|
Druga część ankiety: Czym jest film dokumentalny? A czym chciałbym, żeby był?
Edwin Bendyk*: Dokument jest głosem w debacie publicznej
Film dokumentalny jest dziś tym, czym był chyba zawsze – głosem w debacie publicznej na ważne/ciekawe tematy, wyrażonym za pomocą instrumentów sztuki filmowej. Z drugiej jednak strony ewoluuje zarówno sztuka filmowa, jak i zmienia się sfera komunikacji społecznej i do zmian tych dostosowuje się dokument. W rytmie mediów tradycyjnych, kształtowanym pod dyktando całodobowego nadawania na żywo przeplatanego talk-showami coraz mniej jest miejsca na refleksyjne formy wypowiedzi. Luki tej nie zastępuje komunikacja alternatywna w internecie. A ważnych spraw, które stają się ofiarą tej komunikacyjnej logiki, nie ubywa, przeciwnie. Nie chcę sprowadzać dokumentu do jednej z form dziennikarstwa, choć po części także do tej konwencji pasuje, zwłaszcza produkcje odwołujące się do zasady obiektywizmu, próbujące naświetlić wszechstronny kontekst wydarzenia. Dokument jednak to często narzędzie walki o sprawy, które w pozornie obiektywnej debacie medialnej tracą temperaturę i zniechęcają do działania, myślę tu o produkcjach podejmujących kwestie ekologiczne, jak ubiegłoroczny Wiek głupoty czy tegoroczna Zatoka delfinów.
Dokument ma prawo do zaangażowania, pod warunkiem jednak, że jest dobrze zrealizowany pod względem sztuki filmowej. Przykładem kiepskiej roboty jest Wideokracja, film o systemie polityczno-medialnym we Włoszech. Dużo mówi, nic nie wyjaśnia, choć mówi, że wyjaśnia. Najważniejszy i najciekawszy temat nie zwalnia twórcy filmu z obowiązku dobrej filmowej roboty.
Nawet jednak najlepsze, pojedyncze filmy, z wyjątkiem może produkcji Michaela Moore’a odniosą niewielki społeczny skutek, jeśli nie będą wpięte w szerszy system komunikacji: festiwali filmowych, emisji telewizyjnych i produkcji synergicznych (np. Świat wg Monsanto ukazał się jako dokument i książka). Zmiana społeczna wymaga komunikacji, a komunikacja wymaga nie tylko dobrych komunikatów, lecz także infrastruktury do ich dystrybucji. I społecznego popytu – z tym jest chyba nie najgorzej.
Edwin Bendyk* - publicysta tygodnika „Polityka”
— —
Anna Zdrojewska**: Dokument powinien poruszać ludzi
To banał, ale dokument powinien poruszać ludzi. Podziemne państwo kobiet, którego jestem współautorką, wywołało szeroką dyskusję i duży odzew widzów. Kobiety z całej Polski pisały, że był to dla nich ważny film. Nie był to tylko dokument, to była ich rzeczywistość. Udało nam się poruszyć temat, z którym się identyfikują, i w którym się odnalazły. Trudno jednak oczekiwać, że wszystkie filmy wywołają taki efekt.
Filmy dokumentalne, w szczególności zajmujące się tematyką społeczną, są dla mnie jednym z wielu środków dialogu ze społeczeństwem. Ich celem jest opisywanie problemów, ale i działanie na rzecz poprawy sytuacji. Dokument jest rodzajem komunikacji o różnym znaczeniu – czasem bardzo ważnym, a czasem mniej słyszalnym ze względu na łatwość i stosunkową szybkość odpowiadania filmem dokumentalnym na pewne sytuacje społeczne. Szczególnie dziś, przy technologii cyfrowej i Internecie. W tym sensie trudno oczekiwać, że sam film dokumentalny wystarczy, żeby osiągnąć jakąś zmianę społeczną.
