Obecnie obserwowana transformacja organizacji życia społecznego w kierunku tego, co Gilles Deleuze określił mianem społeczeństwa kontroli, jest wynikiem co najmniej dwóch, współistniejących ze sobą procesów. Z jednej strony mamy do czynienia z postępem technologicznym, dzięki któremu społeczeństwa posługują się maszynami informatycznymi i komputerami zagrożonymi przez hakerów oraz rozprzestrzeniające się wirusy. Z drugiej strony społeczeństwo nadzorowane jest skutkiem przekształceń, jakim podlega kapitalizm. Wolnorynkowa akumulacja wartości nie dokonuje się już w trybie dyscyplinarnym (fordowski i tylorowski model produkcji związany ściśle z zamkniętą przestrzenią fabryczną), ale przez sprawowanie kontroli, która może przybierać różne formy i prowadzi do zacierania się granic między biznesem, państwem, komunikacją. Skutkuje to tym, że zaobserwować możemy wprowadzenie zasad organizacji właściwych dla „przedsiębiorstwa” na różnych poziomach edukacji (przejawiająca się choćby poprzez rezygnowanie z badań naukowych) czy do wyodrębniania „potencjalnie chorych” oraz grup ryzyka zamiast medycyny „lekarza i chorego” w systemie opieki zdrowotnej.
Gromadzone informacje mogą być różne i mogą dotyczyć rozmaitych sfer ludzkich aktywności. Czasem są to zdjęcia z kamery przemysłowej, czasem informacje biometryczne, jak odciski palców czy skany tęczówki, zapisy połączeń lub treści rozmów telefonicznych (dostęp do nich mają najczęściej wybrane służby specjalne i policja), zaś czasem to po prostu dane numeryczne (np. numer PESEL, numer dowodu osobistego) czy też dane nominalne (np. płeć). Warto też spostrzec, że dzisiejsze społeczeństwo nadzorowane już dawno przekroczyło granice państwa: weszło do biznesu, korporacji, komunikacji, także do rozrywki. Sieci nadzoru współpracując umożliwiają swobodną kooperację pomiędzy zarządzającymi nimi podmiotami, np. towarzystwa ubezpieczeniowe mogą dużo łatwiej współpracować z policją, a supermarkety łączyć siły z innymi podmiotami gromadzącymi dane. W rezultacie policja częściej interweniuje w dzielnicach zamieszkałych przez ludność inną niż biała, a supermarkety są usytuowane w lepszych dzielnicach z łatwym dostępem dla osób poruszających się samochodem. Są to tendencje o charakterze ogólnoświatowym.
Problemy ze społeczeństwem nadzorowanym nie dotyczą jedynie – nie deprecjonując tego zagadnienia - etycznych kwestii ograniczania praw obywateli i obywatelek. Chodzi o przekroczenie sfery prywatności i zauważenie, jak niebezpieczną kwestią jest system organizowania społeczeństwa, który prowadzi do wykluczenia części osób z życia społecznego i funkcjonowania w ramach tzw. „grup ryzyka”.
Intensywność nadzoru zmienia się w zależności od takich czynników, jak np. przynależność do danej grupy społecznej, narodowość (np. grupy etniczne postrzegane jako potencjalni terroryści) czy płeć. Nadzór i naruszanie prywatności różnią się w tych poszczególnych grupach, co wiąże się z uprzywilejowanym traktowaniem jednych, a dyskryminacją drugich. Ten powszechny podział społeczeństwa na grupy pozwala instytucjom państwowym analizować dane osobowe, które następnie dzielone są na kategorie w celu określenia rynków docelowych (tu gdy w grę wchodzi biznes) i tak zwanych „grup ryzyka”. A jest ich wiele. Z perspektywy państwa to najgorzej sytuowane grupy społeczne, dla pracodawców to np. kobiety (ciąża i narodziny dziecka jako „ograniczenia” w rozwoju kariery zawodowej).
Niedawno spore kontrowersje wzbudził pomysł powstania w Warszawie „bazy bezdomnych”, czyli systemu rejestracji osób nieposiadających adresu zamieszkania, a korzystających z pomocy państwa. Ma to być baza danych na temat ich stanu zdrowia, uzależnień, doświadczeń życiowych, wcześniej otrzymywanej pomocy społecznej i służyć ma ewidencjonowaniu osób korzystających z opieki prowadzonych przez miasto Ośrodków Pomocy Społecznej (OPS). Niektórzy pracownicy socjalni wskazują jednak, że rozbudowujący się system rejestrowania prowadzi głównie do dyscyplinowania osób korzystających z pomocy społecznej w Polsce. Pojawiają się argumenty, że wprowadzenie obowiązku rejestrowania może doprowadzić do tego, że bezdomni w obawie przed klasyfikacją będą rezygnować z występowania o pomoc. Baza danych w sposób oczywisty będzie ograniczać anonimowość - dostęp do informacji o bezdomnych na centralnym serwerze mają posiadać zarówno pracownicy socjalni wszystkich schronisk, OPS-y, kuratorzy sądowi, których często mają bezdomni, sądy, policja oraz straż miejska (w bazie mają być odnotowywane np. kradzieże dokonane przez bezdomnych w schroniskach).
