|
Pierwszego stycznia zniknęła niewidzialna bariera uniemożliwiająca
legalne, otwarte wykorzystywanie dzieł Witkacego. 70 lat po śmierci -
ze skutkiem na koniec roku kalendarzowego - możemy wreszcie wystawiać
sztuki, udostępniać teksty w cyfrowych bibliotekach, tworzyć na
podstawie tych dzieł nowe dzieła, i tak dalej. Majątkowe prawa
autorskie wreszcie wygasły. Witkacy przeszedł do domeny publicznej,
dołączając do panteonu polskich twórców już tam rezydujących - od
Mikołaja Reja po Brunona Jasieńskiego (który, jako że zmarł w roku
1938, do domeny publicznej przeszedł rok wcześniej).
Ale nie tylko on, i nie tylko w Polsce. Dzieła wszystkich twórców
zmarłych w roku 1939, znane i nieznane, dołączyły do tego wspólnego
zasobu informacji, z którego każdy może czerpać do woli. Obchody domeny
publicznej to ogólnoświatowy wysiłek - obchody w Polsce organizowała
Koalicja Otwartej Edukacji, na poziomie eureopejskim doskonałą stronę stworzyła Communia, a w Stanach odpowiednie analizy przygotował z tej okazji Duke University.
Ten aktywizm wynika z faktu, iż problem szeroko rozumianej domeny
publicznej staje się centralną osią rozważań o stanie i przyszłości
społeczeństw.
Domena publiczna jest tym, co buduje wspólnotę. Trudno wyobrazić sobie,
czym byłaby kultura bez domeny publicznej, bez możliwości swobodnego
budowania kolejnych warstw na zastanym dziedzictwie, bez twórczej
wymiany myśli idącej przez pokolenia. Kultura to przecież nie tylko
znane każdemu arcydzieła. To setki utworów chwilowych, lokalnych,
incydentalnych. Nie byłyby one możliwe bez domeny publicznej, bez
sięgania do zasobów wspólnoty. W tej sztafecie pokoleń Dziady
Mickiewicza prowadzą nie tylko do Dziadów Dejmka, ale także do setek
szkolnych przedstawień, kawiarnianych żartów, wojennych pseudonimów, a
także landszaftów i reprodukcji wiszących po ścianach. Do całego tego
mięsa kultury, które tworzy naszą tożsamość i historię. Bez domeny
publicznej, bez prawa do wykorzystania, utknęlibyśmy w miejscu.
I utknęliśmy. James Boyle porównuje domenę publiczną do jajka, które
tylko z wierzchu pokryte jest cienką, choć twardą, skorupką prawa
autorskiego. Jednak od kilkudziesięciu lat ta skorupka rozrasta się
skutecznie odcinając nas od naszego dziedzictwa. Przykładem mogą być
choćby dzieła twórców, którzy do domeny publicznej przeszli w tym roku.
Utwory Stanisława Ignacego Witkiewicza już były w domenie publicznej i
można je było swobodnie wykorzystywać. Po raz pierwszy trafiły do
domeny publicznej w roku 1964, kiedy upłynął 25-letni okres
obowiązujących wówczas praw autorskich. Kiedy w roku 1994 prawa
przedłużono do lat 50 nie zostały one objęte, ale w roku 2001 prawa
autorskie ponownie przedłużono do lat 70 po śmierci autora i dzieła
Witkacego przez ostatnie 8 lat nie mogły być swobodnie wykorzystywane.
Problemy z tym związane dotknęły m.in. teatry, które chciały wystawiać jego sztuki, ale nie miały pewności w jaki sposób uzyskać odpowiednie zgody.
Kluczowym zagrożeniem jest brak gwarancji dla samego dalszego istnienia
domeny publicznej. W Polsce instytucje takie jak biblioteki cyfrowe nie
mogą być pewne, czy podejmowane przez nie niezmiernie kosztowne wysiłki
digitalizowania i udostępniania kultury nie zostaną zniweczone poprzez
np. kolejne przedłużenie okresu obowiązywania praw autorskich.
Już teraz przebicie się przez skorupkę jest nadzwyczaj trudne.
