|
Spośród największych filmowych piewców Nowego Jorku, walczącego Spike’a Lee, plebejskiego Martina Scorsese i elitarnego Woody’ego Allena, ten ostatni jest chyba najbardziej przewidywalny. Pozostaje portrecistą jednej klasy i jednej sytuacji. Jego filmy zapełniają neurotyczni nowojorscy intelektualiści rodem z diagnoz Christophera Lascha o kulturze narcyzmu: sfrustrowani pisarze, hipochondryczni wykładowcy uniwersyteccy i pretensjonalni bywalcy galerii sztuki, którzy zatracili się w próbach „bycia sobą”. Wszyscy zamknięci w błędnym kole prywatnych obsesji i toksycznych relacji emocjonalnych. Mieszkają w wypełnionych książkami apartamentach górnego Manhattanu rodem ze Śniadania u Tiffany’ego, piją czerwone wino, kolekcjonują płyty Coltrane’a i Mahlera i przynoszą do domu zdrową żywność w papierowych torbach.
W najnowszym filmie, Whatever works (polski tytuł taktownie przemilczę) Allen wraca do Nowego Jorku po europejskim epizodzie filmowym. Ale tym razem wkracza na teren, na którym spotkać można raczej bohaterów Martina Scorsese, nie zaś znerwicowanych allenowskich jajogłowych. Akcja toczy się na wąskich uliczkach Lower East Side, w Chinatown, okolicach Manhattan Bridge i na „ulicach nędzy” Małej Italii. Boris Yelnikoff to hipochondryk, były fizyk, samozwańczy geniusz i niedoszły laureat nagrody Nobla. Ma nocne koszmary i nerwicę natręctw (zawsze myje ręce tak długo, jak trwa dwukrotne odśpiewanie Happy birthday). Jego motywacje zdają się określać diagnozy Lascha z Buntu elit: po nieudanej próbie samobójczej porzuca lukratywną posadę, inteligentną żonę, ekologiczną kuchnię i Upper East Side, osiadając na lekko zaniedbanej ulicy dolnego Manhattanu. Spędza tam czas na uczeniu dzieci gry w szachy, wyzywając je każdorazowo od idiotów i przesiadywaniu w ulicznych kawiarniach, przekonując swoich kilku przyjaciół do tezy o nędzy rodzaju ludzkiego. „Ludzie czynią życie dużo gorszym niż jest, a - wierzcie mi - bez ich pomocy to też jest koszmar” - to jego maksyma życiowa. Kiedy wydaje mu się, że uzyskał już stan chwiejnej równowagi, do jego drzwi dzwoni dwudziestojednoletnia Melody St. Ann Celestine. Dziewczyna uciekła do Nowego Jorku ze swojego konserwatywnego domu rodzinnego na głębokim południu USA i teraz nie ma co ze sobą zrobić. To, co miało być noclegiem na jedną noc zmienia się w małżeństwo, chociaż Boris na każdym kroku podkreśla dzielący ich dystans intelektualny.
Fabuła jest prosta jak Piąta Aleja i - jak to często u Allena - gdyby nie efektowne, a miejscami nawet błyskotliwe, dialogi, na Whatever works można by było umrzeć z nudów. Zresztą nie perypetie są w tym filmie najbardziej interesujące, ale miasto i wszystkie wartości z nim związane. Allenowski Nowy Jork prędzej czy później wyzwala wszystkich z ograniczających przesądów w rodzaju Boga czy mieszczańskiej obyczajowości. Nawet ojciec Melody, przykładny chrześcijanin, przybywszy z dalekiego południa do Wielkiego Jabłka śladami porzuconej przez siebie żony i matki Melody, odkrywa swoją stłumioną homoseksualną tożsamość. Po odtrąceniu przez, niegdyś nie mniej konserwatywną, żonę (żyjącą od jakiegoś czasu w trójkącie z dwoma mężczyznami) udaje się do baru, aby zapić smutki. Tam spotyka geja, również odrzuconego przez „żonę”, który wykłada mu swoją filozofię świata:
- Bóg jest gejem.
- Jak możesz tak mówić!? Stworzył góry i oceany i niebo, zwierzęta, kwiaty I wszystko, co piękne na świecie.
- Właśnie. Jest dekoratorem wnętrz.