Te organizacje, które opowiadają się za utworzeniem bazy bezdomnych wskazują równocześnie na konieczność zaprzestania „marnowania publicznych pieniędzy”. Pojawia się więc liberalny argument racjonalizacji kosztów. Państwo musi zebrać informacje, po to, by móc w ogóle określić ryzyko, które jest z kolei potrzebny, by przedsiębrać skuteczne rozwiązania. Wówczas okazuje się, że postępowe postulaty zapewnienia zdrowia i opieki socjalnej przez państwo zostają zredukowane i ograniczone do zarządzania „ryzykiem”. Oczywiście nie z powodu nadzoru państwo dziś czuje, że nie może dłużej oferować takiego zabezpieczenia społecznego, do jakiego aspirowało lub, że teraz ogranicza swoje cele do zapewniania tylko pewnych form podstawowego bezpieczeństwa. Nadzór raczej zwiększa się wraz z tymi zmianami i zazwyczaj je wspiera lub przynajmniej umożliwia ich wprowadzenie. Mało kto się zastanawia czy gromadzone o bezdomnych informacje to wciąż dane osobowe, które podlegają takiej samej ochronie jak dane bankowe.
Podział na „ludzi użytecznych” i nie (a do tego się sprowadza istnienie grup ryzyka) stanowi konsekwencję oparcia modelu społecznego i ekonomicznego państwa na racjonalności wolnego rynku. Ten, kto nie przyczynia się do wzrostu PKB, nie uczestniczy w rynku, nie powinien też korzystać na takich samych zasadach z jego owoców. To jest upodmiotowienie biednego – przyznanie mu praw, ale jedynie „pod pewnymi warunkami”. Zainteresowane podtrzymywaniem podziału na „włączonych i wyłączonych” pojawia się po stronie tych, którzy za pomoc biednym płacą swoimi podatkami, a więc oczekują, niejako w zamian, poczucia przewagi oraz dotyczy tych podmiotów, które przyjęły zasady wolnego rynku za podstawę funkcjonowania społeczeństwa.
Pozostaje jeszcze kwestia tego, czy regulowanie nadzoru jest w ogóle możliwe. Działania nadzorcze potwierdzają występowanie konsekwencji dla prywatności i wartości takich jak sprawiedliwość, godność, samostanowienie, integracja społeczna, bezpieczeństwo i inne. Wiele z tych wartości można chronić jeżeli chroniona jest prywatność. Z jednej strony pewne formy nadzoru zwiększają możliwość korzystania z tych wartości przez osoby, grupy i społeczeństwa i dlatego są one zgodne z tym, czego większość ludzi oczekuje od życia w krajach demokratycznych, gdzie przestrzegane są prawa człowieka oraz interesy zbiorowe. Z drugiej strony wiele działań nadzorczych zagraża tym wartościom poprzez negatywne oddziaływanie na szereg miejsc; dom, pracę, przestrzeń publiczną, przemieszczanie się i inne.
Aby odejście od powszechnego nadzoru było możliwe, musiałaby nastąpić zmiana oznaczająca odejście od rozpatrywania wyłącznie skutków dotykających osoby fizyczne, jak ma to miejsce w przypadku rozważań nad prywatnością, na rzecz rozważań nad ograniczeniami nadzoru również w kategoriach społecznych. Idea „interesu publicznego” jest również związana z powyższymi kwestiami. Zwłaszcza, gdy prywatność i interes publiczny zajmują przeciwstawne pozycje w rozważaniach politycznych oraz w obecnej debacie społecznej. Prywatność nie stanowi wyłącznie indywidualnej wartości, ale jest również ważna z punktu widzenia społeczeństwa jako podstawa kolektywnego dobra oraz wspólnych wartości takich jak demokracja, umiejętność życia w społeczeństwie oraz wolne i równe społeczeństwo.
Na podobny temat
|
Chyba mnie nie zrozumiałeś, właśnie c...
Brakuje pieniędzy na edukację, brakuj...