Dokument interesuje mnie jako sposób wyrażenia stanowiska w konkretnej sprawie. Specyfika polskich dokumentów polega na tym, że przez pryzmat drobnej historii, konkretnej rodziny czy miejsca snują wielkie narracje – o miłości, przywiązaniu, śmierci. Lubię takie filmy oglądać – jako widz, jako kulturoznawczyni. Ale to nie jest mój język wypowiedzi. Nie mam poczucia obciachu, gdy wyrażam się wprost, bez złożonych metafor.[not. Sylwia Goławska]
Anna Zdrojewska** - reżyserka filmu Podziemne państwo kobiet
— -
Bartosz Żurawiecki***: Dokument daje do myślenia
Wielu rzeczy nie można do końca udokumentować. Zjawiska, z którymi mamy do czynienia we współczesnym świecie, są tak złożone i wielowymiarowe, że dokument ani jakiekolwiek inne medium ich nie wyczerpie.
Byłbym ostrożny z twierdzeniem, że dokument przedstawia prawdę. Wydaje mi się, że w dokumencie jest silny nurt przełamywania konwencji. Pokazywania jak bardzo to, co uważamy za prawdę, bo jest przedstawione na ekranie, de facto okazuje się być rodzajem manipulacji. To oczywiście wiąże się z rozwojem telewizji i różnych technologii. Technologia daje nam do ręki coraz więcej narzędzi, dzięki którym możemy poznawać świat, ale jednocześnie coraz bardziej nami manipuluje. Ale z drugiej strony są też takie dokumenty, które próbują agitować, mówić nam, że jest tak a tak, a powinniśmy postępować tak a tak. Wiek głupoty jest rodzajem plakatu czy odezwy głoszącej, że powinniśmy zadbać o kwestię zmian klimatycznych, bo za naście lat ziemię czeka globalna katastrofa. Taka forma budzi nieufność, jaką wywołuje każdy rodzaj propagandy. We współczesnym dokumencie istnieje wiele różnych nurtów, które często wzajemnie się znoszą. Ale to dobrze, bo jest o czym myśleć.
Trudno mi odpowiedzieć na pytanie, czym powinien być dokument. To tak, jakby zapytać, czym powinna być fabuła. Dokument wytworzył tyle podgatunków. Tak jak w fabule są horrory, komedie, melodramaty, tak samo mamy dokumenty kameralne, historyczne, zaangażowane, fałszywe etc. Każdy z tych podgatunków ma swoją specyfikę. Lubię tę różnorodność i nie uważam, że dokument powinien zmierzać tylko w jedną stronę. Przeciwnie, uważam, że im będzie bogatszy, im będzie bardziej różnorodny, tym lepiej.
Dokument tym się różni od fabuły, że fabułę traktujemy jako formę rozrywki. Idziemy do kina i zakładamy, że to będzie jakaś konwencja filmowa, w ramach której mogą nam opowiadać najbardziej niestworzone historie i największe bzdury. Dokument jest gatunkiem zmuszającym do myślenia, banalnie mówiąc. Dokument jest nam potrzebny jako narzędzie, które nam pomoże, jeśli nie wyjaśnić świat, to przynajmniej zanalizować go i zrozumieć.[not. Marcin Chałupka]
Bartosz Żurawiecki*** - krytyk filmowy
— —
Maria Zmarz-Koczanowicz****: Film dokumentalny jest od zawsze opisem rzeczywistości
Film dokumentalny w dzisiejszej Polsce jest tym, czym był zawsze – opisem rzeczywistości, dodałabym, że penetrującym to, co ciągle nieopisane, czyli nieobecne w telewizyjnych newsach i reportażach. Jest także coraz bardziej osobistym „pisaniem kamerą”.
Istotnym elementem polskiego kina dokumentalnego jest ciągle żywa tradycja polskiej szkoły dokumentu. Na świecie, najoględniej mówiąc, bywa z tym różnie.
Chciałabym, żeby dokument mógł być filmem – dziennikiem. To moja obsesja.