Filmowe miasto to zatem Nowy Jork mityczny, rodem z wyobrażeń lewicujących amerykańskich intelektualistów o świecie idealnym, w którym Bóg byłby gejem, a postulaty obyczajowe rewolty lat 60. stanowiłyby prawo powszechne. Dzielnica zamieszkiwana przez bohaterów to też przestrzeń wyjątkowa, enklawa wzorowej tkanki miejskiej i idealny przykład społeczności ulicznej, tak wychwalanej przez Jane Jacobs w Life and death of American Cities na początku lat 60. i Marshalla Bermana we Wszystko, co stałe, rozpływa się w powietrzu u progu lat 80. Lokalizacje wybrano nieprzypadkowo. Lower East Side udało się uniknąć największych kataklizmów urbanistycznych, które spadły na miasto w drugiej połowie XX w. Dzielnicę ominął Robert Moses, inicjator modernistycznej przebudowy miasta, który zwykł mawiać: „kiedy poruszasz się wśród gęstej, wielkomiejskiej zabudowy, musisz wycinać sobie drogę rzeźnickim toporem”. (Zresztą to właśnie Jacobs zainicjowała skuteczne protesty przeciw budowie Mosesowskiej Lower Manhattan Expressway, która niechybnie spowodowałaby tę samą katastrofę, co zrealizowana autostrada tranzytowa przez Bronx). Dolny Manhattan, przynajmniej ten Allenowski, uniknął też gentryfikacji postępującej od lat 80. i to może nie deklarowane przesycenie stylem życia elit, ale po prostu zbyt wysokie czynsze, wygoniły jego bohaterów z apartamentowców na północy wyspy. W każdym razie filmowa przestrzeń wypełniona jest małymi niesieciowymi kafejkami, ulicznymi straganami z warzywami, targami staroci i tradycyjnymi rodzinnymi sklepami. Wycieczka Borisa i jego wiejskiej towarzyszki daje okazję do prezentacji emocjonalnej topografii miasta. To zdecydowanie nie Nowy Jork turystyczny ze Statuą Wolności, „zdisneizowanym” Times Square i 42-ą Ulicą, ale Nowy Jork, w którym się po prostu mieszka. Wprawdzie Boris zabiera tam Melody, ale nie omieszkuje wspomnieć, że grobowiec Granta odwiedza po raz pierwszy. Dużo więcej czasu spędzają jednak w niezależnych kinach East Village, Cafe Mogador, sklepach z egzotycznym jedzeniem w Chinatown czy w słynnej piekarni knyszy założonej w 1890 r. przez emigranta z Europy Wschodniej Yonah’a Schimmela. W filmowym świecie nie ma Starbbucks’ów, ekskluzywnych butików ani nowych inwestycji uniwersytetu nowojorskiego, uznawanego za główne źródło gentryfikacji dolnego Manhattanu.
Whatever works to zatem rodzaj lewackiego Pana Tadeusza; nostalgiczna opowieść o świecie, który przeminął. Rządy konserwatystów i siły ekonomiczne skutecznie rozmontowały resztki dawnej idylli. Allen pozostaje zatem piewcą świata marzeń. Niegdyś, gdy był jeszcze przybyszem z tej gorszej części miasta, marzył o Manhattanie z przedwojennych filmów. Tak mówił podczas jednej z dyskusji: „Moje wspomnienia o Nowym Jorku nie są realistyczne. Nowy Jork, w miłości którego wyrastałem, to był Nowy Jork hollywoodzkich filmów. […] Wychowałem się na Brooklinie […] I nigdy nie znałem prawdziwego miasta. O takie trzeba pytać Spike’a Lee czy Martina Scorsese. Ja znałem Nowy Jork z ekranu: strzelające korki od szampana, faceci w smokingach toczący błyskotliwe dialogi i windy prowadzące do mieszkań, bezpośrednio. Taki Nowy Jork pokazywałem przez całe życie i w takim próbowałem żyć naprawdę, co [śmiech] przysporzyło mi wiele zmartwień”. Po latach mieszkania na górnym Manhattanie, Allen zatęsknił za miejską wspólnotą z opowieści Jacobs – sennymi uliczkami, kumplami spod sklepu i ulicznymi rozgrywkami szachów. No i kontrkulturową obyczajowością. Te elementy najbardziej rzucają się w oczy w Whatever works.
Trzeba zaznaczyć, ze scenariusz do filmu powstał na początku lat 70., ale został odłożony do szuflady i odkurzony dopiero przy okazji strajku amerykańskich scenarzystów. Wówczas być może taki świat jeszcze istniał. Dystans kilkudziesięciu lat spowodował jednak, że to, co może i było niegdyś portretem, dziś jawi się jako objaw nostalgii za liberalnym rajem utraconym. Dominuje tęsknota za czasami, w których oddychanie nowojorskim powietrzem czyniło wolnym, a Schimmelowski knysz nie był atrakcją turystyczną, tylko zwykłą przekąską kupowaną w drodze na partyjkę szachów w najbliższym parku. Intelektualistom, którzy nie chcieli uczestniczyć w buncie elit, zdaje się mówić Allen, pozostaje zatem jedynie przestrzeń wyobraźni.
Co nas kręci, co nas podnieca (Whatever Works), reż. Woody Allen, USA, Francja 2009, (dystrybucja w Polsce - KINO ŚWIAT)
*Łukasz Biskupski - kulturoznawca, doktorant w SWPS w Warszawie, wiceprzewodniczący Łódzkiego Stowarzyszenia Inicjatyw Miejskich Topografie. Pracuje w Muzeum Sztuki w Łodzi jako kurator programu naukowego.
Na podobny temat
|
Tak robimy naaaaprawdę gigantyczny sk...
Pan porusza różne problemy, np. kwest...