|
Strefa euro chce emitować wspólne obligacje. Dla Polski jest to groźne, bo dla rynków szukających dziś głównie bezpieczeństwa byłyby one nieporównanie bardziej atrakcyjne niż nasze obligacje. Światowy rynek już stoi wobec widma niewyobrażalnych spustoszeń, jakie spowodują finansowane właśnie z obligacji nowe gigantyczne długi Ameryki. Bo amerykańskie papiery są wciąż uważane za najatrakcyjniejsze w świecie. Dzięki temu Amerykanie mogą pożyczać tanio i bez ograniczeń, a inni dzielą się tym, co po nich zostanie.
Wspólne papiery strefy euro miałyby niemal równie uprzywilejowaną pozycję jak amerykańskie. A Europa też zadłuża się na niespotykaną skalę. Papiery amerykańskie i europejskie razem wydrenowałyby cierpiący suszę światowy rynek, z którego według niektórych szacunków w ostatnim roku znikło ponad 40 bln dol. Jeżeli więc Europejczycy by się dogadali, my, walcząc z resztą świata o resztki z eurodolarowego stołu, musielibyśmy płacić od naszych obligacji niewyobrażalne odsetki. Może o połowę wyższe niż teraz. A może jeszcze większe. Dla Polski byłoby to ogromnie bolesne i zepchnęłoby nas w jeszcze głębszą recesję.
Nic dziwnego, że wiadomość o planach państw eurostrefy zdenerwowała rząd. To jest poważny powód, żeby się denerwować. Ale w zdenerwowaniu trzeba szczególnie uważać na swoje reakcje. Jan Rokita niedawno o tym zapomniał i ze swoim okrzykiem „Ratujcie, biją mnie Niemcy” skończył jak Kaczor Donald - jako śmieszny dzwonek do telefonu.
Mam wrażenie, że stając w obliczu zagrożenia wizją euroobligacji, niektórzy członkowie rządu „dostali Rokity”. Nie dlatego, że przeceniają ryzyko, ale dlatego, że reagują niespecjalnie mądrze. Euroobligacje to nie jest rada Centrum przeciw Wypędzeniom, gdzie udało nam się chwilowo zapobiec nominacji dla Eriki Steinbach. Tu nie chodzi o symbole, sympatie, antypatie ani gry personalne - tylko o miliardy, a może biliony euro. Stawką są gigantyczne pieniądze, od których zależy przyszłość kilkunastu społeczeństw.
Fakt, że nie wiadomo, jak duże pieniądze okażą się stawką tej gry, tylko pogarsza naszą sytuację. Bo niepewność (co do przyszłości kryzysu, skali przyszłych potrzeb pożyczkowych, przyszłego popytu na obligacje i różnicy oprocentowania) zwiększa determinację krajów strefy euro. Jeżeli w tej sprawie coś można powiedzieć z dużym prawdopodobieństwem, to tylko to, że więksi mają lepsze szanse stosunkowo bezpiecznego przeżycia globalnych turbulencji.
Rząd zapowiada, że będzie się ostro przeciwstawiał euroobligacjom. Nie jest to pierwszy rząd, który się ostro przeciwstawia czemuś, co inne kraje uważają za swój żywotny interes. Kilka kolejnych rządów ostro przeciwstawiało się budowie gazociągu przez Bałtyk, ale Niemcy i Rosjanie uznali, że nie stać ich na porzucenie projektu, a Polska odrzuciła propozycję włączenia się do niego. Wiele wskazuje na to, że trwając w niezłomności, będziemy mieli rurociąg wzdłuż naszego wybrzeża, ale nie będziemy mieli do niego dostępu. Gdy w grę wchodzą żywotne interesy naszych zagranicznych partnerów, ostry sprzeciw zwykle okazuje się mało przydatny. Tym razem może być podobnie.
Może więc stojąc wobec widma finansowej zapaści, zamiast „ostrego sprzeciwu” lepiej zaproponować krajom eurostrefy pozytywny i mniej bolesny dla nich model rozwiązania problemu. Po pierwsze, może to być złagodzenie kryteriów i radykalne przyspieszenie przyjęcia Polski do strefy euro, np. od stycznia przyszłego roku. Kilka tygodni temu propozycję idącą w tym kierunku ogłosił w „Financial Times” Marcin Piątkowski. Redakcja nie uznała jej za absurdalną. Po drugie, może to być porozumienie między Polską a eurozoną dające nam prawo udziału w emisjach euroobligacji. Po trzecie, mogłoby to być zobowiązanie Europejskiego Banku Centralnego do wykupu jakiejś kwoty sensownie (czyli tak jak euroobligacje) oprocentowanych polskich obligacji, dopóki nie znajdziemy się w strefie euro.
Byłyby to konstrukcje dość ekstrawaganckie, ale w polityce gospodarczej całego Zachodu jest dziś wiele ekstrawaganckich posunięć. Sytuacja stała się obłędna i prawie wszyscy już dziś rozumieją, że nie wygrzebiemy się z tego kryzysu, jeśli nie zastosujemy rozwiązań, które niedawno wydawały się niemalże obłędne. A bez względu na wszystkie obłędy rynków finansowych jedno jest dzisiaj pewne. Dla całej Unii Europejskiej wpędzenie nas w katastrofę byłoby niezwykle kosztowne. To się po prostu nikomu nie opłaci i nikt tego dziś nie chce. Wszyscy i tak mają już dosyć kłopotów.
Tekst ukazał się w „Gazecie Wyborczej” z 23 lutego 2009.
Na podobny temat
|
@Spokojny "Overall proponuje...
Pomysł, żeby na każdą parę przypadało...