Maria Zmarz-Koczanowicz**** - reżyserka, autorka filmów m.in. Pokolenie ‘89, Dworzec Gdański, Zwyczajny marzec. — —
Grażyna Świętochowska******: Dokument ma przekraczać granice swoich definicji
W filmie nagrodzonym przed rokiem na Planete Doc Review Odgłosy robaków: Zapiski mumii cierpliwy widz dostrzega rozbijające logiczną strukturę opowieści szwy apokryficznego zabiegu podszywania się pod autentyk. W alternatywnym odczytaniu owe „ślady szycia” mogą oczywiście uchodzić za przejawy świadomej strategii artystycznej. Pytanie, jakie może zadać sobie odbiorca, dotyczy więc wiarygodności zainscenizowanej sytuacji narracyjnej. W zgodzie z zadeklarowaną intencją twórców dokumentalne byłby jedynie kadry z początkowej sekwencji filmu, informującej o fakcie wykrycia „znaleziska” i towarzyszącego mu pamiętnika: zmumifikowanych szczątków młodego mężczyzny do końca spisującego raport z konsekwentnie realizowanej decyzji o samobójstwie przez samozagłodzenie. To na tym materiale wykreowana zostaje pozostała część filmu. Obrazy przyrody skonfrontowane zostają z odczytywanymi spoza kadru zapiskami. Ostatecznie jednak również sekwencja otwierająca film okazuje się zabiegiem mylącym, każe widzowi wierzyć „w prawdę”, zdemistyfikowaną otwarcie w zakończeniu filmu jako konstrukcja oparta na fikcji literackiej. Na ile możemy więc w ogóle mówić w kontekście tego filmu o ciekawym przypadku dokumentu kreacyjnego, a na ile o formule mock documentary? Przestrzeń rozpościerająca się między fałszywym dokumentem a konwencją twórczo przetwarzanego materiału rzeczywistości jest być może właściwą odpowiedzią dzisiejszego kina na problem pojemności gatunkowej i fabularnej otwartości dokumentu.
Osobiście intryguje mnie właśnie kino przekraczające granice ortodoksyjnie pojmowanego dokumentalizmu. Pytanie, czy dzisiaj w ogóle takimi definicjami dysponujemy – próba sformułowania definicji dokumentu przez polskiego filmoznawcę zajmuje półtorej strony maszynopisu. Trudno byłoby też mówić, że to transgresyjna tendencja ostatnich lat. Na granicy kina eksperymentalnego („skażonego” autorską subiektywnością, potrzebą poetyckiej ekspresji) i dokumentalnego balansował już The Act of Seeing with One’s Own Eyes Stana Brackhage’a (1971) czy polski dokument kreacyjny Wiszniewskiego i Koterskiego z lat 70. Zresztą film Brackhage’a pozwala sformułować kolejny warunek nowoczesnego dokumentalizmu: przekroczenia realizującego się również w sferze antropologicznego doświadczenia, zdolności do stawiania pytań o życie, śmierć, rozpad ciała. Podobną drogą, gdzieś między tanatologią, antropologią i eschatologią, podążają też współczesne filmy Marcina Koszałki.
Grażyna Świętochowska***** - redaktor naczelna magazynu „Panoptikum. Film/Media/Sztuka”
— —
Artur Żmijewski: Mieć odwagę, by używać kina
Film jest najbardziej wyemancypowanym i wolnym medium - można nim zrobić, mówić wszystko, trzeba tylko mieć odwagę, by tak go używać. I nie chodzi tylko o dokument, ale o kino w ogóle. Film zamienił się np. w „pisarstwo”, w publicystykę, w propagandę, w reklamę, itd. i jakoś nikt nie rozpacza z tego powodu, tylko się tego używa.
Artur Żmijewski******* - artysta sztuk wizualnych, redaktor artystyczny „Krytyki Politycznej”
Czytaj:
- pierwsza część ankiety - odpowiadają: Marcin Koszałka, Jacek Bławut, Marcin Latałło
- Agnieszka Wiśniewska, Dokument ma wkurzać
- Agnieszka Graff, Wielka pupa, wielki cyc
- Jakub Majmurek, Pole pornografii
Polecamy: 7. festiwal Planete Doc Review
Na podobny temat
|
Krytyka jest prosta jak budowa cepa :...
Dlaczego seria KP dotycząca kobiet na...