Biblioteka Wolne Lektury, która udostępnia w internecie utwory
literackie z list lektur szkolnych, straszy dziurami wynikającymi nie z
braku zapału do pracy, ale z obostrzeń prawnych. Historycy filmu
załamują ręce nad losem starych materiałów filmowych, bo celuloidowa
taśma po kilkudziesięciu latach się rozpada, ale nie ma prawnych
możliwości ich ratowania poprzez digitalizację i udostępnienie w
publicznych archiwach. Kiedy pojawiły się o obchodach Dnia Domeny
Publicznej, artyści zaczęli przytaczać własne przykłady. Roman
Pawłowski napisał o autorze sztuki, któremu Fundacja (!) Juliana Tuwima
odmówiła wykorzystania wiersza Abecadło. Marcin Cecko wspomniał o
reżyserze, który nie wystawił sztuki Brocha. Zapewne każdy aktywny
twórca ma taką opowieść na podorędziu. Gdyby je spisać powstałby
przerażający katalog kultury, której nie ma, choć mogła być.
Funkcjonowanie obecnego systemu prawa autorskiego związane jest więc z
realnymi kosztami, wyrażanymi nie w złotówkach, ale w dziełach które
nie powstały lub do których nie mamy dostępu. Analizy ekonomiczne
wskazują, że koszty związane z tak długim okresem restrykcji znacznie
przewyższają ewentualne zyski, zarówno w sensie zysku rozumianego jako
bogactwo kultury i dostępność treści, jak i wzrostu gospodarczego.*
Jeżeli obecnie system ten da się jeszcze utrzymać, to tylko dlatego, że
społeczeństwo nie bardzo przejmuje się nakładanymi restrykcjami i nie
oglądając się na przepisy robi swoje. W ten sposób niwelowane są
najbardziej uciążliwe i niebezpieczne dla rozwoju kultury dziury.
Wiersze Miłosza, Herberta i Szymborskiej, choć próżno ich szukać na
stronach renomowanych instytucji, znajdziemy na setkach prywatnych
stron internetowych.
Częściowo rzeczywiście tak jest, że ci „piraci mimo woli” łatają
zepsuty system. Znaleźliśmy się w miejscu, w którym naturalna
działalność w przestrzeni kultury może i ściąga kłopoty na szkoły i
rodziców. W tej sytuacji ignorowanie jego zapisów jest dla większości
ludzi jedyną rozsądną opcją, a decyzję o przestrzeganiu (lub nie) tego
prawa podejmujemy dokonując oceny ryzyka, a nie wyborów moralnych.
Prawo autorskie jest tak inwazyjne, że zupełnie serio pojawiają się
postulaty, by uczyć dzieci w podstawówkach jego przestrzegania. Już na
pierwszy rzut oka widać, że jest to aberracja. Ale „piraci” nie uratują
nam kultury. Kultura wymaga przede wszystkim stabilnej i przejrzystej
sytuacji prawnej, a tego nam w ostatnich latach bardzo brakuje. Bez
szerokiej i objętej ochroną domeny publicznej grozi nam tylko dalszy
rozpad systemu.
- - -
Tekst dostępny na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa-Na Tych Samych Warunkach 3.0 PL . Pierwsza publikacja Dwutygodnik.pl nr 21/2010.
* Raymond Shih Ray Ku, Jiayang Sun i Yiying Fan w swojej analizie „Does
Copyright Law Promote Creativity? An Empirical Analysis of Copyright’s
Bounty” nie pozostawiają złudzeń, że miast być lokomotywą twórczości
system prawa autorskiego robi dziś za głównego hamulcowego. Paul J.
Heald w pracy „Property Rights and the Efficient Exploitation of
Copyrighted Works: An Empirical Analysis of Public Domain and
Copyrighted Fiction Bestsellers” wykazuje, że prawo autorskie nie
wpływa na większą dostępność treści. Rufus Pollock oblicza w „Forever
minus a day? Some theory and empirics of optimal copyright” optymalny
czas obowiązywania praw autorskich na… 14 lat.
Na podobny temat
|
Krytyka jest prosta jak budowa cepa :...
Dlaczego seria KP dotycząca kobiet na...