk. Jak bardzo zdziwieni musieli być internauci, gdy użytkownik LiveJournal.ru pod oficjalnym nickiem Jaceniuka (arseniy2010) napisał na cudzym blogu komentarz: podchodzę do twojej mamy i sikam jej do buzi! Z dwóch wariantów - przyznać się do floodowania albo do nieprowadzenia swojego blogu osobiście - Jaceniuk wybrał trzeci, typowy dla Ukrainy – nic nie mówić.
Julia Tymoszenko też prowadziła blog, dopóki nie okazało się, że nie pamięta swojej biografii: w jednym z wpisów opowiadała o zabawach z braćmi i siostrami, których nigdy nie miała. Ponownie rozbawiła publikę, gdy stworzyła angielską wersję strony za pomocą translatora, który nie rozróżnia płci. Jeden z opublikowanych fragmentów brzmiał - Talking about his impressions of his visit to the Holy See, the Prime Minister said after a conversation with the Pope, even those problems that at first glance looked terrible, on his return from the Vatican were small and worthless. Z kampanii internetowej Tymoszenko zapamiętamy również apel o wpłaty na jej kampanię internetową. Stworzony w tym celu serwis internetowy do dziś nie działa.
Teraz Tymoszenko już nie chce naszych pieniędzy. Ona chce zostać naszą znajomą. Nie zostanie, bo politycy nie powinni siedzieć na portalach społecznościowych i odpowiadać na pytania rozochoconych zwolenników. Zresztą i tak tego nie robią.
Przełożył Paweł Pieniążek.
Na podobny temat
|
|
Aktualizacja ( 09.01.2010 )
|
@Spokojny "Overall proponuje...
Pomysł, żeby na każdą parę przypadało...