Nowość w sklepie KP!

miosz_okladka_300px.jpg

Katalog Książek KP

Najnowszy numer KP

kp29www150px.jpg

Komentarze

CYTAT DNIA

Pytałem decydentów MFW, jakie mają dowody na to, że ich neoliberalna polityka jest właściwa. Odpowiadali, że nie potrzebują dowodów. Wyglądało to tak, jakby chodziło im nie o politykę, lecz o religię. Ale to tylko część odpowiedzi. Forsowali taką politykę także dlatego, że chciało jej Wall Street. Niestabilność, kryzysy, łączenie firm, dzielenie firm to raj dla sektora finansowego, który robi na tym ogromne pieniądze.
Joseph E. Stiglitz

Książki w sklepie KP

Advertisement
Order software online
Lipszyc: Czy „piraci” uratują kulturę? Drukuj
Jarosław Lipszyc   
10.01.2010

Pierwszego stycznia zniknęła niewidzialna bariera uniemożliwiająca legalne, otwarte wykorzystywanie dzieł Witkacego. 70 lat po śmierci - ze skutkiem na koniec roku kalendarzowego - możemy wreszcie wystawiać sztuki, udostępniać teksty w cyfrowych bibliotekach, tworzyć na podstawie tych dzieł nowe dzieła, i tak dalej. Majątkowe prawa autorskie wreszcie wygasły. Witkacy przeszedł do domeny publicznej, dołączając do panteonu polskich twórców już tam rezydujących - od Mikołaja Reja po Brunona Jasieńskiego (który, jako że zmarł w roku 1938, do domeny publicznej przeszedł rok wcześniej).

Ale nie tylko on, i nie tylko w Polsce. Dzieła wszystkich twórców zmarłych w roku 1939, znane i nieznane, dołączyły do tego wspólnego zasobu informacji, z którego każdy może czerpać do woli. Obchody domeny publicznej to ogólnoświatowy wysiłek - obchody w Polsce organizowała Koalicja Otwartej Edukacji, na poziomie eureopejskim doskonałą stronę stworzyła Communia, a w Stanach odpowiednie analizy przygotował z tej okazji Duke University. Ten aktywizm wynika z faktu, iż problem szeroko rozumianej domeny publicznej staje się centralną osią rozważań o stanie i przyszłości społeczeństw.

Domena publiczna jest tym, co buduje wspólnotę. Trudno wyobrazić sobie, czym byłaby kultura bez domeny publicznej, bez możliwości swobodnego budowania kolejnych warstw na zastanym dziedzictwie, bez twórczej wymiany myśli idącej przez pokolenia. Kultura to przecież nie tylko znane każdemu arcydzieła. To setki utworów chwilowych, lokalnych, incydentalnych. Nie byłyby one możliwe bez domeny publicznej, bez sięgania do zasobów wspólnoty. W tej sztafecie pokoleń Dziady Mickiewicza prowadzą nie tylko do Dziadów Dejmka, ale także do setek szkolnych przedstawień, kawiarnianych żartów, wojennych pseudonimów, a także landszaftów i reprodukcji wiszących po ścianach. Do całego tego mięsa kultury, które tworzy naszą tożsamość i historię. Bez domeny publicznej, bez prawa do wykorzystania, utknęlibyśmy w miejscu.

I utknęliśmy. James Boyle porównuje domenę publiczną do jajka, które tylko z wierzchu pokryte jest cienką, choć twardą, skorupką prawa autorskiego. Jednak od kilkudziesięciu lat ta skorupka rozrasta się skutecznie odcinając nas od naszego dziedzictwa. Przykładem mogą być choćby dzieła twórców, którzy do domeny publicznej przeszli w tym roku. Utwory Stanisława Ignacego Witkiewicza już były w domenie publicznej i można je było swobodnie wykorzystywać. Po raz pierwszy trafiły do domeny publicznej w roku 1964, kiedy upłynął 25-letni okres obowiązujących wówczas praw autorskich. Kiedy w roku 1994 prawa przedłużono do lat 50 nie zostały one objęte, ale w roku 2001 prawa autorskie ponownie przedłużono do lat 70 po śmierci autora i dzieła Witkacego przez ostatnie 8 lat nie mogły być swobodnie wykorzystywane. Problemy z tym związane dotknęły m.in. teatry, które chciały wystawiać jego sztuki, ale nie miały pewności w jaki sposób uzyskać odpowiednie zgody.

Kluczowym zagrożeniem jest brak gwarancji dla samego dalszego istnienia domeny publicznej. W Polsce instytucje takie jak biblioteki cyfrowe nie mogą być pewne, czy podejmowane przez nie niezmiernie kosztowne wysiłki digitalizowania i udostępniania kultury nie zostaną zniweczone poprzez np. kolejne przedłużenie okresu obowiązywania praw autorskich.

Już teraz przebicie się przez skorupkę jest nadzwyczaj trudne. Biblioteka Wolne Lektury, która udostępnia w internecie utwory literackie z list lektur szkolnych, straszy dziurami wynikającymi nie z braku zapału do pracy, ale z obostrzeń prawnych. Historycy filmu załamują ręce nad losem starych materiałów filmowych, bo celuloidowa taśma po kilkudziesięciu latach się rozpada, ale nie ma prawnych możliwości ich ratowania poprzez digitalizację i udostępnienie w publicznych archiwach. Kiedy pojawiły się o obchodach Dnia Domeny Publicznej, artyści zaczęli przytaczać własne przykłady. Roman Pawłowski napisał o autorze sztuki, któremu Fundacja (!) Juliana Tuwima odmówiła wykorzystania wiersza Abecadło. Marcin Cecko wspomniał o reżyserze, który nie wystawił sztuki Brocha. Zapewne każdy aktywny twórca ma taką opowieść na podorędziu. Gdyby je spisać powstałby przerażający katalog kultury, której nie ma, choć mogła być.

Funkcjonowanie obecnego systemu prawa autorskiego związane jest więc z realnymi kosztami, wyrażanymi nie w złotówkach, ale w dziełach które nie powstały lub do których nie mamy dostępu. Analizy ekonomiczne wskazują, że koszty związane z tak długim okresem restrykcji znacznie przewyższają ewentualne zyski, zarówno w sensie zysku rozumianego jako bogactwo kultury i dostępność treści, jak i wzrostu gospodarczego.* Jeżeli obecnie system ten da się jeszcze utrzymać, to tylko dlatego, że społeczeństwo nie bardzo przejmuje się nakładanymi restrykcjami i nie oglądając się na przepisy robi swoje. W ten sposób niwelowane są najbardziej uciążliwe i niebezpieczne dla rozwoju kultury dziury. Wiersze Miłosza, Herberta i Szymborskiej, choć próżno ich szukać na stronach renomowanych instytucji, znajdziemy na setkach prywatnych stron internetowych.

Częściowo rzeczywiście tak jest, że ci „piraci mimo woli” łatają zepsuty system. Znaleźliśmy się w miejscu, w którym naturalna działalność w przestrzeni kultury może i ściąga kłopoty na szkoły i rodziców. W tej sytuacji ignorowanie jego zapisów jest dla większości ludzi jedyną rozsądną opcją, a decyzję o przestrzeganiu (lub nie) tego prawa podejmujemy dokonując oceny ryzyka, a nie wyborów moralnych. Prawo autorskie jest tak inwazyjne, że zupełnie serio pojawiają się postulaty, by uczyć dzieci w podstawówkach jego przestrzegania. Już na pierwszy rzut oka widać, że jest to aberracja. Ale „piraci” nie uratują nam kultury. Kultura wymaga przede wszystkim stabilnej i przejrzystej sytuacji prawnej, a tego nam w ostatnich latach bardzo brakuje. Bez szerokiej i objętej ochroną domeny publicznej grozi nam tylko dalszy rozpad systemu.

  

  

- - - 

Tekst dostępny na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa-Na Tych Samych Warunkach 3.0 PL . Pierwsza publikacja Dwutygodnik.pl nr 21/2010.

* Raymond Shih Ray Ku, Jiayang Sun i Yiying Fan w swojej analizie „Does Copyright Law Promote Creativity? An Empirical Analysis of Copyright’s Bounty” nie pozostawiają złudzeń, że miast być lokomotywą twórczości system prawa autorskiego robi dziś za głównego hamulcowego. Paul J. Heald w pracy „Property Rights and the Efficient Exploitation of Copyrighted Works: An Empirical Analysis of Public Domain and Copyrighted Fiction Bestsellers” wykazuje, że prawo autorskie nie wpływa na większą dostępność treści. Rufus Pollock oblicza w „Forever minus a day? Some theory and empirics of optimal copyright” optymalny czas obowiązywania praw autorskich na… 14 lat.

Komentarze
Dodaj nowy
Napisz komentarz
Nick:
E-mail:
 
Strona www:
Tytu?:
UBBCode:
[b] [i] [u] [url] [quote] [code] [img] 
 
Prosz? wpisa? kod antyspamowy widoczny na obrazku.

3.26 Copyright (C) 2008 Compojoom.com / Copyright (C) 2007 Alain Georgette / Copyright (C) 2006 Frantisek Hliva. All rights reserved.”


Na podobny temat

Aktualizacja    ( 15.01.2010 )
 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »
Generated in 0.84216 Seconds